languageJęzyk
Strona główna/Królewski/Nienawidzona Luna Króla/Rozdział 4 - Zabieramy się do pracy

Rozdział 4 - Zabieramy się do pracy

Autor: Ilsa Brenner22 cze 2026

< Varick >

Moje mięśnie napięły się, gdy wyprostowałem się, stojąc dumnie i potężnie w całej swojej okazałości i nagości. Spojrzałem na nią. Wciąż nie patrzyła w moją stronę, udając, że śnieżnobiałe płytki basenu są niezwykle interesujące.

Prychnąłem na ten brak uwagi z jej strony.

Wszystkie moje dwieście dwadzieścia funtów wagi zanurzyło się w wodzie, gdy wszedłem do basenu. Wybrałem najniższy stopień. Moje ulubione miejsce. Miało odpowiednią wysokość, bym mógł oprzeć głowę o płytki, i wystarczającą głębokość, by zanurzyć dolną połowę ciała.

— Powiedz mi, kobieto, co kombinuje mój brat? — zapytałem, przerywając napiętą ciszę, która nas otaczała.

Zerknęła ostrożnie w moją stronę, a gdy zauważyła, że wyglądam wystarczająco przyzwoicie, odwróciła się do mnie całkowicie i odpowiedziała: — Wynajął mnie, żebyś wyszedł na ludzi. Żebym odwrażliwiła cię na strach przed kobietami.

— Nie boję się kobiet. Ja ich nienawidzę. Te dwa słowa znaczą co innego. — Posłałem jej lodowate spojrzenie.

Wywróciła oczami i przedrzeźniła mnie: — Akurat.

Gdyby była w moim zasięgu, utopiłbym ją w tej samej chwili za taką zuchwałość, ale przypomniałem sobie, że nie jestem mordercą — no, poza wyrokami śmierci, które wydaję za najcięższe przestępstwa w moim królestwie — ale to inna historia. Poza tym, może się w przyszłości przydać. Może stać się rozwiązaniem mojego obecnego problemu. Elyon sam tak twierdził.

Przeklęty niech będzie za podsunięcie mi tego pomysłu.

— A co obiecał ci w zamian za twoje usługi? — Znałem już odpowiedź, ale i tak zapytałem, wpatrując się w kopułę sufitu.

— Obiecał, że pomoże mi wrócić do mojego świata. — Zgodnie z oczekiwaniami. Cały mój brat.

— Masz na myśli Świat Ludzi? — Spojrzałem na nią i dostrzegłem zmarszczkę na jej czole.

— Jeśli tak chcesz to nazywać, to tak, świat ludzi.

— Miałem wrażenie, że jesteś człowiekiem już przy naszym pierwszym spotkaniu. Cuchniesz zwyczajnością i brudem.

— Dlaczego tak mówisz? — Jej głos stał się defensywny.

Z trudem powstrzymałem się od uśmiechu. — Świat Ludzi jest tak pospolity, że uważam go za wysypisko śmieci — oświadczyłem bez ogródek.

Wyraz jej twarzy zmienił się w silną determinację, patriotyzm i chęć ochrony. Musiała bardzo kochać swój świat.

— Przykro mi to mówić, ale nie powinieneś oceniać tak szybko. Nigdy nawet nie byłeś w moim świecie — stwierdziła.

Pstryknąłem mokrym palcem w powietrzu i spojrzałem na nią z nudą.

— Owszem, byłem tam, kobieto, zanim ustalono granice światów. Wszystkie magiczne stworzenia współistniały ze sobą, włączając w to gatunek ludzki. „Wysypisko” to całkiem trafna nazwa dla twojego wymiaru, bo jest pełen śmieci.

Zdawała się przyznawać mi rację, sądząc po pełnym wstydu wyrazie jej twarzy.

Znów się uśmiechnąłem, widząc, że mam rację.

Przez chwilę milczała, ale po kilku sekundach odezwała się, mierząc mnie ostrym wzrokiem. — Jak na króla, naprawdę wiesz, jak wywołać wojnę.

— Wywołać wojnę? — powtórzyłem zaskoczony. — Ze Światem Ludzi? — A potem, po raz pierwszy od śmierci ojca, wybuchnąłem tak głośnym, szczerym śmiechem, że aż brzuch mnie rozbolał, a echo niosło się po całej łazience.

Widziałem, że się chmurzy, ale nic mnie to nie obchodziło.

— To najlepszy żart, jaki słyszałem z ust kobiety! — oświadczyłem, gdy przestałem, drwiąc z niej celowo.

— Mam imię, wiesz? — powiedziała przez zaciśnięte zęby. — Nazywam się Harper Brooks.

— Nie pytałem o twoje imię i zupełnie mnie nie obchodzi, jak brzmi — odpowiedziałem bez wahania.

To jej nie uciszyło.

— Twój brat powiedział mi, że królestwo ma problem ze znalezieniem królowej. Nie muszę się zastanawiać dlaczego. Twoje potworne nastawienie jest odpowiedzią.

— Mityguj się, kobieto, bo inaczej... — Wyprostowałem się z mojej swobodnej pozycji i spojrzałem na nią groźnie. Moja bestia chciała przejąć kontrolę i się przemienić, zaskoczyć ją tym, jak potwornie wyglądam i może nawet wystraszyć na śmierć. Jako człowiek na pewno nie widziała nigdy prawdziwego likana. Jej reakcja byłaby zabawna. Ale ostatecznie udało mi się utrzymać bestię na uwięzi. — Jestem rozsądnym królem. Wybaczam i zapominam, ale jeśli zajdziesz mi za skórę, poznasz moją drugą stronę, której warto się bać.

Wstałem, nie dbając o to, że moje przyrodzenie kołysze się przed jej oczami, i wyszedłem z basenu. Wygląda na to, że przy takim towarzystwie nie zaznam spokojnej kąpieli.

— I jak poszło? — Elyon wmaszerował do mojego gabinetu z tą swoją wieczną beztroską. Jego książęca biała szata uderzała o marmurową podłogę z niskim dźwiękiem ocierających się o siebie złotych koralików.

Nienawidziłem tego dźwięku. Zawsze zwiastował, że przyszedł tylko po to, by opowiadać o swoich miłosnych podbojach.

Zacząłem dbać o Elyona od momentu, gdy się urodził, mimo że wiedziałem, iż nie mamy wspólnego ojca. Szczerze mówiąc, to była jedyna dobra rzecz, jaką moja matka-nierządnica zrobiła w życiu. Dała mi brata, o którego mogłem się troszczyć i którego mogłem chronić. Ale gdy Elyon dorósł, stało się jasne, że jesteśmy inni. On mdlał z zachwytu nad kobietami, wychwalał je i kochał, podczas gdy ja robiłem coś wręcz przeciwnego.

— Nawet nie zaczynaj, Elyon — jęknąłem zza trzymanej mapy. — Wiesz, że nie podoba mi się to, co zrobiłeś.

Ściągnął mapę w dół i posłał mi promienny uśmiech. Nagrodziłem go skrzywieniem, poprawiłem się na wyściełanym fotelu i zacząłem podpisywać dokumenty. Witraż za mną rzucał tęczowe barwy na moje biurko, dając znać, że popołudniowe słońce zaczyna już zachodzić. Wkrótce nadejdzie noc; co oznaczało, że resztę wieczoru spędzę albo na bieganiu poza murami zamku, albo w moim przytulnym łóżku, dogadzając sobie.

— Potraktuj to jako moją pomoc, bracie — odpowiedział, przerywając moje myśli. — Daję ci szansę. Dlaczego z niej nie skorzystać? Jeśli jej użyjesz, nasze problemy znikną w mgnieniu oka.

— To człowiek — zauważyłem, wciąż patrząc w papiery.

— I co z tego? — Elyon opadł na sofę naprzeciwko mojego biurka z ciężkim westchnieniem. — To kobieta. Ojciec nie powiedział, że twoją wybranką musi być wilczyca. Poza tym, Harper będzie świetną Luną. Jestem tego pewien.

Spojrzał na mnie i mrugnął.

Znów się skrzywiłem. To przez niego jej imię utknęło mi w głowie. Szczerze mówiąc, zapomniałem o nim w chwili, gdy wymówiła je rano.

— Naprawdę miałeś czelność dobić z nią targu — stwierdziłem.

Odłożywszy pióro, oparłem się i dotknąłem szczęki kłykciami. Moja cierpliwość była na wyczerpaniu, a kłykcie bielały od bezsensownego dylematu, w którym się znalazłem. Miałem ochotę kogoś uderzyć — może mój brat nadałby się na worek treningowy, albo jeszcze lepiej, kopalnie na południowym zachodzie królestwa, gdzie skały wytrzymywały siłę moich pazurów.

— Hmmm, sądząc po tym, że ona wciąż żyje, mój plan działa — oznajmił z dumnym uśmiechem, zupełnie nie bojąc się mojego gniewu. — Powoli odwrażliwiasz się na nienawiść do kobiet, bracie. Jestem z ciebie taki dumny.

Warknąłem na niego.

— To niemożliwe, Elyon. Moja nienawiść do nich jest głęboko zakorzeniona. Po prostu daję jej szansę na przeżycie. I tak wróci do swojego świata. Nie będzie mnie długo niepokoić. Pomożesz jej wrócić, prawda?

— Tak, oczywiście. — Przesunął się na siedzeniu i pochylił w moją stronę. — To obietnica, choć... nie powiedziałem „kiedy” ją odeślę. — Zobaczyłem błysk psoty w jego oczach. — Pomyśl o tym, Varick, jak wielką szansę ci daję. Jeśli jej użyjesz, zachowasz tron. Gdy problem zostanie rozwiązany, ona wróci do siebie. Nienawidzisz kobiet, więc nie będziesz musiał jej zatrzymywać. Nie będziesz musiał nawet... korzystać z praw małżeńskich w sypialni. Wszyscy będą szczęśliwi. Koniec historii.

Choć nie podobała mi się jego propozycja, po głębszym zastanowieniu przyznałem, że faktycznie ma to sens.

Przeklęty niech będzie za to, że jest takim dobrym doradcą.

— Nie zamierzam jej proponować małżeństwa — wyrzuciłem z siebie. Sama myśl o jakimkolwiek geście miłości — na przykład klękaniu na jedno kolano — przyprawiała mnie o dreszcze.

Elyon pokręcił głową i machnął rękami. — Nie musisz. Po prostu zawrzyj z nią układ, Varick. Potraktuj to jako interes. Jako Król Alfa jesteś w tym mistrzem.

W milczeniu rozważyłem jego słowa i tak, znów miał rację. To był plan bez luki, który nie niósł ze sobą żadnych komplikacji. Na pewno połknie haczyk, zwłaszcza jeśli jako karty przetargowej użyję jej świata.

Wolny uśmiech błąkał się na moich ustach na myśl o tym, jak wywiodę w pole moich ministrów. To będzie bułka z masłem.

— Kiedy wracasz do posiadłości? — zapytał Elyon, widząc już akceptację na mojej twarzy.

— Jutro rano, po biegu — odpowiedziałem.

— Okej, dobrze. W takim razie przygotuję wszystko, co niezbędne do waszego ślubu. — Wstał i uśmiechnął się szeroko.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 5: Rozdział 4 - Zabieramy się do pracy - Nienawidzona Luna Króla | StoriesNook