Punkt widzenia Riley
Bramy więzienia otworzyły się z jękiem niczym paszcza jakiejś starożytnej bestii.
Światło uderzyło w moją twarz po raz pierwszy od pięciu lat. Powinno dawać ciepło.
Nie dawało.
Ubrania, które miałam na sobie, gdy tu weszłam, teraz wisiały na moim ciele, luźno zwisając ze skóry zbyt ciasno naciągniętej na kruchych kościach.
Kusztykałam naprzód, ciągnąc jedną stopę za drugą. Nie dlatego, że chciałam litości.
Dlatego, że to wszystko, co moje ciało mogło z siebie dać.
Czarny bentley stał na biegu jałowym przy krawężniku. Szyba opuściła się z cichym, mechanicznym warkotem.
Kael.
Jego wzrok prześlizgnął się po moich nogach, a na jego ustach wykwitł szyderczy uśmiech.
"Nadal udajesz słabą po pięciu latach w celi?"
Jego głos był ostry, zimny – jak szkło zanurzone w truciźnie.
Moje gardło się zacisnęło. Pieczenie pod powiekami zaskoczyło mnie samą.
Mój brat.
Ten, którego kiedyś tak rozpaczliwie próbowałam zadowolić.
Nic nie powiedziałam. Po prostu kusztykałam dalej, mijając go.
Kael zesztywniał za kierownicą.
W jego pamięci byłam gorliwym szczeniakiem, który zawsze spieszył mu służyć, zawsze błagał, by zostać zauważonym.
Pamiętał mnie, jak czekałam przed jego biurem z domową zupą podczas zimowych burz.
Pamiętał, jak masowałam mu ramiona, gdy późno wracał do domu, drżącymi palcami wsuwając kapcie na jego stopy.
Pamiętał dziewczynę, która wielbiła go niczym boga.
Ale tamta dziewczyna umarła gdzieś między kratami więzienia a ławą sądową.
"Wsiadaj" – warknął.
Gdy się nie ruszyłam, sapnął i złagodził ton – tylko trochę.
"Mama i tata zorganizowali dla ciebie kolację powitalną."
Mama i tata.
Te słowa brzmiały teraz obco.
Trzy lata w tamtym domu nauczyły mnie gorzkiej prawdy: nigdy nie byłam ich córką.
Nie tak naprawdę.
Byłam niewygodnym przypomnieniem życia, o którym próbowali zapomnieć.
A Scarlett? Była ich słońcem, księżycem i gwiazdami.
Nic nie odpowiedziałam. Po prostu szłam dalej.
Kael przeklnął, trzasnął drzwiami i ruszył za mną.
Jego dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku i mocno szarpnęła.
"Skończyłaś już odstawiać ten swój mały dramat?"
Potknęłam się, uderzając mocno o ziemię. Ból przeszył moją nogę niczym nóż. Poczułam smak krwi.
Kael górował nade mną, a jego twarz wykrzywiło obrzydzenie.
"Wciąż zgrywasz delikatną? Pięć lat to za mało, żeby wybić ci z głowy kłamstwa?"
Szarpnięciem postawił mnie na nogi, jakbym była śmieciem.
"Zwabiłaś Tessę do tego lasu. Wiesz, co ją spotkało. I wciąż śmiesz zgrywać ofiarę?"
Spojrzałam na niego z ziemi, połykając krzyk w gardle.
"Zostałaś skazana na podstawie dowodów. Ponieważ zapach na miejscu zbrodni był twój."
"A Scarlett?" – wyszeptałam.
Nie odpowiedział.
Bo wiedział.
Wiedział, że kolczyk, który znalazł w błocie, nie należał do mnie.
Wiedział, że wiadomość przyszła z urządzenia Scarlett.
A jednak stał w sądzie i nie powiedział nic.
Szarpnięciem postawił mnie na nogi, szydząc.
"Nie myśl, że twój czas minął. Tessa wciąż jest nieprzytomna. Dopóki się nie obudzi, twoja wina pozostaje. I wciąż jesteś winna Scarlett przeprosiny."
Przeprosiny?
Nie odpowiedziałam. Po prostu uwolniłam ramię i odsunęłam się o krok.
Ten dystans zabolał go bardziej niż mogłyby to zrobić moje słowa.
"Wracaj do domu" – powiedział ponownie, próbując sprawić, by zabrzmiało to jak propozycja.
Jakby to coś znaczyło.
"Riley."
Moje serce się ścisnęło.
Ten głos.
Nawet po tych wszystkich latach od razu go poznałam.
Maddox.
Pojawił się w polu mojego widzenia – buty wypolerowane, garnitur nieskazitelny, twarz wyrzeźbiona z tego samego zimnego kamienia co zawsze. Ale to jego głos wyrwał mi wnętrzności.
"Gratuluję zwolnienia" – powiedział, jakby to była jakaś ceremonia rozdania dyplomów.
Gdyby powiedział to ktoś inny, mogłabym wymusić uśmiech. Mogłabym podziękować.
Ale nie on.
Nie chłopak, który kiedyś przysięgał mnie chronić.
Nie mężczyzna, który stał w sądzie i pomógł mnie skazać.
Nie ten, który błagał mnie – błagał – żebym wzięła na siebie winę, żeby Scarlett nie musiała cierpieć.
"Ona nie przeżyłaby więzienia" – powiedział.
"Ale ty... ty jesteś silna, Riley. Jesteś przyzwyczajona do bólu."
O mało nie zwymiotowałam.
Ten mężczyzna – ten przeznaczony – stał w sali rozpraw i patrzył, jak mnie wywlekają.
Spojrzał mi w oczy, gdy odczytywano wyrok, i nic nie powiedział.
Co gorsza.
Odrzucił mnie poprzez więź w chwili, gdy zamknęły się drzwi celi.
Wciąż pamiętałam ten ból. Więź myślowa rozrywająca się jak mięsień odrywany od kości. Jego głos mówiący:
"Odrzucam cię."
A teraz?
Chciał udawać, że wciąż coś nas łączy?
Wyciągnął rękę. "Riley, przyjechałem zabrać cię do do–"
"Wracam do domu z Kaelem" – powiedziałam, przerywając mu bez patrzenia w jego stronę.
Wystarczająco głośno, by w każdej sylabie usłyszał pogardę.
Kael zamrugał ze zdziwienia.
Dłoń Maddoxa zamarła w powietrzu.
Odeszłam – kulejąc, drżąc, ledwie trzymając się w całości.
Ale nie obejrzałam się za siebie.
Nie dlatego, że chciałam wracać do domu z którymkolwiek z nich.
Nie chciałam nigdzie iść z nikim.
Ale prawda była taka, że wciąż byłam na smyczy.
Jeden miesiąc. Tyle trwał mój okres obserwacji.
Jeden zły ruch, jedna wymówka, a rodzina Vale'ów mogła sprawić, że wrzucą mnie z powrotem do tego wilkołaczego więzienia.
I tym razem bym z niego nie wyszła.
Więc szłam. Nie dla Kaela.
Nie dla Maddoxa.
Nawet nie dla siebie.
Szłam, ponieważ system wciąż mnie obserwował.
A na razie musiałam grać swoją rolę.






