Skwar Święta Środka Lata prażył brukowane ulice Królewskiej Przystani, lecz przytłaczająca atmosfera miała niewiele wspólnego z pogodą. Dla Imperium Valyriańskiego ta trwająca tydzień ekstrawagancja była potwornym pokazem dominacji. Był to czas, gdy najbogatsi lordowie okrywali się absurdalnymi warstwami złota i klejnotów, niczym pawie obnosząc się ze swoim statusem przed sąsiednimi królestwami. Jeśli ktoś miał monetę, obnosił się z nią; jeśli nie, ukrywał się w cieniu albo ją fałszował. Tutaj pozory były rzeczywistością, a bogactwo stanowiło jedyną walutę, za którą można było kupić przetrwanie.
Jednak gdzieś na obrzeżach pola widzenia tych aroganckich lordów przemykał prawdziwy fundament imperialnego luksusu: niewidzialna kasta. Niewolnicy.
Poruszali się jak duchy, z głowami spuszczonymi pod oślepiającymi, złotymi iglicami Czerwonej Twierdzy. Melodyjny brzęk ich żelaznych łańcuchów był jedynym miarowym rytmem, który wybijał takt pośród chaotycznych obchodów. Wśród nich znalazła się jednak anomalia. Podczas gdy pozostali wpatrywali się tępo w kurz pod bosymi stopami, jedna młoda kobieta ośmieliła się podnieść wzrok.
Szmaragdowe oczy Ophelii utkwione były w imponujących, karmazynowych murach królewskiego pałacu.
Czerwoną Twierdzę uważano za skrawek nieba na ziemi, rządzony przez człowieka, którego śmiertelnicy czcili jak żywego boga – Króla. Zaproszenie za uświęcone, żelazne bramy Twierdzy w ostatnim dniu festiwalu stanowiło absolutny szczyt arystokratycznych osiągnięć. Królewski posłaniec dostarczył upragnione czerwone koperty dziesięć dni wcześniej, a miejska szlachta z radością podcięłaby komuś gardło za chociażby przelotne spojrzenie na jedną z nich.
Pan Ophelii, paranoiczny Starszy Minister, desperacko chwytający się swojej słabnącej władzy politycznej, zagłodził niemal cały swój dwór, by móc pozwolić sobie na łapówki niezbędne do zagwarantowania zaproszenia. Strach przed utratą miejsca w Wysokim Trybunale uczynił go sadystą. Nawet teraz krwawiąca, piekąca pręga przecinająca kręgosłup Ophelii stanowiła świeże świadectwo jego podłego nastroju.
A jednak, gdy nastał pierwszy dzień festiwalu, stary Minister jechał w bogato zdobionym powozie, a za nim podążało siedem jego wyniosłych nałożnic i dwudziestu czterech niewolników, w tym Ophelia. Przez pierwsze trzy dni niewolników trzymano w dusznym mroku kwater dla służby, zabraniając im choćby ukradkowego spojrzenia na niebiańskie tańce, wyścigi rydwanów i mityczne stworzenia pokazywane na Wielkiej Arenie. Ich puste żołądki kurczyły się boleśnie, podczas gdy z góry spływał odurzający zapach pieczonych mięs. Ophelię niewiele to obchodziło; chroniczny głód już dawno stał się otępiającym towarzyszem, którego wolała od bata.
Potem czwarty dzień przyniósł koszmar. Bez ostrzeżenia najokrutniejsza z nałożnic Ministra rozkazała wtrącić Ophelię i kilkunastu innych niewolników do podziemnej, lodowatej klatki. Nie udzielono żadnych wyjaśnień. Powiedziano im jedynie, że zostali przekazani pod pieczę Króla jako „ofiary”.
Kolejne trzy dni minęły w mroźnych ciemnościach, gdzie przerażeni niewolnicy tulili się do siebie, modląc się o łaskę, która nigdy nie miała nadejść.
Aż wreszcie nadszedł poranek siódmego dnia.
Dzisiejszy dzień był punktem kulminacyjnym. Był to jedyny dzień w roku, kiedy wszystkich sześciu Smoczych Książąt gromadziło się w obecności Króla, przyprowadzając ze sobą źródło swojej przerażającej dominacji: Cesarskie Smoki. Gdy Ophelię i innych jeńców brutalnie pędzono po mrocznej, kamiennej rampie ku oślepiającemu światłu słonecznemu, słyszała gromkie wiwaty tysięcy arystokratów wypełniające arenę przypominającą Koloseum.
Arystokracja aż huczała od niebezpiecznych politycznych hazardów. Król wciąż nie wyznaczył oficjalnego dziedzica, co oznaczało, że każdy z sześciu potężnych Książąt mógł odziedziczyć złoty tron. Szlachta przerażała samą siebie świadomością, że poparcie niewłaściwego księcia oznacza absolutną ruinę. Lecz tym, czego bali się jeszcze bardziej, były same bestie.
Cesarskie Smoki były potwornościami przeczącymi prawom natury. Kiedy wprowadzano je na arenę, sama ziemia drżała. Każda bestia była dwunastokrotnie większa od ogiera bojowego. Niektóre miały nałożone kagańce, inne skuto w przerażające żelazne okowy, a do ich opanowania potrzeba było dziesięciu ludzi. Tylko jeden smok poruszał się całkowicie swobodnie – kolosalny koszmar o obsydianowych łuskach, przyozdobiony jedynie prostą, żelazną obrożą, podążający za swoim panem z mrożącym krew w żyłach posłuszeństwem. Należał do Trzeciego Księcia.
Kiedy Książęta zajmowali swoje podwyższone, bogato zdobione miejsca poniżej Złotego Tronu, zaczęli wymieniać między sobą zawoalowane złośliwości. Piąty Książę przechwalał się egzekucją Ministra poprzedniego dnia wyłącznie po to, by skonfiskować jego siedem nałożnic. Drugi Książę uśmiechał się szyderczo, kpiąc z Trzeciego Księcia z powodu jego niesławnego braku zainteresowania kobietami.
Ale Arthur, Trzeci Książę, nie zaszczycił ich nawet jednym spojrzeniem. Jego ciemne, niezgłębione oczy były całkowicie utkwione w piaszczystym podłożu areny, setki stóp poniżej nich.
Królewski herold podniósł głos do magicznej tonacji, uciszając tysiące arystokratów. – Patrzcie! Niech rozpocznie się Ofiara Środka Lata!
Za heroldem, w otoczeniu legionu ciężkozbrojnych strażników, stała Ophelia i jej wymizerowani towarzysze. Strażnicy brutalnie uderzali każdego, kto ośmielił się jęknąć. Jeńcy wojenni, skazani przestępcy i odrzuceni niewolnicy – ich życia nie znaczyły nic poza krwawym przerywnikiem mającym nasycić święte bestie. Ponieważ Starszy Minister został stracony z rozkazu Piątego Księcia, Ophelię i resztę jego niewolników beznamiętnie rzucono na arenę, by po prostu się ich pozbyć.
Ophelia drżała na przenikliwym, porannym wietrze. Pod warstwami brudu i kurzu kryła się siedemnastoletnia, zniewalająco piękna dziewczyna. Jej kości żałośnie wystawały spod poszarpanej, szarawej sukni, ale twarz o kształcie diamentu zachowywała niepokojący spokój. Podczas gdy pozostali szlochali bez opamiętania, rwąc włosy z głowy, gdy ciężkie żelazne kraty blokujące smoki zaczęły ze zgrzytem powoli się otwierać, Ophelia po prostu zamknęła swoje szmaragdowe oczy.
*Zgrzyt. Zgrzyt. Zgrzyt.*
Klatki otworzyły się na oścież. Sześć par głodnych, gadzich oczu skupiło się na skulonej masie ludzkiego mięsa. Ofiara się rozpoczęła.






