Panika wybuchła natychmiast. Powietrze nagle przesiąkło wyłącznie zapachem siarki, miedzi i niekontrolowanego ludzkiego przerażenia.
Podczas gdy inni skazańcy natychmiast zaczęli gorączkowo rzucać się do ucieczki po złotym piasku, krzycząc i modląc się do głuchych bogów, Ophelia nie zrobiła ani jednego kroku. Pozostała wrośnięta w ziemię, wpatrując się tępo, jak potworne drapieżniki obserwowały swoje nowe zabawki. Sześć smoków było niezwykle inteligentnych; dwa z nich już wydawały z siebie niskie, wściekłe pomruki, napawając się wyrzutami adrenaliny skaczącej wszędzie dookoła.
Bogata widownia na trybunach pochyliła się do przodu w euforycznym wyczekiwaniu. Ten makabryczny spektakl był dla valyriańskiej elity czymś całkowicie naturalnym. Bestie wielbiono niemal na równi z samymi Książętami; rozerwanie przez ich szpony opisywano jako honorową śmierć dla marnego plebejusza. Nie dano im żadnej broni. Byli tam po to, by zostać zarżnięci na najbardziej makabryczne ze wszystkich wyobrażalnych sposobów, zapewniając Imperium kilka minut wypaczonej adrenaliny.
Ophelia o tym wiedziała. Każdy, kto próbował wspiąć się na trzydziestostopowe, pionowe ściany areny, został już naszpikowany strzałami przez łuczników. Masywne, skrzydlate drapieżniki obserwowały ich z wyrachowaną kpiną, czekając, aż ofiary opadną z sił, biegając w kółko.
Lecz Ophelia nie biegła. Powoli odchyliła głowę ku bezkresnemu, bezchmurnemu niebu. Było nietypowo zimno jak na tę porę roku, a jej cienka suknia nie zapewniała absolutnie żadnej ochrony, ale jakie to miało znaczenie? Śmierć czaiła się w odległości niespełna dwudziestu stóp. Po siedemnastu latach niewyobrażalnego głodu, brutalnych pobić i traktowania gorzej niż inwentarz, jej serce zostało całkowicie wydrążone z uczuć. Nie było w nim już miejsca na nadzieję, pozostała jedynie cicha, rozpaczliwa tęsknota za wiecznym spoczynkiem w grobie.
Powoli jej wzrok powędrował w dół, odnajdując oczy największej bestii. Całkowicie nieskuty, smoliście czarny smok nie miotał się jak reszta. Stał z majestatyczną nonszalancją, całkowicie obojętny zarówno na wrzeszczących ludzi, jak i ryczący tłum. Ophelia uważała to stworzenie za absurdalnie piękne. Jego twarde jak diament, obsydianowe łuski lśniły w słońcu. Jakby wyczuwając jej brak strachu, behemot powoli obrócił swoją masywną, kolczastą głowę w jej stronę. Jego krwistoczerwone oczy skrzyżowały się z jej szmaragdowymi.
Dwie istoty — krucha, maltretowana dziewczyna i boski drapieżnik doskonały — zaczęły obserwować się nawzajem w absolutnej, hipnotyzującej ciszy.
Ta dziwaczna wymiana spojrzeń nie przeszła całkowicie niezauważona. Wysoko w loży królewskiej książę Arthur, Rycerz Wojny, nagle przestał bębnić palcami w rękojeść miecza. Zabrało mu kilka minut, by zlokalizować, na czym dokładnie skupił się jego notorycznie porywczy smok. Kiedy jego mroczne, władcze spojrzenie w końcu spoczęło na wychudzonej, brudnej postaci młodej kobiety w łachmanach, jego oczy się zwęziły.
Wyglądała przerażająco krucho, spętana ciężkimi, niewolniczymi łańcuchami krzyżującymi się na jej plecach, szyi i nadgarstkach. A jednak było coś nieopisanie magnetycznego w jej całkowitym bezruchu. Jej absolutny brak strachu stanowił anomalię, która sprawiała, że Książę nie potrafił odwrócić wzroku. Zakładając, że i tak będzie martwa w ciągu kilku sekund, Arthur zmusił się, by spojrzeć w inną stronę, jednak jego dłoń w odruchu dyskomfortu zacisnęła się na mieczu.
Rzeź oficjalnie się rozpoczęła.
Pięć smoków rzuciło się do ataku. Niewolnicy byli natychmiastowo miażdżeni pod szponami wielkości dorosłego człowieka, innych zaś wyrzucano w powietrze niczym szmaciane lalki, patrosząc ich ogromnymi kłami, zanim w ogóle ponownie uderzyli o ziemię. Bestie nawet ich nie zjadały; przerzucały między sobą ich krwawiące ciała, ustalając własną dominację nad pozostałymi. Ociekające krwią strzępy ciał i rozpaczliwe krzyki odmalowały na arenie obraz absolutnej grozy.
Jednak, gdy rzeź osiągnęła swoje apogeum, przez potężne Koloseum przetoczyła się fala zdezorientowanych pomruków. Jeden smok nie brał udziału w zabawie.
Kolosalny czarny smok powoli, celowo skradał się w kierunku samotnej dziewczyny na środku piasku. A dziewczyna wykazywała najbardziej osobliwe zachowanie z możliwych — nie wrzeszczała ani się nie cofała. Ophelia stała zupełnie bez ruchu, gdy masywna paszcza bestii zawisła tuż nad nią.
Podczas gdy pozostałe pięć smoków zaczęło sprzeczać się o rozrzucone szczątki zmarłych, uwaga niemal całego tłumu skupiła się z powrotem na dziwacznym duecie. Dlaczego smok nie urywał jej głowy? Dlaczego nie płakała? Napięta cisza wibrująca przez arenę była ogłuszająca.
W loży królewskiej Książęta obserwowali ten dziwaczny zastój. Drugi Książę gwałtownie ścisnął podłokietniki swojego tronu, widocznie rozwścieczony tym, że widowisko stanęło w miejscu.
– Arthurze, dlaczego jej nie zabija? Przestań opóźniać igrzyska! Rozkaż swojej bestii dokończyć dzieła!
Arthur całkowicie go zignorował. Jego ciemne oczy były przyklejone do jego wiernego towarzysza. Doskonale wiedział, dlaczego pozostałe pięć smoków jej nie zaatakowało — drapieżniki polowały na uciekającą zwierzynę. Dla nich kobieta nie wykazująca ani cienia paniki nie była zdobyczą, była praktycznie częścią krajobrazu. Jednak intensywna ciekawość Czarnego Smoka była już zupełnie inną sprawą.
Ku absolutnemu szokowi tysięcy widzów, bestia nie ugryzła Ophelii. Zamiast tego powoli wyciągnęła swoją przerażającą szyję do przodu i delikatnie powąchała czubek jej głowy, wypuszczając z sapnięciem gorące powietrze, które zaszeleściło jej brudną suknią. Ophelia po prostu odwzajemniała spojrzenie, mrugając powoli.
Wtedy stało się niemożliwe. Masywny potwór zwinął swoje rozłożyste, kolczaste ciało wokół kruchej niewolnicy niczym opiekuńczy, przerośnięty ogar, gwałtownie szczerząc kły na każdego innego smoka, który ośmielił się spojrzeć w jej stronę.
– Ta kobieta to ewidentna wiedźma! – wrzasnął Drugi Książę, uderzając pięścią w podłokietnik. – Każ swoim strażnikom zabić ją w tej chwili! Rzuciła urok na Cesarską Bestię!
– Fascynujące – wymruczał książę Edward, Pierwszy Książę, gładząc się po brodzie. – Żeby krucha niewolnica budziła taki szacunek...
– Bracie! Wydaj rozkaz, by... – Wściekła tyrada Drugiego Księcia została natychmiast zdławiona.
Arthur w końcu odwrócił głowę. Spojrzenie, jakim obdarzył brata, tak ociekało czystą, skondensowaną żądzą krwi, że Drugi Książę wręcz wzdrygnął się do tyłu, a jego gardło ścisnęło się z przerażenia. Najmłodszy Książę, Henry, wydał z siebie drwiący chichot. – Jakże to niezmiernie zuchwałe z twojej strony, bracie Williamie, zakładać, że mógłbyś kiedykolwiek wydawać rozkazy Rycerzowi Wojny.
Tytuł ten nie był jedynie dekoracyjny. Książę Arthur dowodził całym wschodnim teatrem działań wojennych; był niekwestionowanym geniuszem militarnym, którego więź z czarnym smokiem zmasakrowała niezliczone wrogie armie. W całym Imperium nie było ani jednego oddychającego człowieka, który mógłby mu dyktować warunki.
– Cóż, Arthurze – uśmiechnął się złośliwie książę Louis, Piąty Książę, zauważając dłoń brata zaciśniętą na mieczu. – Wygląda na to, że nie tylko twój smok uległ urokowi. Może i jest brudna, ale pod tym błotem wcale nie kłuje w oczy aż tak bardzo, prawda?
Arthur nie odpowiedział. Powoli podniósł się na całą swoją imponującą wysokość. Kiedy wstał, górujący na dole Czarny Smok natychmiast odzwierciedlił zmianę energii swojego pana. Bestia rozwinęła się i zaryczała — wydała dźwięk, który rozdarł samo powietrze. Pozostałe pięć smoków natychmiast zaskomlało, cofając się w stronę swoich treserów.
W dole, na piasku, Ophelia drżała, będąc całkowicie zdezorientowaną. Czyżby Książę wreszcie wydał rozkaz, by ją pożreć? Masywny smok nagle się odwrócił, rozpościerając skrzydła, które zasłoniły poranne słońce. Jego paszcza smagnęła w jej stronę, poruszając się szybciej, niż potrafiło zarejestrować oko. Ophelia zamknęła oczy, przygotowując się na potworną śmierć.
Zamiast tego poczuła potężne szarpnięcie za ciężkie, żelazne łańcuchy łączące jej nadgarstki z obrożą. Smok delikatnie zacisnął zęby na metalowych ogniwach.
Z potężnym uderzeniem skrzydeł bestia wzbiła się w niebo, unosząc w powietrze całkowicie oszołomioną niewolnicę. Potworny nacisk na jej szyję trwał tylko kilka przerażających sekund, po czym została bezceremonialnie upuszczona na lity marmur królewskiej loży.
Łapiąc z trudem powietrze, Ophelia zmusiła swoje sponiewierane ciało, by unieść się na kolana, i spojrzała w górę w czystym przerażeniu.
Klęczała tuż u stóp najniebezpieczniejszego człowieka w Imperium.






