languageJęzyk

#1 Imperium Valyriańskie

Autor: Rosalyn Cage14 mar 2026

Pierwszy Dzień Święta Letniego Przesilenia.

Ulice Królewskiej Przystani roiły się od ludzi z całego kraju, którzy zgromadzili się w pobliżu Czerwonej Twierdzy, by świętować. Dla Imperium Valyriańskiego Święto Letniego Przesilenia było jedną z największych uroczystości w roku, organizowaną po to, by chełpić się swą potęgą i bogactwem przed sąsiednimi królestwami. Każdy bogacz w kraju czekał na ten dzień, aby móc wystawić na pokaz swój majątek, a ci, którym wiodło się gorzej, znajdowali pomysłowe sposoby, by sprawiać takie wrażenie. Wojownicy w lśniących zbrojach, urzędnicy w pięknych powozach, kobiety ociekające przepyszną biżuterią, a nawet dzieci w swoich najlepszych strojach. Jeśli ktoś posiadał jakikolwiek dobytek, miał go dumnie prezentować, a w przeciwnym razie kryć się ze wstydu. W Imperium Valyriańskim bowiem pieniądze i posiadłości oznaczały władzę, a władza była wszystkim.

W samym środku tłumu znajdowali się ci, których nikt nie zauważał, ci, o których nikt nie dbał, podążający za swoimi panami ze wzrokiem wlepionym w ziemię. Niewolnicy.

Szeregi niewolników podążały za orszakami swoich panów w żałosnym milczeniu. Poruszali się jak cienie, a jedynymi dźwiękami, jakie dało się usłyszeć, był brzęk ich łańcuchów i kajdan przy każdym stawianym kroku. Pośród nich oczy jednej młodej niewolnicy nie były spuszczone jak u reszty. Jej wzrok był utkwiony w oślepiającym złocie dachu Czerwonej Twierdzy.

Czerwona Twierdza. Ziemski kawałek Nieba. I chociaż mieszkańcy Królewskiej Przystani mogli być bogaci i potężni, nad nimi wszystkimi stała siła wyższa; Król. Władca wszystkich, Król był wszechmocny, uważany za żywe bóstwo pośród śmiertelników. Dysponując niezrównaną potęgą, rządził krajem żelazną ręką. Bez względu na wszystko, jego słowo było prawem. Królowi nigdy niczego nie brakowało, jako że wszystko w kraju należało już do niego. Był kochany i wielbiony przez swój lud, ale co najważniejsze, poddani wiedzieli, że muszą się go lękać. A podczas tego Święta Letniego Przesilenia, Święte Bramy Czerwonej Twierdzy miały zostać otwarte dla tych, których uznano za godnych.

Wysłannik z Czerwonej Twierdzy wyruszył dziesięć dni wcześniej, aby roznieść upragnione czerwone koperty; zaproszenie, za które każdy człowiek by zabił.

Młoda niewolnica patrzyła, jak jej pan żywi nadzieję i modli się, by list ten dotarł pod jego drzwi. Był Starszym Ministrem, lecz nawet jego miejsce na dworze nie mogło być zagwarantowane. Stresował się tak bardzo, że traktował swoich domowników jeszcze gorzej niż zwykle; swoje nałożnice, służących, a zwłaszcza niewolników. Dziewczyna miała na plecach świeżą ranę, świadczącą o jego nerwowości. Nawet teraz wciąż czuła piekący ból po uderzeniu bata.

W końcu list nadszedł. Tak więc pierwszego dnia Święta Letniego Przesilenia, stary Minister zmierzał do Czerwonej Twierdzy w drogo wyglądającym powozie, w eskorcie swojej świty. Siedem jego ulubionych nałożnic podążało we własnych powozach w towarzystwie służby, podczas gdy dwudziestu niewolników szło za nimi pieszo.

Młoda kobieta nie dbała o wszechobecną świąteczną wrzawę. Przechodzili obok smakowicie pachnących straganów z jedzeniem, które budziły boleśnie puste żołądki niewolników. Jej żołądek również był pusty, ale ledwie jej to przeszkadzało. Była przyzwyczajona do tępego bólu przedłużającego się głodu. Zignorowała sklepy, jedzenie, a nawet prosty lud podziwiający ich orszak, i szła dalej.

Jak zwykle, Minister został powitany w Czerwonej Twierdzy. Swobodnie dyskutował o nadchodzących wydarzeniach święta z innymi dostojnikami i obnosił się swoimi młodymi, pięknymi nałożnicami. Dla pospólstwa, które nie miało wstępu do Czerwonej Twierdzy, święto wiązało się z hucznymi przyjęciami wydawanymi w domach bogaczy, a także z ulicznymi pokazami i jarmarkami. Lecz dla wybranych przygotowano wiele spektakularnych wydarzeń i widowisk, które miały odbyć się na Wielkiej Arenie Czerwonej Twierdzy. Ten rozległy plac, zbudowany na podobieństwo Koloseum, był na tyle duży, by pomieścić kilka tysięcy osób. Jego część została oddzielona od reszty; specjalna loża, skierowana na południe, była bogato i przepysznie ozdobiona, czekając na powitanie Króla, jego rodziny oraz ich świty.

Niewolnica słyszała jedynie plotki o tym, co działo się na wielkiej arenie. Niebiańskie tańce, wyścigi rydwanów, walki wojowników, pokazy mitycznych i dziwacznych stworzeń, elitarni artyści... Wszystko, czego nie mogło ujrzeć pospólstwo, miało zostać zaprezentowane Królowi i najznamienitszym gościom Czerwonej Twierdzy podczas siedmiu dni święta.

Przez pierwsze trzy dni podążała za swoim panem, usługując jednej z jego nałożnic jak zazwyczaj. Nie widziała żadnego z widowisk, pozostając w komnatach, by sprzątać i czekać na rozkazy, nie odzywając się do nikogo. Czwartego dnia nałożnica Ministra nagle odesłała ją, by zamknięto ją w zimnej klatce pełnej innych niewolników. Powiedziano im po prostu, że zostali zabrani od swoich panów, by złożyć ich w darze Królowi. Młoda kobieta przebywała tam przez trzy kolejne dni, nie mając pojęcia, co wydarzy się dalej. Rankiem siódmego dnia wszyscy goście czekali z zapartym tchem. Ostatni dzień święta był jedynym dniem, w którym wraz z Królem musiało być obecnych wszystkich sześciu Smoczych Książąt. Dla każdego uczestnika wydarzenia była to jedyna okazja w roku, by ujrzeć całą Rodzinę Królewską razem, jako że przez resztę roku nie wszyscy Książęta mieszkali w Czerwonej Twierdzy.

Nikt nie wiedział, który z tych młodych mężczyzn obejmie tron po Królu. Plotkowano, że ma swoich ulubieńców, ale wciąż nie wskazał oficjalnego dziedzica. Od pierworodnego po najmłodszego, każdy z Książąt mógł pewnego dnia rządzić Imperium. Wybór, którego Księcia poprzeć i którego zadowolić, był najtrudniejszą decyzją dla arystokracji. Strach przed poparciem niewłaściwego Księcia i utratą swojej pozycji był zawsze obecny.

Siódmy dzień miał ogromne znaczenie, był to bowiem również jedyny dzień święta, w którym goście mogli zobaczyć wszystkie imperialne smoki. Wszyscy lękali się tych świętych bestii, będących istnym uosobieniem potęgi Imperium Valyriańskiego. Choć Złotego Smoka Króla można było sporadycznie dostrzec w Czerwonej Twierdzy, każdy z gości czekał na zdumiewający widok wszystkich Królewskich Smoków zgromadzonych w jednym miejscu.

Zaczęli przybywać, jeden po drugim, na Wielką Arenę, a każdemu Księciu towarzyszył jego smok. Trzech z nich nadleciało z nieba, dosiadając swych wspaniałych bestii. Pozostali Książęta weszli na arenę pieszo, a ich smoki podążały tuż za nimi. Widok tych ogromnych, pokrytych łuską stworzeń przerażał większość tłumu, a jednak ludzie ci nie potrafili oderwać od nich wzroku. Każdy smok przewyższał człowieka rozmiarem co najmniej ośmiokrotnie, a w przypadku tych największych – nawet dwunasto- czy trzynastokrotnie. Dwa ze smoków przyprowadzono w klatkach, podczas gdy inne były skute łańcuchami lub miały nałożone kagańce. Każdego z tych smoków pilnowało od trzech do dziesięciu sług, lecz ostatni smok szedł całkowicie wolny i bez asysty. Miał na szyi jedynie łańcuchową obrożę i kroczył tuż za swoim panem niczym posłuszny pies. Zostawiwszy je na środku areny, Książęta jeden po drugim zajmowali swoje miejsca, ustawione w rzędzie na szerokiej platformie poniżej tronu Króla.

Kiedy tłum gwarzył o sześciu pięknych stworzeniach wystawionych na arenie, niektórzy synowie Króla również dołączyli do rozmów. Piąty Książę chwalił się, jak to poprzedniego dnia zadurzył się w nałożnicy pewnego ministra i w końcu kazał ściąć starego człowieka, by móc mieć je wszystkie dla siebie.

– Ile ich ostatecznie zdobyłeś, bracie? – zapytał z drwiną Drugi Książę.

– Siedem. Ale nie potrzebuję aż tylu... Wezmę tylko najpiękniejszą z nich!

– Jakże to wspaniałomyślnie z twojej strony... – mruknął Czwarty Książę z unudzoną miną.

– A może zostawiłbyś jakieś ślicznotki dla naszego trzeciego brata? – zażartował Drugi Książę. – On wciąż nie sprowadził do siebie żadnej kobiety.

– Nie wszyscy potrzebujemy aż tak licznego towarzystwa, bracie – burknął najmłodszy Książę w obronie swojego brata.

Wszyscy czekali na odpowiedź trzeciego brata, lecz powitało ich milczenie. To on przybył z nieskrępowanym smokiem. Ogromna bestia posłusznie stała w bezruchu, a obsydianowe oczy Księcia były utkwione w arenie, całkowicie ignorując rodzeństwo. Jego bracia przerwali pogawędkę i podążyli za jego wzrokiem.

Sto stóp poniżej młody mężczyzna zapowiadał nadchodzące widowisko, pierwsze tego dnia: ofiarę dla Królewskich Smoków. Za nim spora grupa ludzi czekała na złożenie w ofierze, otoczona przez uzbrojonych mężczyzn. Za każdym razem, gdy któreś z nich ośmieliło się krzyknąć, strażnicy wymierzali ciosy i smagali ich batem, tnąc głęboko ich ciało. Tak więc grupa pozostawała w milczeniu. Wszyscy oni byli skazani na śmierć. Przestępcy, jeńcy wojenni i niewolnicy – każdy z nich był skazany na to, by tego dnia umrzeć. Część z obecnych tu niewolników należała wcześniej do pewnego starego Ministra. Ponieważ ich pan zmarł, ludzie z Czerwonej Twierdzy postanowili po prostu się ich pozbyć, wraz z innymi niewolnikami, którzy zostali złożeni jako dary.

Wśród nich znajdowała się owa młoda niewolnica o szmaragdowozielonych oczach. Minionej zimy skończyła zaledwie siedemnaście lat, lecz miała maniery i urok kobiety. Była diamentem pośród węgla, piękna pomimo pokrywającego ją kurzu i brudu. Pod warstwą brudu miała bardzo bladą skórę i była tak chuda, że jej kości wyraźnie odznaczały się i wystawały spod sukni. Jej długie, potargane włosy opadały z ramion aż do bioder niczym wodospad. Jej twarz była piękna, w kształcie diamentu, z małym nosem i szczupłymi policzkami. Jej usta przybrały jasnoróżowy odcień z powodu zimna, które wprawiało ją również w drżenie. Na jej skroni widniało rozcięcie pokryte strupem zaschniętej krwi, otoczone świeżymi siniakami. Pozostałość po strażniku, który uderzył ją wcześniej, wpychając ich na arenę.

Miała na imię Ofelia.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 1: #1 Imperium Valyriańskie - Zakazane pragnienie rycerza | StoriesNook