POV Elary
„Dziś wieczorem w lesie” – ogłosił Zarek, a jego głos niósł się po milczącej polanie – „odkryłem, że Elara jest moją partnerką”.
Wśród zgromadzonych wilków rozległy się sapnięcia i podekscytowane szepty. Szok malował się na każdej twarzy; niektórzy byli zachwyceni, inni zdezorientowani, a kilku wyraźnie niezadowolonych. Starsi wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, podczas gdy młode dziewczyny szeptały zawzięcie.
Przez krótką chwilę w mojej piersi zatliła się nadzieja.
Czyżby Zarek zmienił zdanie od czasu naszego spotkania w lesie? Ten dotkliwy ból, który promieniował z mojego ciała od czasu jego pierwszego odrzucenia, nieco zelżał, pozwalając mi odetchnąć.
Wtedy Zarek uniósł dłoń, uciszając narastającą falę gratulacji i zdziwionych okrzyków.
„Ale” – kontynuował, a jego głos stał się niższy, cięższy – „nie mogę przyjąć tej więzi”.
Te słowa spadły na mnie niczym lawina, grzebiąc krótki błysk nadziei. Na polanie zapadła grobowa cisza. Nawet trzaskające ognisko zdawało się przycichnąć.
„Elara nie ma wilka” – powiedział Zarek, wbijając swoje lodowato niebieskie oczy prosto w moje; jego ton był chłodny i beznamiętny. „A podczas dzisiejszego polowania postrzeliła mnie ze sztucera, który pożyczył jej Alfa”.
Kolejne szmery grozy przeszły przez tłum. Niektórzy odwracali się, by spojrzeć na mnie z przerażeniem, jakbym popełniła jakąś straszną zbrodnię. Ciężar ich spojrzeń napierał na mnie ze wszystkich stron.
„Jako przyszły Alfa” – kontynuował Zarek niezłomnie – „potrzebuję silnej Luny, kogoś, kto będzie potrafił chronić naszą watahę i wyda na świat potężne potomstwo. Nasza wataha nie wyłoniła Króla Alfy od dwudziestu ośmiu lat”.
Rozejrzał się, napotykając spojrzenia starszych członków watahy, którzy kiwali głowami z uroczystą aprobatą.
„W nadchodzących wyborach Króla Alfy muszę dać z siebie wszystko. Dla dobra naszej watahy, muszę odrzucić tę więź”.
Każde słowo było nowym cięciem, głębszym od poprzedniego. Czułam, jak moje ciało robi się lodowate, potem gorące, aż w końcu zdrętwiało. Krew w moich żyłach zdawała się zamarzać, utrudniając mi nawet nabranie tchu. Gdyby Kaelen nie wrócił do mojego boku, mogłabym osunąć się pod ciężarem publicznego odrzucenia Zareka.
Reakcja watahy była natychmiastowa i podzielona. Szepty rozprzestrzeniały się jak pożar. Niektórzy potakiwali, aprobując pragmatyczną decyzję Zareka, inni zaś wyglądali na nieswoich, rzucając mi litościwe spojrzenia.
Głos Vespery wzbił się ponad pomruk tłumu, czysty i triumfujący. „Ma rację! Luna bez wilka uczyniłaby z nas pośmiewisko wszystkich watah. Jak ona niby miałaby nam przewodzić?”
Kilku innych przytaknęło, rozochoconych głośnym wsparciem Vespery.
To nie może się dziać. Nie tak. Nie przy wszystkich.
Alfa Varkas postąpił naprzód z poważną miną. Położył ciężką dłoń na ramieniu Zareka, badawczo patrząc synowi w oczy.
„Zareku, czy jesteś pewien, że tego właśnie chcesz?” – zapytał. „Może powinniśmy poczekać. Elara wciąż może wykształcić swojego wilka. To może być tylko kwestia czasu”.
Zarek potrząsnął głową zdecydowanie. „Nie mogę podjąć takiego ryzyka, ojcze. Nie podejmę decyzji, która mogłaby zaszkodzić przyszłości naszej watahy”. Jego wyraz twarzy nieco złagodniał, gdy zerknął w moją stronę. „Elara to dobra osoba. Nigdy nie chciałem jej skrzywdzić. Zawsze będę ją chronił jak siostrę”.
Jak siostrę.
Te słowa jeszcze głębiej przekręciły nóż w ranie. Nie chciałam jego ochrony. Chciałam...
Kaelen wyglądał na rozbitego, przenosząc wzrok z Zareka na mnie. Po chwili widocznej wewnętrznej walki, delikatnie ścisnął moje ramię.
„Powinienem z nim porozmawiać” – wymamrotał. „To jest... to zbyt nagłe”.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Kaelen podszedł do Zareka. Wymienili kilka cichych zdań, po czym wspólnie odeszli od ognia, pochylając głowy w poważnej rozmowie.
Dźwięk tłuczonej ceramiki przebił się przez szepty. Moja matka stała na skraju polany, a talerz świeżo upieczonych ciasteczek leżał rozsypany na śniegu u jej stóp. Jej twarz pobladła, oczy były szerokie z szoku i przerażenia. Nikt jednak nie zwracał uwagi na stłuczony talerz czy zmarnowane ciasteczka – wszystkie oczy pozostawały utkwione w rozgrywającym się dramacie.
Moi rodzice pośpieszyli do mnie. Mama objęła mnie ramionami, przyciągając mocno do piersi, jakbym wciąż była dzieckiem. Tata stał sztywno obok nas z zaciśniętą szczęką i oczami płonącymi ledwie tłumioną wściekłością.
„Jak on śmiał” – syknął cicho i groźnie. „Jak on śmiał ci to zrobić publicznie, bez żadnego ostrzeżenia”.
Przez mgłę łez, które zaczęły mi mazać obraz, dostrzegłam w tłumie Vesperę. Jej usta wygięte były w pełnym satysfakcji uśmieszku, a oczy lśniły mściwą przyjemnością z mojego publicznego upokorzenia. Nachyliła się do koleżanek, szepcząc coś, co wywołało ich śmiech i sprawiło, że zaczęły zerkać w moją stronę.
Ból w klatce piersiowej uległ przemianie, krystalizując się w coś twardszego, ostrzejszego. W postanowienie zimne i nieustępliwe jak lód Alaski.
Jeśli Zarek mnie nie chciał – trudno. Jeśli wataha uważała mnie za słabą, bo nie miałam wilka – trudno. Pokażę im wszystkim, z jakiej gliny ulepiona jest Elara Hawthorne – z wilkiem czy bez niego.
Ale najpierw musiałam uciec przed litościwymi spojrzeniami i złośliwymi szeptami. Musiałam odetchnąć powietrzem, które nie było ciężkie od woni sosny, śniegu i dziczy – jego zapachu.
Delikatnie wysunęłam się z objęć matki, ocierając łzy wierzchem dłoni.
„Muszę pobyć sama” – szepnęłam, a mój głos był zaskakująco pewny mimo burzy szalejącej w moim wnętrzu.
Mama skinęła głową ze zrozumieniem w oczach. Tata wyglądał, jakby chciał zaprotestować, ale jedno spojrzenie mamy go uciszyło.
Z całą godnością, na jaką mogłam się zdobyć, odwróciłam się i odeszłam od ogniska, z dala od świętowania, które stało się moim publicznym pręgierzem. Zmuszałam się do trzymania głowy wysoko i prostowania pleców.
Jestem kimś więcej niż ich osądem. Jestem kimś więcej niż jego odrzuceniem. Jestem kimś więcej niż wilkiem, którego nie mam.
Ta mantra powtarzała się w moich myślach, gdy znikałam w mroku terytorium naszej watahy, zostawiając za sobą blask ognia i oczy, które były świadkami mojego największego upokorzenia.
Za plecami wciąż słyszałam śmiech Vespery, niesiony wiatrem niczym dalekie wycie wilka.






