languageJęzyk
Strona główna/Pogoń za byłym/Zemsta jego srebrnej partnerki/Rozdział 6: Poślubić biuściastą nieznajomą

Rozdział 6: Poślubić biuściastą nieznajomą

Autor: Astrid van den Berg14 maj 2026

POV Vandera

Nigdy nie chciałem tu przyjeżdżać.

Gdyby nie moja matka, nie zgodziłbym się towarzyszyć wujowi Draxonowi w wizycie u watahy Rimeveil. Błagała mnie, bym go wspierał; mówiła, że nadszedł czas, by „postawić watahę na pierwszym miejscu” i „odpuścić przeszłość”.

Odpuścić przeszłość? Miała na myśli mojego ojca.

Minęło zaledwie kilka miesięcy, odkąd go pochowaliśmy, a Draxon już siedział na jego krześle, nosząc tytuł Alfy, jakby od zawsze należał do niego. Starszyzna Tempestroar stała za nim murem. Moja matka również.

— Jesteś jeszcze młody, Vanderze — powtarzała mi. — Tempestroar potrzebuje stabilizacji po atakach włóczęgów. Twój wuj może to teraz zapewnić. Ma większe doświadczenie.

Słyszałem to już wszystko. Raz za razem. Stabilizacja. Siła. Przetrwanie.

Ale prawda była prostsza — moja matka kochała Draxona, zakochała się w bracie swojego męża. Chciała spokoju. Nawet jeśli oznaczało to zdradę wszystkiego, za czym opowiadał się mój ojciec. Nawet jeśli oznaczało to oddanie watahy Draxonowi i proszenie mnie, bym udawał zadowolenie.

Więc oto byłem, nie jako prawowity Alfa Tempestroar, ale jako cichy, posłuszny gość, podążający za Draxonem niczym jeden z jego strażników. Po prostu kolejny syn zmarłego Alfy.

Tereny Rimeveil w niczym nie przypominały ciepłych, nasłonecznionych plaż Tempestroar. Zima na Alasce wydawała się pusta i szara, jakby tutejszy chłód nie tylko szczypał w skórę, ale osiadał głęboko w kościach. Śnieg padał powoli i gęsto, uciszając świat niczym koc, o który nikt nie prosił.

Odpuściłem sobie bankiet.

Draxon wspominał, że Alfa Varkas wyprawia dziś świętowanie, coś związanego z końcem festiwalu polowania. Bankiet pełen pieczonego mięsa, dobrego wina i politycznych uśmiechów.

Podziękuję.

Ruszyłem nad zamarznięte jezioro na skraju terytorium Rimeveil. Było daleko od ciepłych świateł wielkiej sali. Nikt nie będzie mnie tu szukał. Zdjąłem ubranie i zanurkowałem w wodzie, pozwalając, by szok termiczny przeszył mnie na wskroś. Zimno, ostre, czyste.

To mój ojciec uczył mnie pływać w lodowatych nurtach. Mawiał: „Jeśli to przetrwasz, przetrwasz wszystko”. Pamiętałem, jak zwykł się śmiać, głośno i swobodnie, a echo niosło się po tafli wody.

Teraz zostały tylko zmarszczki na wodzie i mój oddech.

Kiedy się wynurzyłem, usłyszałem skrzypienie kroków na śniegu. Moje mięśnie się napięły, instynkt się wyostrzył. Blisko brzegu stała postać w błękitnej sukience, mocno splatając ramiona na piersi. Jej srebrzyste włosy lśniły w blasku księżyca niczym szron.

Na początku mnie nie widziała. Płakała, cicho i łagodnie, a jej ramiona drżały. Skrzywiłem się. Nikt nie powinien być tu tak sam. Zwłaszcza ktoś ubrany tak, jakby jego miejsce było na bankiecie.

— Panienko — zawołałem, podpływając bliżej brzegu — nienawidzę przerywać, ale chyba siedzisz na moich ubraniach.

Drgnęła, zaskoczona. Jej wzrok spoczął na mnie i zobaczyłem, jak przez jej twarz przebiega cień podejrzliwości. Poruszyła się szybko, mrużąc oczy i napinając ramiona. Bystra.

— Kim jesteś? — zażądała odpowiedzi.

— Wataha Tempestroar — powiedziałem spokojnie. — Przyjechałem z Alfą Draxonem.

Nie rozluźniła się ani trochę. Dobrze.

— Dlaczego nie jesteś na bankiecie? — zapytała. — I dlaczego pływasz? Woda jest lodowata.

— Mogę zapytać cię o to samo — odparłem. — Dlaczego ktoś taki jak ty płacze samotnie nad jeziorem w takiej sukience?

— To nie twoja sprawa — ucięła.

Zaśmiałem się cicho, strząsając wodę z włosów, gdy wychodziłem na ośnieżony brzeg. Piszknęła i odwróciła się gwałtownie, wyciągając moje ubrania po omacku przez ramię.

— Masz — mruknęła.

— Doceniam to — powiedziałem, wciągając koszulkę przez głowę.

Po chwili zapytała: — Wasza wataha ma wiele wojowniczek, prawda?

To mnie zaskoczyło.

— Mnóstwo — odpowiedziałem powoli. — Dlaczego?

— Bez powodu — rzuciła zbyt szybko.

W jej głosie pobrzmiewał ból, który starała się ukryć. Nie naciskałem. Mimo to, coś w niej poruszyło we mnie jakąś cichą strunę. Ona nie znała mnie, ja nie znałem jej. Ale przez ułamek sekundy byliśmy tylko dwojgiem ludzi uciekających przed czymś większym od nas samych.

— Jesteś piękna, wiesz? — powiedziałem. — Nie marnuj czasu na porównywanie się do kogokolwiek innego.

Obróciła się lekko, jakby chciała coś powiedzieć, ale zanim zdążyła, rozległ się męski głos:

— Elaro!

Dziewczyna drgnęła i odwróciła się. W jej stronę biegł wysoki mężczyzna — ciemne włosy, ostre spojrzenie. Brat, być może. Nie wyglądał na zadowolonego z mojego widoku.

— Kto to jest? — zapytał, mierząc mnie wzrokiem.

— Tylko wojownik z Tempestroar — odpowiedziała szybko.

Chwycił ją za rękę. — Uciekłaś, mama i tata wpadają w panikę. Wracaj ze mną.

Pozwoliła mu się odprowadzić i tak po prostu zniknęła między drzewami niczym sen wymykający się z rąk.

Schyliłem się, by podnieść buty, i poczułem coś pod piętą.

Złamana spinka do włosów.

Srebrna z zielonym oczkiem. Pękła tam, gdzie na nią nadepnąłem.

Musiała należeć do niej.

Schowałem ją do kieszeni płaszcza. Jeśli zobaczę ją ponownie, oddam ją.

W pensjonacie, który przygotował Alfa Varkas, ledwie zdążyłem się wytrzeć ręcznikiem, gdy do środka wpadł Draxon, cuchnący alkoholem i poczuciem własnej ważności.

— Mam dobre wieści! — ogłosił.

Nie wstałem, przybierając maskę uprzejmego zainteresowania. — Jakie?

Uśmiechnął się szeroko, sadowiąc się naprzeciwko mnie. — Zbyt długo jesteś kawalerem, Vanderze. Znajdę ci kogoś. Piękną. Silną. Z Rimeveil.

Uniosłem brew. — Teraz zajmujesz się swataniem?

— Jest idealna — powiedział, podsuwając mi telefon pod nos. — Nazywa się Vespera. Jest ich najlepszą wojowniczką.

Kobieta na ekranie miała czerwoną szminkę i obcisły kombinezon, który niewiele zostawiał wyobraźni. Jej oczy płonęły arogancją. Wszystko w niej krzyczało: ambicja.

— Nie — powiedziałem krótko. — Nie jestem zainteresowany. Jeśli nie jest moją partnerką, nie marnuj swojego czasu.

Uśmiech Draxona zgasł. — Nie bądź głupi. To sprawa większa niż ty. To sojusz polityczny. Rimeveil potrzebuje wsparcia, a my również. Myślisz, że włóczędzy odpuścili?

Wstałem i podszedłem do okna. Znów padał śnieg. Cicho. Bez końca.

— Oddałem ci już miejsce Alfy — powiedziałem. — Nie oddam ci też mojego małżeństwa.

Prychnął. — Myślisz, że wciąż masz wybór? Nie możesz wiecznie rządzić Tempestroar z cienia. To najlepsza oferta, jaką dostaniesz.

— Nie ożenię się z kimś tylko po to, żeby cię zadowolić — odparłem, nie odwracając się. — Teraz wyjdź. Potrzebuję odpoczynku.

Mruknął coś pod nosem, po czym skierował się do drzwi. — Porozmawiam z twoją matką. Ona zrozumie, jakie to ważne.

Wyszedł, trzaskając drzwiami.

Oparłem się o okno, obserwując śnieg pokrywający drzewa. Wewnątrz mnie szalała wojna — lojalności, żalu i urazy. To nie było życie, jakiego pragnąłem. Może nadszedł czas, by przestać czekać, aż wszystko wróci do normy.

Może moją najlepszą opcją... było opuszczenie watahy Tempestroar.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 6: Rozdział 6: Poślubić biuściastą nieznajomą - Zemsta jego srebrnej partnerki | StoriesNook