POV Vandera
Nigdy nie chciałem tu przyjeżdżać.
Gdyby nie moja matka, nie zgodziłbym się towarzyszyć wujowi Draxonowi w wizycie u watahy Rimeveil. Błagała mnie, bym go wspierał; mówiła, że nadszedł czas, by „postawić watahę na pierwszym miejscu” i „odpuścić przeszłość”.
Odpuścić przeszłość? Miała na myśli mojego ojca.
Minęło zaledwie kilka miesięcy, odkąd go pochowaliśmy, a Draxon już siedział na jego krześle, nosząc tytuł Alfy, jakby od zawsze należał do niego. Starszyzna Tempestroar stała za nim murem. Moja matka również.
— Jesteś jeszcze młody, Vanderze — powtarzała mi. — Tempestroar potrzebuje stabilizacji po atakach włóczęgów. Twój wuj może to teraz zapewnić. Ma większe doświadczenie.
Słyszałem to już wszystko. Raz za razem. Stabilizacja. Siła. Przetrwanie.
Ale prawda była prostsza — moja matka kochała Draxona, zakochała się w bracie swojego męża. Chciała spokoju. Nawet jeśli oznaczało to zdradę wszystkiego, za czym opowiadał się mój ojciec. Nawet jeśli oznaczało to oddanie watahy Draxonowi i proszenie mnie, bym udawał zadowolenie.
Więc oto byłem, nie jako prawowity Alfa Tempestroar, ale jako cichy, posłuszny gość, podążający za Draxonem niczym jeden z jego strażników. Po prostu kolejny syn zmarłego Alfy.
Tereny Rimeveil w niczym nie przypominały ciepłych, nasłonecznionych plaż Tempestroar. Zima na Alasce wydawała się pusta i szara, jakby tutejszy chłód nie tylko szczypał w skórę, ale osiadał głęboko w kościach. Śnieg padał powoli i gęsto, uciszając świat niczym koc, o który nikt nie prosił.
Odpuściłem sobie bankiet.
Draxon wspominał, że Alfa Varkas wyprawia dziś świętowanie, coś związanego z końcem festiwalu polowania. Bankiet pełen pieczonego mięsa, dobrego wina i politycznych uśmiechów.
Podziękuję.
Ruszyłem nad zamarznięte jezioro na skraju terytorium Rimeveil. Było daleko od ciepłych świateł wielkiej sali. Nikt nie będzie mnie tu szukał. Zdjąłem ubranie i zanurkowałem w wodzie, pozwalając, by szok termiczny przeszył mnie na wskroś. Zimno, ostre, czyste.
To mój ojciec uczył mnie pływać w lodowatych nurtach. Mawiał: „Jeśli to przetrwasz, przetrwasz wszystko”. Pamiętałem, jak zwykł się śmiać, głośno i swobodnie, a echo niosło się po tafli wody.
Teraz zostały tylko zmarszczki na wodzie i mój oddech.
Kiedy się wynurzyłem, usłyszałem skrzypienie kroków na śniegu. Moje mięśnie się napięły, instynkt się wyostrzył. Blisko brzegu stała postać w błękitnej sukience, mocno splatając ramiona na piersi. Jej srebrzyste włosy lśniły w blasku księżyca niczym szron.
Na początku mnie nie widziała. Płakała, cicho i łagodnie, a jej ramiona drżały. Skrzywiłem się. Nikt nie powinien być tu tak sam. Zwłaszcza ktoś ubrany tak, jakby jego miejsce było na bankiecie.
— Panienko — zawołałem, podpływając bliżej brzegu — nienawidzę przerywać, ale chyba siedzisz na moich ubraniach.
Drgnęła, zaskoczona. Jej wzrok spoczął na mnie i zobaczyłem, jak przez jej twarz przebiega cień podejrzliwości. Poruszyła się szybko, mrużąc oczy i napinając ramiona. Bystra.
— Kim jesteś? — zażądała odpowiedzi.
— Wataha Tempestroar — powiedziałem spokojnie. — Przyjechałem z Alfą Draxonem.
Nie rozluźniła się ani trochę. Dobrze.
— Dlaczego nie jesteś na bankiecie? — zapytała. — I dlaczego pływasz? Woda jest lodowata.
— Mogę zapytać cię o to samo — odparłem. — Dlaczego ktoś taki jak ty płacze samotnie nad jeziorem w takiej sukience?
— To nie twoja sprawa — ucięła.
Zaśmiałem się cicho, strząsając wodę z włosów, gdy wychodziłem na ośnieżony brzeg. Piszknęła i odwróciła się gwałtownie, wyciągając moje ubrania po omacku przez ramię.
— Masz — mruknęła.
— Doceniam to — powiedziałem, wciągając koszulkę przez głowę.
Po chwili zapytała: — Wasza wataha ma wiele wojowniczek, prawda?
To mnie zaskoczyło.
— Mnóstwo — odpowiedziałem powoli. — Dlaczego?
— Bez powodu — rzuciła zbyt szybko.
W jej głosie pobrzmiewał ból, który starała się ukryć. Nie naciskałem. Mimo to, coś w niej poruszyło we mnie jakąś cichą strunę. Ona nie znała mnie, ja nie znałem jej. Ale przez ułamek sekundy byliśmy tylko dwojgiem ludzi uciekających przed czymś większym od nas samych.
— Jesteś piękna, wiesz? — powiedziałem. — Nie marnuj czasu na porównywanie się do kogokolwiek innego.
Obróciła się lekko, jakby chciała coś powiedzieć, ale zanim zdążyła, rozległ się męski głos:
— Elaro!
Dziewczyna drgnęła i odwróciła się. W jej stronę biegł wysoki mężczyzna — ciemne włosy, ostre spojrzenie. Brat, być może. Nie wyglądał na zadowolonego z mojego widoku.
— Kto to jest? — zapytał, mierząc mnie wzrokiem.
— Tylko wojownik z Tempestroar — odpowiedziała szybko.
Chwycił ją za rękę. — Uciekłaś, mama i tata wpadają w panikę. Wracaj ze mną.
Pozwoliła mu się odprowadzić i tak po prostu zniknęła między drzewami niczym sen wymykający się z rąk.
Schyliłem się, by podnieść buty, i poczułem coś pod piętą.
Złamana spinka do włosów.
Srebrna z zielonym oczkiem. Pękła tam, gdzie na nią nadepnąłem.
Musiała należeć do niej.
Schowałem ją do kieszeni płaszcza. Jeśli zobaczę ją ponownie, oddam ją.
W pensjonacie, który przygotował Alfa Varkas, ledwie zdążyłem się wytrzeć ręcznikiem, gdy do środka wpadł Draxon, cuchnący alkoholem i poczuciem własnej ważności.
— Mam dobre wieści! — ogłosił.
Nie wstałem, przybierając maskę uprzejmego zainteresowania. — Jakie?
Uśmiechnął się szeroko, sadowiąc się naprzeciwko mnie. — Zbyt długo jesteś kawalerem, Vanderze. Znajdę ci kogoś. Piękną. Silną. Z Rimeveil.
Uniosłem brew. — Teraz zajmujesz się swataniem?
— Jest idealna — powiedział, podsuwając mi telefon pod nos. — Nazywa się Vespera. Jest ich najlepszą wojowniczką.
Kobieta na ekranie miała czerwoną szminkę i obcisły kombinezon, który niewiele zostawiał wyobraźni. Jej oczy płonęły arogancją. Wszystko w niej krzyczało: ambicja.
— Nie — powiedziałem krótko. — Nie jestem zainteresowany. Jeśli nie jest moją partnerką, nie marnuj swojego czasu.
Uśmiech Draxona zgasł. — Nie bądź głupi. To sprawa większa niż ty. To sojusz polityczny. Rimeveil potrzebuje wsparcia, a my również. Myślisz, że włóczędzy odpuścili?
Wstałem i podszedłem do okna. Znów padał śnieg. Cicho. Bez końca.
— Oddałem ci już miejsce Alfy — powiedziałem. — Nie oddam ci też mojego małżeństwa.
Prychnął. — Myślisz, że wciąż masz wybór? Nie możesz wiecznie rządzić Tempestroar z cienia. To najlepsza oferta, jaką dostaniesz.
— Nie ożenię się z kimś tylko po to, żeby cię zadowolić — odparłem, nie odwracając się. — Teraz wyjdź. Potrzebuję odpoczynku.
Mruknął coś pod nosem, po czym skierował się do drzwi. — Porozmawiam z twoją matką. Ona zrozumie, jakie to ważne.
Wyszedł, trzaskając drzwiami.
Oparłem się o okno, obserwując śnieg pokrywający drzewa. Wewnątrz mnie szalała wojna — lojalności, żalu i urazy. To nie było życie, jakiego pragnąłem. Może nadszedł czas, by przestać czekać, aż wszystko wróci do normy.
Może moją najlepszą opcją... było opuszczenie watahy Tempestroar.






