languageJęzyk

Rozdział 7: Notatki pożegnalne

Autor: Astrid van den Berg14 maj 2026

POV Elary

Obudziłam się następnego ranka z opuchniętymi, czerwonymi oczami.

Musiałam odejść. Dzisiaj.

Ta myśl dodała mi nagłego przypływu energii. Chrzanić bycie Rodzicielką. Nie zamierzałam tu zostać i dalej znosić zniewag ze strony Zarka i Vespery.

Najpierw musiałam coś zjeść. Ledwie tknęłam jedzenie na wczorajszym bankiecie.

Gdy schodziłam na dół, doleciał mnie dziwny, mdły zapach. Podążyłam za nim do kuchni, gdzie zastałam mamę.

— Dzień dobry, mamo — powiedziałam, wchodząc do środka.

Lekko drgnęła i szybko się odwróciła, wsuwając coś do szuflady.

— Och! Elaro, wystraszyłaś mnie.

Zmarszczyłam nos. — Czujesz to? Ten zapach jest... okropny.

Jej wzrok uciekł w bok.

— Ach, to. Znalazłam rano kilka zepsutych jajek, kiedy robiłam ciastka. Musiałam je wyrzucić — powiedziała cicho. Postawiła przede mną parujący kubek herbaty jabłkowo-cynamonowej i talerz pierniczków. Miały kształty wilków, niedźwiedzi i królików. — Zrobiłam twoje ulubione.

Ciastka były jeszcze ciepłe, prosto z pieca. Podniosłam jedno w kształcie wilka. Gardło mi się zacisnęło.

Było jasne, że mama nie spała. Cienie pod jej oczami mówiły same za siebie. Podczas gdy ja wypłakiwałam się do snu, ona siedziała w kuchni, piekąc moje ulubione przysmaki z dzieciństwa. Poczucie winy wezbrało we mnie, walcząc z determinacją, by odejść.

Potem usiadła obok mnie i zawahała się przez chwilę, zanim przemówiła.

— Elaro... myślę, że może powinnaś rozważyć propozycję Alfy Draxona z wczorajszego wieczoru.

Ciastko wyślizgnęło mi się z dłoni.

— Mamo — powiedziałam głosem ostrym od niedowierzania — jak możesz w ogóle tak mówić? Myślałam, że jesteś jedyną osobą, która naprawdę mnie rozumie.

Wyglądała na zaskoczoną i zmieszaną.

— Powiedziałam to tylko dlatego, że chcę dla ciebie jak najlepiej — pospieszyła z wyjaśnieniem. — Czasami, gdy kogoś kochasz, musisz zdobyć się na poświęcenia. I nie jesteś sama, Elaro. Wciąż masz nas... prawda?

Przygryzłam wargę, starając się opanować drżenie głosu.

— Nawet jeśli wszyscy uważają mnie za egoistkę, nie mogę dzielić miłości z kimś, kogo sama nie wybiorę. Nie zrobię tego.

Mama szybko wyciągnęła rękę, by mnie uspokoić, a jej głos złagodniał.

— Dobrze... dobrze. Do niczego cię nie zmuszam. Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa. Tylko to się dla mnie liczy.

Skinęłam głową w milczeniu, czując kluchę w gardle.

Byłam w połowie drugiego ciastka, gdy przez otwarte okno kuchenne dobiegł znajomy głos, rozbijając tę chwilę na kawałki.

— Kaelen! Trening zaraz się zaczyna. Wszyscy na ciebie czekają! — Głos Vespery był ostry i władczy.

Ciężkie kroki zbiegły po schodach. Kaelen wpadł do kuchni, ale zatrzymał się, gdy zobaczył mnie przy stole. Na jego twarzy odmalowała się niepewność.

— Elaro, ja... — zaczął, robiąc krok w moją stronę.

— Kaelen, pospiesz się! — Głos Vespery znów się przebił.

Nasze spojrzenia się spotkały. Widziałam poczucie winy, zmartwienie i coś na kształt żalu. Ale on zerknął w stronę okna, w stronę czekającej watahy, w stronę swojego Alfy.

— Muszę iść — powiedział, cofając się. — Porozmawiamy później, dobrze?

Skinęłam głową, trzymając twarz nisko nad herbatą. Wybiegł przez drzwi. Po raz kolejny wybór został dokonany. I po raz kolejny to nie byłam ja.

Moja determinacja ostatecznie stężała.

Co mi tu zostało?

Brak treningów.

Brak prawdziwego miejsca.

Tylko obserwowanie z boku, jak inni żyją życiem, które mi nie jest dane.

Byłam ciężarem. Tą bez wilka. Słabym ogniwem, które wszyscy musieli chronić.

Byłam tu nikim. Może nawet kimś mniej niż nikt.

Mama usiadła obok i delikatnie położyła dłoń na mojej. — Jak się dzisiaj czujesz, kochanie?

Spróbowałam się uśmiechnąć. — Tylko zmęczona. Nie spałam najlepiej.

— To zrozumiałe — powiedziała, gładząc kciukiem wierzch mojej dłoni. — Wiele przeszłaś.

— Myślę, że pójdę jeszcze trochę odpocząć — powiedziałam, kończąc herbatę. — Nie martw się o mnie, mamo. Powinnaś pomóc przy wędzeniu mięsa. Wiem, że po festiwalu jest mnóstwo roboty.

Zawahała się, studiując moją twarz. — Jesteś pewna? Mogę zostać z tobą.

— Jestem pewna — odparłam, wymuszając wesołość w głosie. — Poza tym Kaelen i tata upolowali wczoraj dwa jelenie. To mnóstwo mięsa.

W końcu skinęła głową. — Dobrze. Ale zajrzę do ciebie później.

Gdy tylko wyszła na zewnątrz, pobiegłam na górę. Serce biło mi szybciej. Nie miałam wiele czasu.

Z okna widziałam watahę gromadzącą się wokół wędzarni. Będą zajęci przez wiele godzin. Wkrótce powietrze wypełni zapach peklowanego mięsa.

Nikt nie zauważy, że odchodzę.

Działałam szybko. Mój plecak z jeleniej skóry, uszyty przez mamę i ozdobiony misternym haftem z koralików, był gotowy w kilka minut. Spakowałam ciepłe ubrania, przybory toaletowe i pieniądze, które zaoszczędziłam z letnich prac.

Moje palce musnęły flet z kości, który Kaelen zrobił dla mnie na dziesiąte urodziny. Spędził tyle czasu na rzeźbieniu go, by dźwięk był idealny. Nie mogłam go zostawić.

Zabrałam też mój najcenniejszy skarb — srebrny sztylet, który tata wykuł dla mnie po wojnie z wampirami. Nazwał go „Tink” od dźwięku, jaki wydaje srebro, gdy uderza o kamień.

— Zawsze będziesz chroniona — powiedział wtedy — nawet gdy ja nie będę mógł przy tobie być.

Wtedy tego nie rozumiałam, ale teraz tak. Przesunęłam palcami po rzeźbionej rękojeści i schowałam go do torby.

Zerknęłam znów przez okno. Mama wieszała pasma jeleniny na stelażach. Taty nie było widać. Prawdopodobnie był w wędzarni ze starszyzną.

Wróciłam do biurka i wyciągnęłam czystą kartkę papieru. Było tyle rzeczy, które chciałam powiedzieć. Przeprosiny. Wyjaśnienia. Zapewnienia.

Ale kiedy chwyciłam pióro, słowa nie nadchodziły.

Jak streścić całe życie w jednej krótkiej wiadomości?

Napisałam prosto:

„Kocham was wszystkich, ale nie mogę zostać. Proszę, nie martwcie się o mnie i nie próbujcie mnie szukać. Poradzę sobie. — Elara”

Łzy piekły mnie pod powiekami, gdy kładłam kartkę na poduszce. Ale zamrugałam, by je odegnać. Musiałam być silna.

Wciągnęłam białą dzianinową czapkę, by ukryć moje srebrzyste włosy, tak inne od złotych odcieni większości członków watahy. Potem zarzuciłam torbę na ramię i po cichu wymknęłam się tylnymi drzwiami.

Kluczyki do mojego prezentu urodzinowego — czerwonego kompaktowego auta, które tata dał mi zaledwie wczoraj — wydawały się zimne w mojej dłoni.

Uruchomiłam silnik i powoli zjechałam długim podjazdem.

Nie obejrzałam się za siebie.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki