Punkt widzenia Cassiusa
Moja warga wywinęła się na widok żałosnego wilka przede mną, trzęsącego się ze strachu na granicy terytorium sfory Krwawego Księżyca. Niegdyś stanowili imponującą grupę jak na swój gatunek, ale z czasem osiedli na laurach. Ich pragnienie, by stawać się silniejszymi, większymi i lepszymi prysło, a wraz z nim zniknął też mój szacunek.
Nie znosiłem faktu, że musiałem fatygować się do tej słabej, małej sfory, ale to właśnie tam miałem ją znaleźć. Moją przeznaczoną.
Sama myśl o tym słowie przyprawiała mnie o skrajne napięcie, więc warknąłem, widząc, że wilkołak blokuje mi drogę. To sprawiło, że zagotowała się we mnie krew. Grał na zwłokę, starając się dać swojemu Alfie czas na pojawienie się, aby zatuszować ten absolutny brak szacunku przy powitaniu, jakiego dotąd uświadczyliśmy.
Jego oczy omiotły mnie, a ciało zaczęło dygotać jeszcze mocniej z przerażenia na to, co zobaczył. Przybiegliśmy pod naszą likońską postacią, tak jak preferowaliśmy. Całkowita przemiana w bestię była zarezerwowana tylko na specjalne okazje. Bogini obdarzyła nas zdolnością do częściowej przemiany i stania na dwóch nogach.
Żałosna namiastka psa stojąca przede mną marnowała mój czas, a na to nigdy nie pozwalałem.
"Zmiataj, mały wilczku." Zabrzmiał głos Seraphiny, gdy przeteleportowała się wprost przed niego. Wiatr odrzucił jej długie, śnieżnobiałe włosy z twarzy, odsłaniając lśniące, puste, białe oczy i czarne ryciny zdobiące jej skórę.
Wilk odskoczył w tył, zapierając się z podkulonym ogonem i wytrzeszczając na nią oczy. Smród moczu pozbawił mnie resztek wiary w tę sforę, skoro tak prezentował się jeden z ich wojowników. Będą potrzebować szkolenia. W tym momencie miałem wrażenie, że jedno małe Fae mogłoby zmieść ich wszystkich z powierzchni ziemi.
"Bu!" Szepnęła, a wilk zerwał się do ucieczki z powrotem do sfory, pozostawiając granicę bez jakiejkolwiek obrony. Seraphina chwyciła pasmo swoich włosów i kręcąc nim na palcu, zerknęła przez ramię z udawaną niewinnością. "Chyba mnie nie polubił."
Przewróciłem oczami, po czym ona skinęła głową z szacunkiem, a ja minąłem ją, wprowadzając moich wojowników na ziemie sfory.
Seraphina była jedynym powodem, dla którego w ogóle się tu znalazłem. Jej wizja kategorycznie nakazywała mi odnalezienie i ochronę mojej przeznaczonej. To była wizja mojej śmierci, a na to z pewnością nie zamierzałem pozwolić. Według mojej wiedźmy, nie pozwoli na to również moja przeznaczona. Będzie jedyną osobą, która zdoła mnie ocalić w nadchodzącej bitwie, i był to wyłączny powód mojej dzisiejszej obecności tutaj.
Gdy dotarliśmy do siedziby sfory, drzewa się przerzedziły, a Alfa Reginald podbiegł, by mnie powitać, z ulegle opuszczoną głową. Było już dla niego za późno. Miał szczęście, że nie wyrwałem mu gardła na miejscu.
Do głośnych, zduszonych okrzyków dołączyło wkrótce łkanie kilku kobiet, gdy zmuszono je do uklęknięcia w rzędzie. Ich okrzyki protestu stawały się coraz głośniejsze w miarę, jak widziały moich wojowników wyłaniających się z lasu pod postacią Likanów.
Wziąłem głęboki oddech i minąłem ich Alfe, nawet nie obdarzając spojrzeniem mężczyzny, który zdążył już mnie raz znieważyć.
Byliśmy tu w jednym, jedynym celu.
"Tsk, zły piesek!" Syknęła za mną Seraphina, mijając Reginalda.
Z grupy członków sfory wystąpił młody mężczyzna, w którego żyłach wyczuwałem pulsującą krew Alfy. Dziedzic.
"Witajcie," Powiedział, kłaniając się. Kobieta u jego boku spoglądała na niego z obrzydzeniem z powodu jego uległości wobec kogoś innego. Wyczuwałem, jak bardzo pragnie władzy, choć jednocześnie wydzielała toksyczność z każdej poru swojego ciała. Parsknąłem z pogardą, patrząc na parę gniewnym wzrokiem, zanim ona również się ukłoniła, aby okazać mi szacunek.
Reszta sfory podążyła w ich ślady z niewielkim opóźnieniem. Omiotłem zgromadzonych obojętnym wzrokiem. Trochę za późno na uprzejmości.
Ich nieprzygotowanie tylko pogłębiało zniewagę, że jeszcze nie byli gotowi na nasze przybycie, mimo odpowiednio wczesnego powiadomienia. Smród alkoholu i potu był wręcz obezwładniający, a ja wykrzywiłem wargę z obrzydzeniem.
Ale w powietrzu unosił się słodki zapach – powiązany z parą stojącą przede mną – który sprawiał, że moja bestia pragnęła zrównać z ziemią każdego wilka i każdy budynek w tej sforze, dopóki nie odnajdę jego źródła. Ślinka napłynęła mi do ust i wiedziałem, że to ona. Była tu, i zamierzałem ją odnaleźć.
Gdy do szeregu dołączyła ostatnia dziewczyna, wydałem z siebie głęboki warkot. Głośne szlochy i błagania ustały, a zostało tylko irytujące pociąganie nosem płaczących kobiet. Nie miały się czego obawiać, jeśli tylko okażą szacunek, o który walczyliśmy, na który zapracowaliśmy i którego teraz żądaliśmy.
Moi mężczyźni przestępowali z nogi na nogę, zniecierpliwieni, by odnaleźć swoje przeznaczone, wiedzieli jednak, że muszą zaczekać, aż ja pierwszy przejdę przez ten szereg. Stawałem przed każdą z samic po kolei, uważnie wdychając ich zapach, gdy one wzdrygały się ze strachu przed moją potężną sylwetką.
Tylko jedna wyróżniała się na tle pozostałych pewnością siebie, gdy siedziała na piętach z wyprostowanymi plecami. Jej podbródek był uniesiony, ale była na tyle mądra, by nie patrzeć mi w oczy i rzucać mi wyzwania.
Po zakończeniu pierwszego rzędu odwróciłem się do Seraphiny. Stała ze ściągniętymi brwiami. Na jej twarzy dostrzegłem, że była równie zdezorientowana jak ja.
"Gdzie jest reszta?" zapytałem. Mój głęboki głos sprawił, że wiele przerażonych kobiet wzdrygnęło się w przerażeniu.
Oczy Alfy Reginalda rozszerzyły się, gdy przeniósł wzrok ze mnie na klęczące przede mną samice bez partnera. "To wszystkie z nich."
Sposób, w jaki potrząsał głową z dezorientacją, bezgłośnie błagając, bym mu uwierzył, tylko podsycał moją furię. Rzuciłem się naprzód. Moja postać Likana górowała nad watahą zamkniętą w swoich ludzkich skórach. Zacisnąłem dłoń na jego gardle, odrywając żałosnego Alfę od ziemi. "Nie kłam. I tak stąpasz po cienkim lodzie."
Moi ludzie zaczęli wydawać z siebie ciche pomruki zachęty. Ich ekscytacja i pragnienie rozlewu krwi napawały mnie dumą.
"To naprawdę wszystkie, przysięgam!" Jego desperackie błaganie sprawiło, że wyglądał na jeszcze słabszego, niż na początku zakładałem. Ciepła krew kapała mi z koniuszków palców, gdy zatopiłem pazury w jego szyi.
Spojrzałem mu prosto w oczy.
Chciałem patrzeć, jak dobiega swoich dni. Chciałem zobaczyć, jak światło w jego oczach gaśnie, a dusza opuszcza ciało, by powrócić do Bogini.
"Zła odpowiedź." Zaśpiewała Seraphina z miejsca, w którym stała u boku moich wojowników. Do radości w jej głosie dołączyło wycie ekscytacji, kiedy wyrwałem mu gardło, a jego ciało osunęło się na ziemię. Wilki sapnęły i zapłakały w szoku i rozpaczy, gdy ich Alfa poległ.
Podniosłem dłoń, w pełni świadomy spływającej po przedramieniu krwi, i zwróciłem się do moich ludzi. "Znajdźcie ją."
Mięso i ścięgna opadły z mojej ręki niczym porzucona flaga, a moja sfora ruszyła naprzód, gotowa zniszczyć każdy dom i każdego, kto spróbuje stanąć im na drodze i powstrzymać przed znalezieniem swojej królowej.






