languageJęzyk

Rozdział 4

Autor: Aeliana Thorne15 cze 2026

Wpatruję się w plecy Kravosa. Światło księżyca wpada do środka, podkreślając poszarpane, wypukłe blizny, które gęsto pokrywają jego skórę. Moje palce świerzbią, by ich dotknąć, prześledzić ich bieg pod łopatką i wzdłuż kręgosłupa, ale tego nie robię.

Nie mylił się, mówiąc, że nosi wiele blizn, ale nie na twarzy. Głęboka bruzda przyciąga moją uwagę; siadam nieco wyżej, nachylając się, by lepiej się jej przyjrzeć. Wygląda jak ślady zębów, jakby wyrwano mu kawałek ciała.

Moja dłoń delikatnie muska ranę, a dotyk jego gorącej skóry posyła dreszcz wzdłuż mojego ramienia prosto do serca. Co musiał zrobić, by nabawić się takich blizn? Z kim walczył i jak straszliwy był to ból? Pytania kłębią mi się w głowie i nagle to do mnie dociera. Mimo wszystkiego, co się dzieje – odrzucenia, zostania partnerką (cóż, słowną partnerką) najgroźniejszego faceta w krainie likanów i wilkołaków – on jest po prostu człowiekiem.

„Brzydzą cię?” – pyta, a ja podskakuję, gwałtownie cofając rękę, płonąc ze wstydu, że dałam się przyłapać.

„Skąd je masz?” – pytam. Kravos siada na łóżku, a mięśnie jego pleców falują wokół blizn, które stanowią większość powierzchni jego skóry.

„Brzydzą cię?” – powtarza pytanie, a ja mrużę oczy.

„Oczywiście, że nie” – odpowiadam, choć on zdaje się nie wierzyć, bo prycha i sięga po koszulę. Wciąga ją przez głowę z ciężkim westchnieniem, po czym zerka przez ramię.

„Kiedy wyjeżdżamy?” – pytam, zmieniając temat, obserwując, jak wciąga dżinsowe spodnie i podchodzi do komody.

„Tak ci się spieszy do wyjazdu?” – pyta, zatrzymując się i patrząc na mnie przez szerokie ramię.

„Tak…” – przyznaję.

„W takim razie wyjeżdżamy teraz” – mówi. „Wszystkie twoje rzeczy zostały spakowane i włożone do auta wczoraj wieczorem”.

„Ale jest druga rano…” – mówię z otwartymi ustami, myśląc o tym, że nie będę mogła pożegnać się z Jace’em, partnerem czy nie. Przez tak długi czas był jedynym jasnym punktem w moim życiu.

„Chcę po prostu być w domu z moją Luną”. Przeszywa mnie wzrokiem, a ja przełykam ślinę. „Wataha będzie podekscytowana spotkaniem z tobą”.

Czuję, jak gęsty osad wstydu znów pełznie mi do głowy. Odwracam wzrok. Jego wataha mnie znienawidzi, gdy poczują, jak słaba jestem. Czy tam też będę pośmiewiskiem? Albo co gorsza, czy jestem tylko środkiem do celu, politycznym manifestem, a on ma kogoś innego u siebie w watasze?

To tłumaczyłoby jego chęć powrotu. Brak ochoty na bliskość, której dyktuje więź, a nawet to, że podczas pocałunku czułam jego wahanie. Pierś mnie piecze na tę myśl, więc zakładam włosy za ucho, próbując o tym nie myśleć. Wiem, że nie mam prawa być zła. Ledwo jestem prawdziwym wilkołakiem. Jasne, dlatego właśnie mnie wybrał.

Jestem słaba, łatwa do zmanipulowania i mało prawdopodobne, bym komentowała fakt posiadania przez niego ulubionej kochanki. A dlaczego miałby jej nie mieć? Przecież nie obiecałam mu silnych następców. Nie, jestem pionkiem.

Elementem na jego szachownicy, by rozszerzyć jego wpływy w społecznościach wilkołaków i likanów. I zgadzam się na to. Chyba. Ale jeśli to prawda, to dlaczego na samą myśl chce mi się wymiotować?

„Co się dzieje w tej twojej główce?” – pyta cicho. Podnoszę wzrok, nasze spojrzenia się spotykają. Zmuszam się do uśmiechu. On jednak zdaje się w to nie wierzyć, choć nic nie mówi.

„Po prostu cieszę się, że stąd wyjeżdżam” – odpowiadam zgodnie z prawdą.

„Dobrze. Vance zaraz tu będzie, by zaprowadzić cię do SUV-a”.

„Vance?” – pytam.

„Ten rudowłosy. Trenuje na Gammę” – mówi, a ja potakuję, jakbym wiedziała, co to oznacza. Nigdy nie rozumiałam roli Gammy, bo nie wszystkie watahy ich mają, tak jak nasza.

„Czy wyjazd bez poinformowania alfy nie jest oznaką braku szacunku?” – pytam, a on chichocze.

„A czy fizyczne zaatakowanie Luny przez córkę Alfy nie jest oznaką braku szacunku?” – paruje, a ja odwracam wzrok, zawstydzona.

Pukanie do drzwi wybawia mnie z wypełniającej pokój ciszy. Wchodzi Vance z radosnym uśmiechem na twarzy.

„SUV podjeżdża pod wejście. Mogę wyprowadzić Lunę Valerie, żebyś ty mógł się pożegnać zgodnie z etykietą?” – pyta, patrząc to na jednego, to na drugą. Zerka na mnie, jego oczy są utkwione we mnie, a na ustach błąka się uśmiech.

„Nie trzeba, na brak szacunku trzeba odpowiedzieć tym samym. Jeśli Barrett będzie miał problem z naszym wyjazdem, skontaktuje się ze mną, a wtedy go poinformuję o zniewagach jego córki” – mówi Kravos, podchodząc do mnie.

Jego wielka, ciepła dłoń zamyka moją, a iskry z naszej nowej więzi przebiegają przez moją skórę, gdy popędza mnie obok siebie. Nadążenie za mężczyzną wyższym ode mnie o dobrą stopę nie jest łatwe, ale staram się przyspieszyć kroku.

Żywa dusza nie kręci się w pobliżu, gdy wychodzimy przez frontowe drzwi i wsiadamy do czarnego pojazdu. Vance wskakuje na miejsce pasażera, a Kravos wślizguje się obok mnie. Jego sylwetka dominuje w środku, zajmując więcej miejsca niż normalny człowiek. Powtórzę: on jest ogromny. I właśnie jego udo przyciska się do mojej nogi.

Jedziemy przed siebie, drzewa migają za oknem, a światło księżyca kaskadami opada na krajobraz, omiatając go piękną poświatą i zarysowując wszystko, czego nigdy wcześniej w tej okolicy nie widziałam.

„Będziesz tęsknić?” – pyta Vance z przodu, podczas gdy ja patrzę na uciekające kilometry dzielące mnie od watahy, którą nazywałam domem. Watahy, która patrzyła na mnie z góry, i ludzi, dla których życiową misją było ciągłe mnie poniżanie.

„Nie” – odpowiadam stanowczo, wiedząc na pewno, że nigdy nie zatęsknię za tą watahą.

Jedyną osobą, za którą będę tęsknić, jest Jace. Żołądek skręca mi się na myśl o nim. Wiercę się na siedzeniu, próbując ułożyć się wygodnie i wygnać go z myśli. Gęsia skórka wyskakuje mi na ramionach, gdy myślę o tym, co mnie czeka. Jaka będzie moja nowa wataha i czy kiedykolwiek zostanę zaakceptowana jako ich prawdziwa Luna.

Od Kravosa zdaje się bić ciepło. Spoglądam na niego i przyłapuję go na obserwowaniu mnie z rozbawieniem. Nagle on mruży oczy i unosi ramię, kładąc je na oparciu siedzenia. Jego dłoń spoczywa na moim barku i delikatnie przyciąga mnie do swojej szerokiej piersi. Moje oczy uciekają do góry, gdy otacza mnie ciepło, i nie mogę powstrzymać westchnienia, które wyrywa się z moich ust.

„Zmarzłaś” – mruczy, a ja kręcę głową.

„Już nie… dziękuję” – odpowiadam, ale on nie reaguje. Potem odchrząkuje, pocierając kciukiem moje ramię, jakby zaczął się denerwować.

„Co lubisz robić, Valerie?” – pyta, a ja przechylam głowę, zastanawiając się.

„Kiedy mam czas, lubię czytać” – mówię, ale on nie wydaje się usatysfakcjonowany.

„Chodzi mi o to, jakie masz hobby? Przecież nie mogłaś zajmować się Tinsley przez cały czas?”.

„Nie wiem, na co liczysz, ale nie mam żadnych talentów, Alfo”.

„Kravos. Dla ciebie jestem po prostu Kravosem” – szepcze, zbliżając głowę.

„Tak… Kravosie” – mówię, a przysięgam, że poczułam, jak zadrżał.

„Nie rysujesz? Nie zajmujesz się ogrodem? Albo chociaż śpiewasz?”.

„Ha!” – chichoczę. „Rysowanie wymagałoby materiałów, których by mi nie przyznano. Ogród bym uśmierciła, gdybym go miała. Nigdy nie byłabym w stanie poświęcić mu tyle czasu, ile by potrzebował”.

„A śpiewanie?” – dopytuje, a ja kręcę głową.

„Okropnie śpiewam” – mówię z cichym śmiechem.

„Och, wątpię w to” – mówi słodko, a ja uśmiecham się do niego po raz pierwszy szczerym, wolnym od lęku uśmiechem. „Zaśpiewaj coś dla mnie”.

„Zdecydowanie nie. Jeśli mój status cię nie odstraszył, to śpiew z pewnością to zrobi. Mówiono mi, że mój głos jest tak straszny, że mógłby zabić każdą biedną duszę, która musiałaby go słuchać”.

„Cóż, w takim razie chyba nie zafundujemy ci lekcji śpiewu w najbliższym czasie” – żartuje, a ja czuję się przy nim coraz swobodniej. „Będziesz musiała pomyśleć o jakimś hobby albo rozrywkach, którymi chciałabyś się zająć. Jako Luna będziesz zajęta, ale będziesz mieć też wolny czas, by cieszyć się tym, czym zechcesz”.

„Cóż, naprawdę dużo czytam”.

„W takim razie powinnaś skorzystać z naszej ogromnej biblioteki”.

Moje oczy rozbłyskują z ekscytacji. „Macie bibliotekę?” – pytam, odwracając się do niego całym ciałem.

Oczy Kravosa rozszerzają się z przerażenia, usta mu się otwierają, gwałtownie przyciąga mnie do swojego ciała, a w powietrzu rozlega się potężny huk. Szkło pęka, a moje ciało bezwładnie unosi się w górę, uderzając mocno o dach samochodu. Nasze ciała kotłują się, Kravos próbuje się mnie kurczowo trzymać, podczas gdy ja usiłuję schować głowę w jego potężnej, bezpiecznej piersi.

Mam wrażenie, że turlamy się wiekami, każde twarde lądowanie obija moje ciało aż do kości, aż do tego ostatniego. Drżenie wibruje w mojej nodze, a zaraz po nim następuje ból. Gwałtownie wciągam powietrze i wybucham szlochem. Kiedy patrzę na swoją nogę, robi mi się słabo – wokół mnie tworzy się kałuża krwi, a ja skupiam wzrok na białym, ostrym przedmiocie wystającym z mojego ciała.

„Czy to…” – mruczę, zanim padam do tyłu. Kręci mi się w głowie, a żółć podchodzi do ust na widok kości przebijającej moje udo.

Ból z każdą sekundą staje się coraz bardziej wszechobecny. Wyciągam rękę, szukając Kravosa. Jakaś dłoń mnie chwyta, a ja kurczowo się jej trzymam, czekając, aż wyciągnie mnie w bezpieczne miejsce. Łzy płyną mi po twarzy, gdy on brutalnie uwalnia mnie ze splątanego metalu, a potem znika.

Czuję jego dłoń na mojej kostce, po czym nagle mną szarpie, sprawiając, że krzyczę z czystej agonii, a przed oczami latają mi mroczki.

„Kravosie” – jęczę, chcąc błagać go, by przestał. „Proszę…”.

Wiem, że moje słowa są słabe, ledwo słyszalne, gdy moja świadomość zanika.

„Valerie!” – słyszę jego krzyk i zmuszam się, by spojrzeć za siebie. Widzę, jak kulejąc, biegnie w moim kierunku, podczas gdy ja jestem odciągana. Ból zostaje zastąpiony czystym przerażeniem, gdy osoba, która mnie wlecze, zatrzymuje się, rzucając moją nogę niedbale na ziemię.

„Nie musisz być przytomna przy tej części” – mruczy głęboki głos. Podchodzi do mnie postać w kapturze skrywającym twarz, choć widzę blask czerwieni w jej oczach. Potem jakiś przedmiot uderza mnie w policzek z głuchym stukotem i świat powoli gaśnie. Ostatnią rzeczą, jaką widzę i słyszę, są dzikie oczy Kravosa i ryk jego bestii budzącej się do życia.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 4: Rozdział 4 - Zastępcza Luna Króla Likanów | StoriesNook