languageJęzyk

Rozdział 5

Autor: Aeliana Thorne15 cze 2026

**PUNKT WIDZENIA KRAVOSA**

Coś we mnie pęka na widok Valerie. W mojej piersi narasta wściekłość, jakiej nigdy wcześniej nie czułem, a mój likan przejmuje kontrolę bez wezwania. Każdy ból, jaki czułem po wypadku, wyparowuje, zastąpiony żądzą zemsty. Mój likan ryczy, a my pędzimy w stronę tego skurwysyna, który ją dopadł.

On nawet się nie porusza, gdy moja potężna sylwetka uderza w jego pierś. Słyszę, jak jego mostek trzeszczy ostrzegawczo, zanim dźwięk pękających dolnych żeber rozbrzmiewa w moich uszach. Wbijam go w krawędź asfaltu; słychać ciche stęknięcie i świst uciekającego z niego powietrza, gdy uderzamy o ziemię. Jego głowa odbija się od podłoża z głuchym stukotem.

Nie marnuję ani chwili. Siadam na nim okrakiem, a moje pazury spadają na niego niczym grad. Każdy cios uwalnia miedziany zapach krwi, której krople lądują na mojej pyskowatej twarzy. On wybucha śmiechem – chorym, mokrym i bulgoczącym dźwiękiem. Prostuję się i patrzę na niego, zdezorientowany. Po raz pierwszy zauważam nie tylko czerwień, która zalała jego oczy, ale i nieobecne spojrzenie, jakby patrzył prosto przeze mnie.

Przechylam głowę na bok, obserwując kałużę krwi wokół niego, po czym wstaję. Czerwień w jego oczach zdaje się odpływać, wraca biel odsłaniająca niebieskie tęczówki, które wykrzywia ból. Jego twarz wykrzywia grymas, wydaje z siebie krzyk, gdy docierają do niego obrażenia, które mu zadałem. Dostaje drgawek, po czym wywraca oczami i sztywnieje.

Co to, do cholery, było?

„Alfo!” – słyszę krzyk Vance’a i odwracam się w samą porę, by przechwycić wilkołaka, który rzuca mi się do twarzy.

Moje pazury wbijały się w jego ciało, gdy robię unik i wykonuję obrót, rzucając go na ciężarówkę, która w nas uderzyła. Jego ciało nadziewa się na poszarpaną krawędź metalu, który przebija go na wylot przez plecy i pierś. Gdy znów spoglądam na Vance’a, on zmienia się w swoją formę likana i pędzi do nieruchomego ciała Valerie, odpierając atak dwóch innych mężczyzn. Skurcz w piersi pogania mnie, bym ruszył ku niej, ale dostrzegam kolejną postać po mojej prawej stronie.

Skąd oni się, do jasnej cholery, biorą?

Palący ból przeszywa tył mojego uda. Syczę i odwracam się, dostrzegając wilczycę wgryzającą się w moją nogę, która zaraz odskakuje, gotowa do walki. Sierść na jej karku się jeży, a zakrwawione wargi wykrzywiają się w drwiącym uśmiechu, gdy próbuję ją pochwycić. Jest szybka, znacznie szybsza niż tamte dwa gnojki.

Robię krok do przodu, by ją zaatakować, gdy słyszę dźwięk na betonie – chrupot tłuczonego szkła, jakby coś było przeciągane. Wtedy rozumiem: ta suka nie chce ze mną walczyć. Jest odwróceniem uwagi.

Obracam się na pięcie i biegnę w stronę Valerie, ignorując ciężar wilczycy, która uczepiła się moich pleców. Odsuwam ból jej zawziętego gryzienia na bok i skupiam się na mężczyźnie wlekącym Valerie. Ma to samo spojrzenie, co tamten wcześniej – bezduszne, puste, czerwone oczy.

Wahm się tylko przez ułamek sekundy, zanim podbiegam wystarczająco blisko, by na niego skoczyć. Zamiast go powalić, chwytam go za szyję z wściekłym rykiem i unoszę w górę. On puszcza jej kostkę i patrzy w stronę lasu za moimi plecami. Czuję dodatkowy ciężar na plecach, krew spływa mi po skórze. Sfrustrowany, zaciskam palce, krusząc jego krtań moimi bestialskimi pazurami.

Warcząc, rzucam go na ziemię i sięgam przez ramię, próbując złapać tę, która siedzi mi na plecach, ale pudłuję. Próbuję jeszcze raz. Znów unika moich pazurów. W przypływie frustracji pozwalam sobie upaść do tyłu. Moja gigantyczna sylwetka uderza z ogromną siłą w jej pokryte futrem ciało, przygniatając ją masą do nieruchomego asfaltu. Czuję, jak pękają kości, i czuję wilgoć jej krwi rozlewającej się pode mną.

Ztaczam się z niej i podpełzam do Valerie. Klękam, niepewny, jak ją chwycić. W formie likana mam osiem stóp wzrostu, jestem pół-człowiekiem pół-likanem, a moje ciało pokrywają mięśnie i futro. Ale moje pazury… są niebezpieczne, mógłbym ją zranić. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnę, to zadać jej więcej bólu, więc pochylam się, osłaniając ramionami jej piegowatą twarz i dostrzegam rozcięcie nad okiem.

Mój likan skomli, zniżając głowę, ocierając chłodny pysk o jej policzek w nadziei, że ją obudzi, ale ona się nie rusza. Słyszę bicie jej serca, czuję ciepły oddech, więc wiem, że żyje, ale traci krew w zastraszającym tempie, a jej noga wymaga natychmiastowego leczenia.

Słyszę ryk likana Vance’a i widzę, jak pada na kolana przed trzema czerwonookimi wilkami. Zrywam się, by pomóc, ale kątem oka dostrzegam kolejny ruch i warczę cicho z frustracji. Gdzie, do cholery, jest reszta mojej watahy, która ze mną podróżowała? Jeśli nie pomogę Vance’owi, prawdopodobnie zginie. Ale odmawiam zostawienia bezbronnej Valerie na pastwę tych gnojków.

Skomlę jej do ucha, moje ostre jak brzytwa pazury ostrożnie wsuwają się pod nią, gdy przyciągam ją do swojej dyszącej piersi. Pędzę do Vance’a, tuląc moją Lunę mocno, po czym staję za najbliższym napastnikiem, zachodzę go od tyłu i zatapiam zęby w karku jego spoconej szyi.

Smak ciepłej krwi uderza w mój język, a moja bestia mruczy z podniecenia. Obracam się na moich potężnych stopach, wgryzając się aż do kręgów. Pochylam się do przodu, by upewnić się, że nie jest on wystarczająco blisko, by sięgnąć Valerie, po czym gwałtownie skręcam głowę w lewo. Słychać trzask i jego ciało wiotczeje.

Vance wykorzystuje ten moment, by rzucić się do nóg drugiego faceta; jego pazury rozcinają mięśnie i wbijają się w kość udową. Robię dwa kroki w stronę trzeciego skurwysyna, który odwraca się do mnie, gdy nagle ktoś w ludzkiej formie powala go na ziemię. Ląduje na nim, okładając go pięściami po twarzy, zatrzymując się tuż przed zadaniem śmiertelnego ciosu.

„Chcesz go żywego?” – pyta Reid, mój Beta, a ja czuję falę ulgi. Zamykam oczy, mój likan się wycofuje, wiedząc, że mamy wsparcie.

„Na nic się nie przyda. Spójrz na jego oczy. Wątpię, by cokolwiek pamiętali” – mruczę, podchodząc do nich. Vance dyszy w ludzkiej formie, pochylony, z twarzą czerwoną jak jego włosy, posyłając Reidowi wściekłe spojrzenie.

„Ciekawe” – mówi Reid, po czym sięga w dół i szybko, bezboleśnie skręca mężczyźnie kark, zanim odwraca się w naszą stronę.

„Spóźniliście się” – syczy Vance, prostując się.

„To ty miałeś się z nami spotkać, Vance. Nie na odwrót” – przypomina mu Reid, po czym daje znak jednemu z naszych wojowników i łapie rzuconą mu torbę z ubraniami.

Reid rzuca parę szortów w twarz Vance’a, który łapie je z warknięciem i naciąga na obnażony dół. Potem wyciąga rękę, by podać mi parę spodni dresowych, i unosi brew, widząc moje wahanie przed puszczeniem Valerie.

„Spodziewasz się, że ci je założę?” – pyta z uśmieszkiem, a ja piorunuję go wzrokiem.

„Potrzebuję uzdrowiciela. Teraz. I czegoś miękkiego, żeby ją położyć” – rozkazuję.

„Tam dalej jest trawa…”

Warczę głosem Alfy, a jego oczy rozszerzają się z szoku. Podchodzi do mnie, w jego spojrzeniu widać frustrację.

„Jestem twoim Betą, ale jestem też twoim bratem, Kravosie. Jeśli nie podoba ci się dana opcja, używaj słów dorosłego człowieka, a nie głosu dorosłej bestii”.

„Ona jest twoją Luną, Reidzie” – wycedzam przez zęby. „Myślisz, że trawa to miejsce, gdzie ona powinna leżeć?”.

„Kiedy nie ma nic innego?” – prycha. „Wtedy tak”.

„Alfo, ja ją wezmę” – mówi nasz medyk polowy, wyciągając ręce. Krzywię się, robiąc krok w tył i mocniej ją przytulając.

„Nie” – warczę, na co Reid mruży oczy.

„Sam prosiłeś o uzdrowiciela” – przypomina mi, a Valerie skomli w moich ramionach, budzona przez ból.

„Obiecuję, że będę delikatny” – zapewnia mnie medyk. Niechętnie oddaję mu ją w ręce, a on natychmiast odchodzi.

„Więc to jest nasza Luna, co?” – pyta Reid, rzucając mi spodnie dresowe.

„Tak” – odpowiadam, gwałtownie wpychając nogę w nogawkę.

„Na zbyt wiele nie wygląda” – przechyla głowę, a ja zamieram. Furia buzuje we mnie, warga mi drga, ale przypominam sobie, że nie mogę zabić własnego młodszego brata. Nawet jeśli potwornie mnie wkurwia.

„Uważaj, jak o niej mówisz” – rzuca Vance, podchodząc.

„Uważaj, jak ty mówisz do mnie” – odcina się Reid. „Jestem twoim przełożonym”.

„Dość” – warczę. „Nie pozwolę, byś mówił źle o tym, co należy do mnie”.

Brwi Reida wędrują wysoko w górę z zaskoczenia.

„Należy do ciebie? A myślałem, że twój plan zakładał, że nawet nie dopełnisz tego związku…”.

„Plany się zmieniły” – mruczę, idąc w stronę, w którą zabrano Valerie. Widzę, jak szybko badają jej obrażenia, przygotowując zioła, by zatamować krwawienie i znieczulić miejsce urazu.

„Plany się zmieniły? Niby dlaczego?” – prycha Reid. Zaciskam usta, spoglądając na nią jeszcze raz. „Tylko mi nie mów, że ona jest twoją mate drugiej szansy…”.

Wypuszczam powietrze, odwracając się do niego. On przeczesuje dłonią włosy, oblizując zęby.

„Ja pierdolę! Jest nią, prawda?”

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 5: Rozdział 5 - Zastępcza Luna Króla Likanów | StoriesNook