languageJęzyk

Rozdział 3 Napęd

Autor: Aeliana Moreau 4 kwi 2026

Wataha Czarnej Doliny

Co ten idiota, kurwa, sobie myśli? Prawdopodobnie niewiele – gdyby zapytać obecne i przyszłe przywództwo Watahy Czarnej Doliny.

Każdy z nich spodziewał się, że Alfa Hank pojawi się ze swoim Betą i przynajmniej garstką Wojowników.

Ku ich zaskoczeniu był jednak zupełnie sam. Nawet Alfa Czarnej Doliny nie byłby tak głupi, a jego obawia się wielu Alfów – nie tylko dlatego, że jest Likanem, ale również z powodu jego krewkiego charakteru.

Przez ostatnie cztery miesiące odsyłali sobie nawzajem umowę sojuszniczą drogą mailową i za każdym razem Alfa Hank twierdził, że wprowadził w niej poprawki, ale wszystkie były jedynie kosmetycznymi zmianami. Był Alfą, który wolał brać, zamiast dawać, więc wczoraj Alfa Lincoln zadzwonił do niego, by poinformować go, że żadnego sojuszu nie będzie.

Można sobie tylko wyobrazić ich zaskoczenie, gdy jeden z ich Wojowników połączył się z nimi mentalnie, informując o jego przybyciu – i to w dodatku w pojedynkę. I dlaczego miałby ich odwiedzać po pierwszej w nocy? To mogło przecież poczekać do świtu.

Drzwi SUV-a otwierają się. Patrząc na mężczyznę wysiadającego z pojazdu, są jeszcze bardziej zdziwieni jego brakiem instynktu samozachowawczego. Mógł mieć co najwyżej metr osiemdziesiąt pięć i z pewnością wyglądał, jakby dobiegał kresu swoich dni, mimo że miał zaledwie pięćdziesiąt osiem lat.

– Alfo Lincolnie, pomyślałem, że rozsądnie będzie omówić nasz sojusz twarzą w twarz. Ułatwi mi to wyjaśnienie pewnych zmian, które naniosłem, a wy będziecie mogli od razu zadać mi dowolne pytania, zamiast czekać, aż odpiszę na maila. Jak się zapewne domyślacie, jestem zajętym człowiekiem – mówi, wchodząc po schodach na ganek.

– Wczoraj wam mówiłem, że żadnego sojuszu nie będzie – warczy na niego Alfa Lincoln, a ten idiota ma jeszcze tupet, by zacząć się śmiać.

– Alfo Lincolnie, po prostu próbujesz twardo negocjować, a ja nie będę miał ci tego za złe – mówi Alfa Hank, przechodząc obok Alfy Lincolna prosto do Domu Watahy. – Myślę, że mam to, czego chcecie, by sfinalizować tę umowę, i za kilka lat będziemy opowiadać tę historię naszym wnuczętom.

Obecni i przyszli przywódcy spoglądają po sobie. W oczach każdego z nich maluje się taka sama konsternacja; żaden nie ma kurewskiego pojęcia, o czym ten idiota bełkocze.

– Przynieś mi trochę kawy, kobieto – warczy Alfa Hank w stronę Luny, a obaj jej synowie chwytają ojca za ramiona, by powstrzymać go przed popełnieniem morderstwa. Luna jedynie na niego spogląda, z nałożoną maską „nie zadzieraj ze mną”, i słychać tylko cichy śmiech Bety, gdy po prostu zostawia go tam stojącego.

Wchodzi po schodach na piętro, a oni już wiedzą, że nie zobaczą jej podczas tego spotkania, chyba że wydarzy się coś jeszcze.

– Alfo Lincolnie, chcę omówić to w twoim gabinecie. Nie potrzebuję głupich pytań od szczeniąt czy samic, one nigdy nie są w stanie pojąć tego typu spraw, o jakich musimy porozmawiać – oświadcza Alfa Hank, po czym odwraca się w stronę korytarza.

– Możesz omówić to tutaj, w salonie, albo możesz wracać do domu. Nie obchodzi mnie, co wybierzesz, ale streszczaj się. Chciałbym spędzić trochę czasu z moją Partnerką – mówi Alfa Lincoln do idioty, po czym siada w fotelu.

Wzrok Alfy Hanka wędruje po pomieszczeniu, przyglądając się każdemu obecnemu tu samcowi i każdej samicy. Jego oczy zatrzymują się na córce Bety, a na jego twarzy pojawia się delikatny uśmiech. – Taak, nie mogę cię winić, że chcesz spędzić z tym trochę czasu – odzywa się, a Makay, syn mojego Bety, w ciągu kilku sekund wgniata go w ścianę.

– Najpierw okazujesz brak szacunku naszej Lunie, a teraz obrażasz moją młodszą siostrę. Powinienem skręcić ci ten jebany kark, kretynie – warczy Makay, mając twarz zaledwie cal od jego twarzy.

– Wynoś się w cholerę z mojego terytorium i nigdy więcej tu nie wracaj, bo następnym razem po prostu cię wykończę – mówi Alfa Lincoln, po czym Makay puszcza go na podłogę i robi kilka kroków w tył.

– Alfo Lincolnie, jakże mógłbym okazać brak szacunku twojej Partnerce? Nigdy w życiu jej nie spotkałem – mówi Alfa Hank. Jego oczy otwierają się szerzej, gdy widzi Lunę z ramionami owiniętymi wokół Alfy Lincolna. Uświadamia sobie, co właśnie zrobił, ale ten dupek wcale za to nie przeprasza.

– O rany. Bogini nie była dla ciebie łaskawa, Alfo Lincolnie. Musiała być pijana albo coś w tym stylu, żeby sparować cię z czymś takim – mówi ze śmiechem, patrząc na Lunę, i w tym momencie rozpętuje się prawdziwe piekło.

Wszyscy starają się powstrzymać Kenyona, Likana Alfy Lincolna, przed przejęciem kontroli, ale to z góry przegrana walka. Nikt nie jest w stanie go powstrzymać przed sprawieniem, by ten idiota zapłacił za obrazę jego Przeznaczonej; a wszystko kończy się w niespełna minutę.

Krew tryska z przeciętego gardła, a w chwili, gdy pozbawione życia ciało Alfy Hanka uderza o podłogę, Kenyon odwraca się, by wpaść w czekające na niego ramiona Partnerki.

Słyszy ludzi krążących po pokoju, ale z twarzą wtuloną w zagłębienie szyi swojej Partnerki nie widzi, co się dzieje.

– Alfo Lincolnie, Starszyzna cię poprze. To było uzasadnione zabójstwo, nie miał prawa obrażać Luny Leony w ten sposób – oświadcza Starsza Carmen, a wszyscy cieszą się, że mają naocznego świadka, który może wesprzeć ich Alfę.

Wiele osób jęczy na głos; zabijając Alfę Hanka, nagle stali się odpowiedzialni za dwie Watahy.

Postanawiają wyjechać z samego rana, po dobrze przespanej nocy; mimo to dla większości poranek nadchodzi zbyt szybko. Po śniadaniu gromadzą się w gabinecie Alfy.

Wyruszają w oddaloną o godzinę i piętnaście minut drogi podróż do Watahy Złotego Księżyca.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki