Punkt widzenia Meadow
Wciąż nie mogę uwierzyć, że w końcu to zrobiłam.
Od lat myślałam o opuszczeniu Watahy Złotego Księżyca, ale jedyną rzeczą, która mnie powstrzymywała, była nadzieja na znalezienie mojego Przeznaczonego. Zamiast znaleźć wieczną miłość, o której wszyscy zawsze rozmawiają, znalazłam dupka, który bardziej dbał o pozory.
Dla Rufusa byłam prawdopodobnie nikim; wątpię, by był w stanie wymienić moje imię, gdyby go o nie zapytać. Stella jest dobrze znana członkom naszej Watahy, i mówię tu głównie o jej męskiej połowie, choć nie sądzę, by powinna być z tego dumna.
Skoro Rufus odrzucił więź, którą ukuła między nami Bogini, nie miałam już nic, co łączyłoby mnie z Watahą Złotego Księżyca.
Wątpię, by mój tak zwany ojciec lub brat powiedzieli Alfie Lincolnowi, że nie ma mnie już na terytorium. Śmiem wątpić, by w ogóle zauważyli, że zniknęłam. Żaden z nich nie zgłosił mojego zaginięcia, kiedy wyprowadziłam się z Domu Watahy, a nie miałam wtedy nawet czternastu lat.
Nie zgłosili mojego zaginięcia, kiedy skończyłam szesnaście lat i nie przeszłam żadnej ceremonii przyjęcia do Watahy. Prawdopodobnie nigdy nie zrozumiem, dlaczego obaj mnie ignorowali, i chyba wcale nie chcę znać tej odpowiedzi.
Nazywam się Meadow i mam szesnaście i pół roku. Poza moimi przyjaciółmi, nikt nie wie, że żyje we mnie Likan. Cóż, to nie do końca prawda, nasz Lekarz Watahy również wie, że jestem Likanem. Wykazało to moje badanie krwi w wieku czterech lat; był to ostatni raz, gdy przeszłam przez to samo, przez co przechodzi każdy członek Watahy Złotego Księżyca.
Odkąd opuściłam terytorium, zrobiłam zaledwie dwa krótkie postoje. By zjeść jakieś śniadanie i jakiś lunch; poza tym nieustannie jechałam w stronę Terytorium Renegatów.
Znak poboczu drogi przyciąga moją uwagę. Po prawej stronie widać motel, więc zjeżdżam z trasy, by wynająć pokój na noc. Muszę odpocząć i, miejmy nadzieję, trochę pospać.
Pół godziny później parkuję SUV-a przed moim pokojem i zabieram do środka torbę podróżną. Biorę prysznic, żeby zabić czas, a gdy już jestem umyta i ubrana, wracam do małego baru obok recepcji. Zamówiłam trochę gulaszu, żeby zabrać go ze sobą do pokoju. Nie mam najmniejszej ochoty z nikim rozmawiać, a kolacja zjedzona w odosobnieniu da mi trochę więcej czasu dla samej siebie.
Po skończeniu posiłku czytam niektóre z dokumentów, które Starszyzna wysłała Haydenowi, i uśmiecham się na widok tak wielu możliwości, jakie dają mi do wyboru. Są dwa dokumenty, które wzbudzają moje zainteresowanie. Pierwszy dotyczy zostania Wojownikiem Renegatów, a drugi stanowiska Technika Renegatów.
Minionej nocy usnęłam bardzo szybko. Nastawiłam budzik, żeby wcześnie zacząć dzień, ale wczesnym rankiem to wcale nie alarm wyrywa mnie ze snu.
Na zewnątrz mojego pokoju toczy się walka, więc czym prędzej podchodzę do okna. Wyglądam na zewnątrz, by zobaczyć chłopaka – może mieć z metr dziewięćdziesiąt – otoczonego przez czterech innych facetów, a gdy pociągam nosem, uderza mnie odór Samotników.
Otwieram drzwi mojego pokoju. Uwagę dwóch Samotników przyciąga mój ruch, ale żaden z nich nie rusza w moją stronę. – Utrzyjmy im trochę nosa – warczy w mojej głowie Rebel, a ja wskakuję na tył mojego SUV-a.
Chłopak, którego okrążyli, stoi oparty plecami o maskę mojego SUV-a. Próbuje utrzymać ich na dystans, ale wygląda na wyczerpanego. Samotnicy musieli go już chwilę gonić, atakując przy każdej możliwej okazji.
Przechodzę po dachu SUV-a, analizując postury czterech Samotników; na cel wezmę najpierw tego największego. Jeśli uda mi się zdjąć go z zaskoczenia, będę mogła skupić się na pozostałej trójce, więc w chwili, gdy przeskakuję nad największym z nich, wypuszczam pazury.
Będąc w powietrzu, rozcinam mu gardło, a on jest martwy, zanim jeszcze zdążę wylądować na ziemi tuż za nim. Drugi Samotnik rzuca się na mnie. Opadam na kolana, rozcinając go moimi pazurami od obojczyka aż po brzuch. Nie stanowi już zagrożenia ani dla mnie, ani dla nieznajomego, ale wciąż mam jeszcze dwóch Samotników, z którymi muszę się uporać.
Postanawiają połączyć siły i rzucić się na mnie jednocześnie. Czekam, aż stracą możliwość zahamowania swojego pędu, cofam się o krok i unoszę ręce, pozwalając, by moje pazury przecięły ich gardła. Ich ciała opadają na ziemię. Obaj Samotnicy nie żyją, a kiedy nadstawiam ucha, słyszę, jak drugi z nich bierze swój ostatni oddech.
Skinieniem głowy pozdrawiam chłopaka, który wciąż opiera się o mojego SUV-a, a patrząc w jego oczy, po prostu wiem, że mam przed sobą Zmiennokształtnego Niedźwiedzia.
Nie czekam, aż coś powie. Śpieszę się, a w dodatku muszę znów wziąć prysznic. Samotnicy pachną potwornie, a ja chcę pozbyć się tego zapachu najszybciej, jak to tylko możliwe.
Woda spływa kaskadami po moich plecach, podczas gdy ja po raz kolejny odtwarzam w głowie przebieg walki. Dziękuję Tysonowi za to, że nauczył mnie cierpliwości w czasie walki i czytania przeciwnika; jego lekcje bardzo mi się dziś przydały.
Kiedy wychodzę z mojego pokoju, absolutnie nic nie wskazuje na to, że zabiłam tam na zewnątrz czterech Samotników. Ciała zniknęły, podobnie jak cała krew, która powinna się tam znajdować, zniknął też chłopak, którego zaatakowali. Zmierzam do baru, żeby wziąć śniadanie i lunch na wynos, a potem udaję się do recepcji, by oddać klucz i zapłacić za nocleg.
– Wszystko jest już uregulowane, panienko. Po tym, co pani zrobiła, nie możemy przyjąć od pani żadnych pieniędzy – odzywa się właściciel i choć przez chwilę próbuję oponować, w końcu godzę się z faktem, że to ich sposób na to, by mi podziękować.
Dwie godziny od rozpoczęcia podróży zjeżdżam na pobocze, by zjeść śniadanie. Dopiero wtedy przypominam sobie, co wyczułam w nieznajomym.
– Rebel, skąd wiedziałam, że to Zmiennokształtny Niedźwiedź? W życiu żadnego nie spotkałam, a mimo to jestem na sto procent pewna, kim on był – pytam moją Likan.
Przez chwilę panuje cisza, jakby próbowała znaleźć odpowiedź lub najlepszy sposób, by mi to wyjaśnić. – To musi być w jakiś sposób związane z naszą matką; nigdy nie wyczuwałam żadnych podobnych umiejętności u Bety – odpowiada mi w końcu Rebel.
Wiem, że ma rację, to na pewno ma związek z Mamą, a to z kolei pozostawia mnie z jeszcze większą liczbą pytań. Mam zaledwie kilka wspomnień związanych z Mamą, ale większość z nich jest identyczna. Ja siedząca na jej kolanach, wsłuchana w jej głos, ale niesłysząca wypowiadanych słów.
Ale jedno wspomnienie o Mamie jest inne. W tym jednym wyraźnie słyszę jej słowa i zawsze czułam, jakby to było jej ostateczne pożegnanie.
„Zawsze pamiętaj, że cię kocham, bez względu na to, co przyniesie ci życie”. Po tym otuliła mnie kołdrą, posłała mi całusa z progu sypialni, a potem po prostu odeszła.






