languageJęzyk

2|Spraw, żebym zapomniał

Autor: Sigrid Eriksson13 maj 2026

Dominic okazał się tym szczęśliwym, przypadkowym nieznajomym.

Eleny nie obchodziło, że inna kobieta, sobowtórka Barbie, ubrana w najciaśniejszą, najkrótszą i najczarniejszą lateksową sukienkę, jaką kiedykolwiek widziała, próbowała go sobie zaklepać.

"On jest ze mną" – wybełkotała, wpychając się między nich.

Barbie wyglądała, jakby miała ją zamordować swoim lodowatym spojrzeniem, gdy tak ją lustrowała, a jej napompowane kolagenem usta wygięły się w niesmaku.

"Tak" – zachichotał Dominic, a jego policzki i uszy pasowały kolorem do ognistych włosów. "Jestem z nią!"

"Twoja strata" – Barbie odrzuciła swoje długie, przedłużane blond włosy za ramię i dumnie odeszła, znikając w stadzie pustookich zombi kołyszących się w rytm muzyki.

"Dzięki" – powiedział Dominic z uśmiechem. "Uratowałaś mi życie".

"Chyba jesteśmy kwita" – odparła cicho Elena. "Dzięki, że nas wprowadziłeś".

Nie planowała mu dziękować. Ale faktycznie, wcześniej uratował ją przed mrozem.

"Wygląda na to, że bycie nieprzyzwoitym czasem pomaga?" – zaśmiał się, a wtedy trochę go polubiła.

Zaczęła się wolna piosenka i kątem oka zobaczyła Sebastiana i Tessę wymykających się na parkiet. Spanikowała i rzuciła się w ramiona Dominica.

"Po prostu udawaj mojego chłopaka, dobrze?" – uśmiechnęła się do niego, a w jej oczach lśniły łzy, które z trudem powstrzymywała. "Udawaj, że jesteś we mnie szaleńczo zakochany".

"Cokolwiek zechcesz, Księżniczko!" – Dominic przyciągnął ją mocno, obejmując ją w talii zaborczym gestem. Elena, boleśnie świadoma każdego jego ruchu, gdy kołysali się do muzyki, próbowała ignorować dreszcz ekscytacji przebiegający przez jej ciało pod wpływem jego dotyku. „Próbowała” było tu słowem kluczowym.

Przeczytała gdzieś, że o człowieku można wiele powiedzieć po tym, jak tańczy. To była prawda. To, co wcześniej uznała za arogancję, w przypadku Dominica było po prostu pewnością siebie.

"Jestem dobrym chłopakiem?" – pochylił głowę, tak że ich czoła lekko się zetknęły. Jej mózg krzyczał, by nie dawała się ponieść emocjom, gdy jego jednodniowy zarost musnął jej policzek, sprawiając, że zadrżała mimo panującego w pomieszczeniu ciepła.

"Jeśli nie wyjdzie ci w normalnej pracy, zawsze możesz zatrudnić się w Rent-A-Boyfriend" – zapewniła go Elena, zarzucając mu ręce na szyję i przyglądając mu się uważnie.

Z tymi gęstymi, falującymi rudymi włosami, Dominic przypominał jej Willa Halsteada z „Chicago Med”, jednego z jej ulubionych seriali. Był zbyt przystojny dla własnego dobra. I jeśli dalej będzie się tak do niego kleić, to tylko kwestia czasu, kiedy wpadnie z deszczu pod rynnę.

"Istnieje coś takiego?" – jego brwi skoczyły w górę, a twarz rozjaśniła się ciekawością.

"Nie wiem" – zaśmiała się, odchylając głowę do tyłu. "Nigdy wcześniej nie potrzebowałam ich usług".

Aż do teraz – pomyślała ze smutkiem. Aż do dziś.

Kołysali się w milczeniu przez minutę, może trzy. Elenie było dobrze w jego ramionach; nawet gdy piosenka się skończyła i zaczęła się kolejna melodia, ona dalej się poruszała, a Dominic nie sprawiał wrażenia, jakby spieszyło mu się, by ją puścić.

"Poza tańczeniem z obcymi ludźmi, co tu dzisiaj robisz?" – zapytała, nagle go ciekawa.

Velvet był w porządku dla zwykłych śmiertelników takich jak ona. Ale wyobrażała sobie, że obrzydliwie bogaci bogowie jak on mają prywatne kluby, gdzie wstęp dają tylko czarne karty i ośmiocyfrowe stany konta.

Dominic wyglądał na faceta z ośmiocyfrowym kontem. Od jego leśnych perfum z lekką nutą drogiego bourbona, po ciemne, dopasowane dżinsy, które zestawił z dżinsową koszulą i robionymi na zamówienie sneakersami. Musiały być robione na zamówienie, bo nigdy wcześniej u nikogo takich nie widziała.

"Świętuję moją ostatnią noc wolności" – wymruczał.

Oczywiście – pomyślała Elena. To wyjaśniało jego orszak modeli Calvina Kleina. To był jego wieczór kawalerski. Natychmiast poczuła się fatalnie, że wcześniej była dla niego niemiła. Gdyby ona świętowała swoją ostatnią noc jako singielka, nie chciałaby marnować połowy czasu na czekanie w kolejce.

"Jesteś szczęśliwy?" – zapytała, tuląc się do jego piersi. "Powinnam ci pogratulować?"

Dominic zaśmiał się w jej włosy. "Niezbyt. Ale jest, jak jest. A ty?"

"Jestem tu, by zapomnieć" – spojrzała w górę, a jej serce podeszło do gardła, gdy napotkała intensywne spojrzenie jego oczu. Jeśli będzie się tak na nią gapił, jakby była jedyną kobietą w sali, mogłaby faktycznie zapomnieć o złamanym sercu i smutku.

"O czym zapomnieć?" – zapytał, badając jej twarz, jakby znaczenie jej słów było tam wypisane.

"O wszystkim" – uśmiechnęła się przez łzy. "Spraw, bym zapomniała, proszę".

Nie wiedziała, o co prosi, dopóki Dominic nie uniósł delikatnie jej podbródka i nie złączył ich ust w namiętnym pocałunku. Przez kilka chwil, w których zabrakło jej tchu, była świadoma tylko tej chwili, jego ramion wokół talii, przyciskających ją mocno do siebie, gdy doprowadzał ją do szaleństwa swoim językiem i wargami.

Przywarła do niego, pragnąc go więcej, chcąc całego ciepła płynącego z jego ciała. Miał ciało pływaka. Jędrne i napięte we wszystkich właściwych miejscach. I to jej się podobało.

Mogła wyobrazić sobie siebie u jego boku.

Byłby świetnym facetem „na pocieszenie”.

"Zapomniałaś?" – zapytał Dominic ochrypłym głosem, a jego oceaniczne oczy pociemniały z pożądania, gdy odsunęli się od siebie, by zaczerpnąć powietrza.

"Prawie" – odparła bez tchu. Ekscytował ją i przerażał jednocześnie, bo wiedziała, że zaraz popełni prawdopodobnie swój największy błąd w życiu. Ale spędziwszy pierwsze dwadzieścia cztery lata życia trzymając się zasad i nie mając z tego nic poza zerwanymi zaręczynami, raz chciała być choć trochę lekkomyślna.

Dominic złapał ją za rękę i wyprowadził z Velvet. Szybko napisała SMS-a do przyjaciółek, podczas gdy czekali, aż parkingowy podstawi jego Lamborghini.

Przytrzymał jej drzwi pasażera i pomógł zapiąć pasy. Przerażona i dziwnie podekscytowana, czuła, jak jej ciało wibruje z niecierpliwości na myśl o tym, co nadchodzi. Ledwo rozpoznawała znajome ulice, gdy mknęli przez Riverwood w stronę prywatnej posiadłości, bezpiecznie odizolowanej od zwykłych ludzi takich jak ona, za szlabanami i armią strażników w budce ochrony.

Jechali długą, krętą drogą, zatrzymując się przed potężną, stalową czarną bramą, która rozwarła się, gdy Dominic nacisnął przycisk na małym pilocie przy kluczykach.

Elena gapiła się z zachwytem na nowoczesny dom osadzony na wzgórzu, oświetlony przez lampy wzdłuż podjazdu. Cała biała konstrukcja, o gładkich, klasycznych liniach i minimalistycznych akcentach, wyglądała jak wyjęta prosto z magazynu architektonicznego.

Lokaj i rząd służących ubranych w nienaganne czarno-białe mundury wyszli im na spotkanie.

"Panie Sterling, czy mamy przygotować kolację?"

Dominic odprawił go machnięciem ręki. "Możecie mieć wolne do końca nocy, Davisie. Dziękuję".

Drzwi wejściowe ledwo się zamknęły, gdy Dominic znów po nią sięgnął.

Jego pocałunki były pozbawione hamulców, bezkarne i tym razem bardziej naglące. Podniósł ją, a jej nogi oplotły jego talię, gdy niósł ją po szklanych schodach, przez długi korytarz, by w końcu położyć ją na gigantycznym łóżku z pościelą białą jak śnieg i gładką jak jedwab.

"Nadal chcesz zapomnieć?" – zapytał Dominic, składając lekkie pocałunki na jej szyi i powoli ją rozbierając.

"Tak" – jęknęła gorączkowo, niezdarnie zdejmując z niego ubranie. Tak bardzo chciała zapomnieć o ostatnich sześciu tygodniach i rozpuścić lód wokół swojego serca.

Przez wiele godzin Dominic właśnie to robił. Sprawiał, że zapominała pod wpływem dotyku jego dłoni, krzyczała prowokowana jego językiem, drżała i dygotała w jego objęciach.

Gdyby nie był nieznajomym poznanym w klubie, gdyby nie był jej „pocieszycielem”, a ona nie była jego „ostatnią nocą wolności”, to płomienne spotkanie byłoby idealne na jej pierwszy raz.

"Zapomniałaś?" – zapytał Dominic znacznie później, gdy leżeli zziajani w swoich ramionach, a ich ciała lśniły od potu.

"Tak" – wymruczała, a jej łzy kapały na jego pierś. Żałowała, że nie istnieje coś takiego jak Rent-A-Boyfriend. Wynajmowałaby Dominica cały czas.

Pochylił się nad nią i pocałował ją tak delikatnie, biorąc ją ponownie, tym razem wolniej. Jego śmiałe pchnięcia i parzące pieszczoty sprawiły, że jej świat legł w gruzach.

"Boże, jesteś piękna, Księżniczko" – zawarczał Dominic i zadrżał w jej wnętrzu.

Elena kurczowo się go trzymała, gdy kolejna potężna fala rozkoszy uderzyła w nią niczym huragan, zostawiając po sobie całkowite spustoszenie.

"Wszystko w porządku?" – zapytał, całując ją w czoło i znów tuląc w ramionach.

Zajęło jej chwilę, zanim przestała się trząść. Dominic trzymał ją mocno i pozwolił jej płakać, a kiedy była pewna, że nie ma już więcej łez, w końcu na niego spojrzała.

"Teraz już tak" – skłamała.

Po czymś takim nigdy już nie będzie w porządku.

Nie wtedy, gdy Dominic wkrótce się żeni. Nie wtedy, gdy posiadł taką władzę nad jej ciałem.

A teraz i nad jej kruchym sercem.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki