Gdy Dominic jechał przez ciche, wysadzane dżakarandami ulice Highland Crest, luksusowej dzielnicy na północ od Riverwood, to nie spotkanie z ojcem zaprzątało mu głowę. Wciąż kipiał złością na Elenę, nie mogąc pojąć, że miała czelność go zostawić.
Byłoby to wręcz komiczne, gdyby nie było tak upokarzające.
Zatrzymał się przed masywną bramą z czarnego kutej stali przed rozległą rezydencją w ślepej uliczce, opuścił szybę i zirytowany nacisnął przycisk interkomu.
Niecierpliwie bębnił palcami o kierownicę w rytm szybkiego tanecznego utworu, który wstrząsał metalowymi ścianami jego Ferrari, czekając, aż któryś z licznych gospodarzy lub kamerdynerów wpuści go do środka. Lamborghini, którym jechał zeszłej nocy, było w garażu. Mgliście przypominał sobie, jak Stephen, jego kierowca, wspominał przed wyjściem o konieczności przeglądu.
W ciągu kilku sekund brama skrzypnęła i otworzyła się do wewnątrz, a Dominic wjechał na kolisty podjazd otoczony wypielęgnowanymi trawnikami i nieskazitelnymi ogrodami. Jego dom rodzinny był teraz, w miesiącach zimowych, równie tętniący życiem, co w środku lata. Armia ogrodników, która pojawiała się dwa razy w tygodniu, dbała o to. Przy jej miłości do roślin, była to jedyna rzecz, na której upierała się jego mama. Szkoda tylko, że sama nie miała ręki do kwiatów; w przeciwnym razie wszystko robiłaby sama.
Robert stał wyprostowany i dumny w swoim stroju kamerdynera, czekając przy frontowych drzwiach, by powitać go w domu.
— Paniczu Sterling — główny kamerdyner rozpromienił się, ściskając Dominica w niedźwiedzim uścisku i potrząsając jego dłonią w mocnym uścisku. Robert zawsze był człowiekiem wylewnym, ale stał się jeszcze bardziej sentymentalny, w miarę jak przybywało mu siwych włosów.
— Dobrze cię znowu widzieć, Rob! — Odwzajemnił wylewne powitanie, mimo że widzieli się zaledwie w zeszłym tygodniu, kiedy stawił się na obowiązkową rodzinną kolację, w której on i jego dwie młodsze siostry musieli uczestniczyć co tydzień bez wyjątku.
— Dałeś staremu na siebie czekać, nie jest z ciebie zadowolony — zachichotał kamerdyner, wciągając go do domu.
W brzuchu Dominica zaburczało, gdy poczuł zapach czegoś pysznego – prawdopodobnie pieczonego kurczaka, który zazwyczaj podawano w soboty. Szedł przez dom, mijając wykwintną kuchnię prowadzącą do oficjalnej jadalni i salonu. Poza lekarstwem na kaca od Davisa nie jadł nic od wczoraj.
Wychylił głowę do pracowni matki, znajdującej się naprzeciwko łazienki dla gości.
Louise Sterling siedziała przed sztalugą, wpatrując się w kolosalną fontannę za oknem. Jej siwiejące, czarne włosy opadały na plecy w długim francuskim warkoczu, kontrastując z jasnoróżową satynową bluzką, którą nosiła do białych bawełnianych spodni. Jej stopy zdobiły delikatne balerinki pasujące do koszuli. Po jej zgarbionych ramionach i pustym płótnie Dominic wywnioskował, że wena dzisiaj nie dopisywała.
— Oto i ona! — powiedział z nutką uśmiechu w głosie. — Najpiękniejsza kobieta na świecie!
Jego mama odwróciła się, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, gdy zobaczyła go stojącego w drzwiach. Ale jej jasnoniebieskie oczy wciąż były wilgotne od łez. Szybko je otarła i wpadła w jego rozłożone ramiona.
— Oto i on, najprzystojniejszy syn na świecie!
Dominic ucałował ją w policzek; jej luksusowy, a zarazem znajomy zapach połaskotał go w nos. Był to jeden z najwcześniejszych zapachów, jakie pamiętał z dzieciństwa – ciepły i kojący. Gdyby miał opisać miłość jednym słowem, byłby to zapach jego matki.
— Wciąż problem z malowaniem? — zapytał, gdy się od siebie odsunęli.
Louise skinęła głową, ale nic nie powiedziała. W jej oczach malował się smutek, gdy wzięła go pod ramię i ruszyli do gabinetu na końcu korytarza.
— Może po prostu potrzebujesz przerwy — zasugerował Dominic. Ale ona była na przerwie, i to od niemal sześciu miesięcy.
— Może powinnam z tym skończyć, zająć się innym hobby.
— Hej, kreatywności nie można poganiać — pocieszył ją, ściskając jej ramię.
Arthur Dominic Sterling III siedział za dużym mahoniowym biurkiem w centrum pokoju, a jego krzaczaste brwi były ściągnięte w grymasie, gdy wpatrywał się w dokument w dłoni. Jasne światło słoneczne wpadające przez ogromne francuskie okna za nim, kąpiące go w łagodnym blasku, nadawało mu niemal eteryczny charakter. Ale uczciwie mówiąc, człowiek ten swoimi osiągnięciami zapracował na status niemal boski wśród swoich rówieśników.
Patrzenie na ojca było jak patrzenie na samego siebie za jakieś czterdzieści lat. Z rudymi włosami, jasną karnacją i niebieskimi oczami byli swoimi lustrzanymi odbiciami. Łączyła ich również wysoka, atletyczna sylwetka.
Ale na tym kończyło się wszelkie podobieństwo.
Arthur był powszechnie znany i uwielbiany za swoją hojność, współczucie i wizjonerskie przywództwo.
Dominic natomiast był żywym dowodem na wszystkie stereotypy o rudzielcach i ich ognistym temperamencie. Niewiele było trzeba, by go wyprowadzić z równowagi, co wyjaśniało, dlaczego numer Eleny tak bardzo go rozwścieczył.
W wieku dwudziestu ośmiu lat odniósł wiele sukcesów zawodowych. Mimo to jego nieustanne skandale opisywane w tabloidach przyćmiewały wszystkie osiągnięcia i podejrzewał, że to był prawdziwy powód, dla którego Arthur III przyspieszył plan sukcesji.
— Gdzie są twoje okulary, dlaczego ich nie używasz? — zapytał Dominic, gdy matka delikatnie popchnęła go do przodu.
Arthur mierzył go wzrokiem przez sekundę, po czym posłusznie podciągnął okulary wiszące na czarnym sznurku u jego szyi.
Dominic usiadł w brązowym fotelu Chesterfield po lewej stronie wielkiego kominka. Jego matka usiadła na trzyosobowej sofie przodem do ognia. Wzięła magazyn „Business Insider” i zaczęła go bezmyślnie przeglądać.
Wydawała się apatyczna, jakby miała wiele na głowie, a Dominic zastanawiał się, czy chodzi o coś więcej niż tylko o niemożność malowania.
Sięgnął po jej dłoń i ścisnął ją, a jego oczy błądziły po rzędzie rodzinnych fotografii ustawionych na gzymsie kominka, prezentujących dekady wspomnień, głównie trójki dzieci Sterlingów podczas różnych przełomowych i dumnych momentów w ich życiu. Pierwsze i ostatnie dni szkoły, bale maturalne, gradacje. Ważne, definiujące chwile. Ale w tej starannie ułożonej osi czasu brakowało kilku zdjęć, a wszystkie dotyczyły jego – ostatnim było jego siódme zwycięstwo w turnieju.
Dominic oparł ramiona na napiętym brzuchu, rozsiadł się wygodnie w fotelu i cieszył się ogniem; nie zdawał sobie sprawy, że jest mu zimno, dopóki nie poczuł panującego tu ciepła.






