Elena wróciła do kamienicy i otworzyła drzwi mieszkania na czwartym piętrze, które wynajmowała z przyjaciółkami. Zdjęła buty i wślizgnęła się cicho do środka, uważając, by nie trzasnąć drzwiami na wypadek, gdyby reszta jeszcze spała.
Jednak kiedy się odwróciła i napotkała trzy pary oczu lśniących z niecierpliwości, jej plan cichego powrotu spalił na panewce.
"Cześć dziewczyny" – Elena skrzywiła się, a jej twarz stała się tak czerwona jak koszulka z Angry Birds, którą Sasha miała na sobie do szarych spodni od piżamy.
"Czuć tu spacerem wstydu na kilometr" – Lauren teatralnie pociągnęła nosem, a pozostałe dwie wybuchnęły śmiechem.
"No, no, no" – Sasha cmoknęła z udawaną dezaprobatą. "I tyle z zachowywania się do ślubu!"
"Właśnie odebrałyśmy ci status świętej" – dodała Callie, odbierając od niej pudełko z muffinkami i krzywiąc się po zajrzeniu do środka. Nienawidziła kupnych słodkości, bo wiedziała, że sama zrobiłaby to o niebo lepiej. Ale dzisiaj jej rozczarowanie, co głośno ogłosiła, nie dotyczyło babeczek.
"Naprawdę? Z tymi wszystkimi miliardami na kontach, odprawił cię tylko z dziesięcioma muffinkami? Co się stało z twierdzeniem, że diamenty są najlepszym przyjacielem dziewczyny? Co to za facet?" – rozłożyła dramatycznie ręce, wcisnęła pudełko Sashy i zniknęła w korytarzu.
"Ty, młoda damo, masz nam co nieco do wyjaśnienia!" – Lauren złapała Elenę za rękę i zaciągnęła do salonu, gdzie Callie siedziała już na szarej kanapie w kształcie litery L, z kolanami podciągniętymi pod brodę, wertując nową książkę kucharską jakiejś przebrzmiałej gwiazdki reality TV.
Sasha została w kuchni, by zrobić wszystkim kawę do muffinek. Była „mamą” ich grupy i wszystkich rozpieszczała. Callie przejęła rolę „taty” i trzymała wszystkich w ryzach. Lauren, zbuntowane dziecko, nie pozwalała im się nudzić swoimi wybrykami. A świętość Eleny, którą właśnie straciła z dnia na dzień, czyniła z niej mędrca grupy. Wszystkie przychodziły do niej ze swoimi problemami, mniejsza o to, że była najmniej doświadczona i najbardziej naiwna z całej czwórki.
"Nie wolno wam zaczynać beze mnie!" – krzyknęła Sasha z kuchni, przekrzykując gwizdek czajnika na kuchence gazowej.
"Mów już" – Lauren niemal podskakiwała na dywanie w kolorowe ciapki.
"Nie ma o czym mówić" – Elena wzruszyła ramionami i opadła na turkusowy fotel uszak, który pieszczotliwie nazywały „tronem”. Kupiły go za bezcen na pchlim targu, kiedy się wprowadzały, i od tamtej pory ciągle o niego walczyły. Nie dlatego, że był tak wygodny, ale ze względu na słońce wpadające przez koronkowe firanki w oknach tuż za nim. Ich mieszkanie było przeraźliwie zimne, więc każda odrobina ciepła była tu luksusem. Po nocy, którą przeżyła, Elena uznała, że zasługuje na siedzenie na tronie przez cały dzień.
"Jestem! Opowieść o świętej dziewicy uwiedzionej przez łotrowskiego księcia może się zacząć!" – pisnęła Sasha, wbiegając z tacą parujących żółtych kubków i pasującym do nich talerzem pełnym muffinek i dwudniowych bułeczek.
"Nie było żadnego uwiedzenia!" – powiedziała rozeźlona Elena i wzięła swój kubek.
"Jasne, mówi to zapach seksu, który się do ciebie lepi" – przytaknęła niewinnie Lauren.
Elena szybko się powąchała, wywołując u przyjaciółek kolejną salwę śmiechu.
"Przestańcie!" – wydęła wargi i upiła łyk kawy. Mimo hektolitrów mleka, wciąż była gorzka. Sasha nie potrafiła robić dobrej kawy i wszystkie o tym wiedziały, ale nieustannie powierzały jej to święte zadanie.
"Tylko jedno pytanie" – Callie sapnęła, próbując złapać oddech między śmiechem a mówieniem. "Czy on tam na dole też jest taki rudy?"
"O mój Boże, pojechałaś po bandzie!" – Sasha zaczęła turlikać się po kanapie, a łzy płynęły jej po twarzy.
"Bez komentarza!" – Elena zacisnęła zęby i z rękami skrzyżowanymi na piersi patrzyła prosto przed siebie. Nigdy nie powie tego przyjaciółkom, choć domyślała się, że i tak znają odpowiedź – tak, tam na dole jego włosy też były ogniste, choć w znacznie ciemniejszym odcieniu, i och, jak uwielbiała go dotykać.
Znajomy dreszcz poczuła między udami na wspomnienie tego, jak wypełniona się czuła, gdy Dominic był głęboko w niej. Przygryzła dolną wargę, tłumiąc jęk.
"Elena! Ocknij się, o mój Boże, prawie się ślinisz" – krzyknęła Lauren. "O czym myślałaś?"
"O niczym" – skłamała szybko, a jej policzki stały się równie gorące, co wilgoć między jej nogami. Nie rozumiała, jak może stać się tak mokra na samą myśl o Dominicu.
"Więc? Jak było za pierwszym razem?" – zapytała Sasha, a całe rozbawienie zniknęło z jej oczu. "Czy był tak dobry, jak głosi legenda o jego poprzednich podbojach?"
Elena zastanowiła się przez chwilę; nie miała wcześniejszych doświadczeń, z którymi mogłaby to porównać. Ale jak na pierwszy raz, poza obolałością i wrażliwością, którą czuła przy każdym ruchu, nie miała powodów do narzekań. Nie miałaby nic przeciwko dokładce, trzeciemu, a może i setnemu razu. Dominic wiedział, jak ją zadowolić, jak jej dotykać i jak sprawić, by krzyczała. Tylko jej parszywe szczęście sprawiło, że jest zajęty.
"No więc, jak było?" – zapytała Callie, a Elena mrugnęła, oszołomiona oczekiwaniem wymalowanym na sześciu wlepionych w nią oczach.
"Cóż" – poprawiła okulary i nieśmiało przygryzła wargę. "To było nadprzyrodzone".
"O mój Boże!" – jej przyjaciółki wrzasnęły jednocześnie, skacząc i wiercąc się na wszystkie strony.
"Spotykasz się z nim znowu?" – zapytała z nadzieją Sasha.
Elena potrząsnęła głową i wybuchnęła płaczem.
"O rany, czy to było aż tak dobre, że musisz płakać?" – zapytała Callie, gdy wszystkie do niej podeszły i ją przytuliły.
"On się żeni, dziewczyny!" – ryczała, a smarki i łzy spływały jej po twarzy. "On się żeni, a ja tak bardzo go chcę! Chcę, żeby znów sprawił, bym poczuła się dobrze!"
"Jak to: on się żeni?" – Lauren miała oczy szeroko otwarte z szoku. "Przecież on ma zasadę dziewięćdziesięciu dni".
"Znalazł kogoś, dla kogo chce ją złamać" – wyłkała Elena, biorąc od Sashy pudełko chusteczek i wydmuchując nos. Mimo drobnej postury, zawsze zdumiewała wszystkich głośnymi, nienaturalnymi dźwiękami, jakie wydawała przy tej czynności.
"To niemożliwe" – stwierdziła Callie. "Nie ma mowy, by naczelny playboy-miliarder Riverwood kiedykolwiek się ożenił".
"A jednak" – upierała się Elena i wyjaśniła, jak dowiedziała się o nadchodzącym ślubie.
"Więc po to tam byli? Żeby świętować jego kawalerski?"
Elena skinęła głową.
"I on mimo to zabrał cię do siebie?" – Sasha kipiała ze złości. "Niewiarygodne! Co za palant!"
"Cóż, to ja go o to poprosiłam" – przyznała Elena. Łatwo byłoby pozwolić mu przejąć całą winę, ale nie potrafiła tego zrobić. Musiała wziąć odpowiedzialność za swoją część.
"Dlaczego to zrobiłaś, wiedząc, że on się żeni?" – zapytała cierpliwie Callie, z łatwością wchodząc w rolę „taty”.
"Chciałam być trochę lekkomyślna!" – krzyknęła Elena, szokując wszystkich swoją nieuzasadnioną wściekłością. "Byłam grzeczną dziewczynką przez dwadzieścia cztery lata, przestrzegałam wszystkich zasad, zachowywałam się dla właściwego faceta i co, do cholery, z tego mam? Zerwane zaręczyny na miesiąc przed tym, co miało być najszczęśliwszym dniem mojego życia".
"Eleno, tak mi przykro" – powiedziała cicho Callie.
"Gdyby wszyscy grali uczciwie i trzymali się zasad, wciąż byłabym teraz w Grecji, ciesząc się miodowym miesiącem z nowym mężem" – mówiła Elena. "Wiem, że to było złe i nie powinnam, i teraz jestem tak samo wredna jak Tessa, bo spałam z cudzym facetem. Ale zmęczyło mnie granie fair, cierpiałam. I wiecie co? Przez przynajmniej siedem godzin byłam szczęśliwa w ramionach Dominica. Boże, byłam taka szczęśliwa, a teraz czuję tylko tę samą pustkę, którą czuję od sześciu tygodni".
"O rany!" – powiedziała Sasha. "Brzmi to tak, jakbyś naprawdę zadurzyła się w tym facecie".
Jej słowa oszołomiły Elenę; nie rozumiała, jak Sasha mogła dojść do takiego wniosku.
"Nie. Dominic był tylko kimś na pocieszenie. Wciąż kocham Sebastiana".
"Czy dlatego wciąż to nosisz?" – Lauren wskazała wzrokiem na pierścionek z diamentem o szlifie księżnej, błyszczący na jej palcu.
"Musisz go zdjąć" – powtórzyła Callie to, co mówiła przez ostatnie tygodnie.
I jak to miała w zwyczaju ostatnio, Elena odmówiła posłuchania ich dobrych rad. Wiedziała, że zatrzymanie pierścionka jest tandetne jak diabli i powinna go zwrócić. Ale to była jedyna namacalna rzecz, która przypominała jej, że ostatnie cztery lata były prawdziwe, że ich miłość była prawdziwa i że kiedyś coś znaczyła dla Sebastiana.
Gdyby pozwolił jej zatrzymać Snowa, maltańczyka, którego wspólnie adoptowali ze schroniska, oddałaby mu ten pierścionek.
"Idę spać" – powiedziała, kończąc kawę i odstawiając kubek na bambusowy stolik, pamiątkę po rodzicach Sashy.
"Widzisz się dzisiaj z rodzicami? Mamy cię później obudzić?" – zawołała za nią Lauren, ale Elena zbyła ich machnięciem ręki. Jej rodzice, bez ogródek dali jej do zrozumienia, że koniec zaręczyn to wyłącznie jej wina. Nie była w nastroju na kolejną sesję niszczenia samooceny i oskarżeń zamaskowanych jako „dobry, rodzinny obiad”.
W swoim pokoju zaciągnęła zasłony i zakopała się pod ciężką, kolorową kołdrą i milionem poduszek na swoim wielkim łóżku z baldachimem, po czym wypłakała się do snu.
Ostatnią trzeźwą myślą, zanim sny o Dominicu wypełniły jej udręczony umysł, było pytanie, czy jeszcze kiedykolwiek przyjdzie jej poczuć pościel o tak gęstym splocie.






