Zanim ojciec zdążył otworzyć drzwi, moja matka już tam była, uchylając je tylko na tyle, by zablokować próg własnym ciałem.
– Madeleine, zrobiłam herbatę – głos Luny Josephine wpłynął do pokoju. Ociekał wyuczoną, arystokratyczną sympatią. – Jak ona się trzyma?
– Znosi to – odpowiedziała matka. Jej ton był pozbawiony szacunku, zwykle zarezerwowanego dla Luny. Był oschły, pusty i ostry.
– Miałam nadzieję posiedzieć przy niej przez chwilę. Ofiarować trochę otuchy – nalegała Josephine, robiąc mały krok naprzód.
Matka nie ustąpiła ani o cal. – To nie jest dobry pomysł. Camellia potrzebuje swojej watahy – swojej *prawdziwej* rodziny.
– Madeleine – sapnęła Luna, szczerze urażona. – Jesteśmy rodziną od prawie dwóch dekad. Od dnia, w którym nasi partnerzy przejęli stery.
– Wczoraj mogłabym na to przysiąc – głos mojej matki drżał z zimnej wściekłości. – Ale po tym, co twój syn zrobił mojemu dziecku? Nie. Teraz muszę chronić Camellię. Obie wiemy, jak wataha potraktuje odrzuconą utajoną. Bez ochrony dziedzica Alfy, ona jest jak krew w wodzie. Moja córka jest niedostępna dla nikogo, kto nosi twoje nazwisko.
Z tymi słowami matka stanowczo zatrzasnęła ciężkie drzwi, zostawiając Lunę po drugiej stronie.
Zaciskałam oczy zwrócone do ściany, ale poczułam, jak materac się ugina, gdy matka ponownie usiadła, wznawiając rytmiczne głaskanie moich splątanych włosów. Pod zamkniętymi powiekami nowy rodzaj agonii skręcił moje wnętrzności. Moje istnienie – moja niemożność wezwania wilka – rozdzierało moją rodzinę na strzępy. Przeze mnie rodzice wypowiadali zimną wojnę najwyższej władzy na terytorium. Gdyby Beta przeciwstawił się Alfie, konsekwencje nie tylko zatrułyby nasz dom; roztrzaskałyby całą watahę.
Godziny powoli upływały, przechodząc w stłumioną szarość wczesnego świtu. Ledwie się poruszałam, perfekcyjnie udając płytki oddech śpiącej dziewczyny, podczas gdy mój umysł pędził w chaotycznych, przerażających okręgach.
Kiedy słońce wreszcie wyłoniło się zza horyzontu, usłyszałam ciężkie kroki pokonujące schody po dwa stopnie naraz. Drzwi uchyliły się z trzaskiem.
– Jak ona się ma? – głos Valeriana był zdarty.
– Znosi to – powtórzyła matka tę samą zmęczoną mantrę. – Ojciec potrzebuje cię w swoim gabinecie. Musimy wymyślić dla niej bezpieczne miejsce.
Mój brat przytaknął i zszedł na dół. Bezpieczne miejsce. Był to dyplomatyczny sposób na powiedzenie, że muszą znaleźć inną watahę, która zechce przyjąć wybrakowanego wilka. Byli gotowi odesłać mnie, by mnie ocalić, nie zdając sobie sprawy, że utrata mnie trwale by ich okaleczyła.
Kiedy matka wymknęła się, by znaleźć ojca, cisza w moim pokoju stała się nie do zniesienia.
Chwilę później drzwi znów skrzypnęły. Zamiast Valeriana, do pokoju najpierw dotarł ciężki, pocieszający zapach mojego ojca. Uklęknął przy moim łóżku, tak że znaleźliśmy się twarzą w twarz.
– Dyniu, mama powiedziała, że nie śpisz – powiedział łagodnie. Wyglądał, jakby zestarzał się o dziesięć lat w ciągu jednej nocy. Pod jego oczami wisiały głębokie, fioletowe worki. – Mogę zrobić ci moje słynne spaghetti, jeśli chcesz?
Jego "słynne spaghetti" składało się z ugotowanego makaronu oblanego keczupem i posiekanymi parówkami. Była to kulinarna abominacja, której matka nienawidziła, co czyniło z tego uświęcone, konspiracyjne jedzenie na pocieszenie dla mnie i Valeriana. Ale sama myśl o jedzeniu przyprawiła mnie o falę mdłości.
Pokręciłam głową.
– W porządku, córeczko – wyszeptał, składając pocałunek na moim czole. Pojedyncza łza wymknęła się z jego oka, spadając na moją skroń. – Naprawię to. Przysięgam ci, wszystko naprawię.
Mówił poważnie. Zburzyłby hierarchię watahy, wyzwał Alfę i obrócił własną reputację w perzynę, gdyby miało to przywrócić uśmiech na moją twarz.
I właśnie dlatego nie mogłam mu na to pozwolić.
Gdy moi rodzice opuścili pokój pod pretekstem odpoczynku, wślizgnął się Valerian, by przejąć wartę. Usiadł ciężko na brzegu materaca, przecierając twarz dłonią.
– Nie wiem, co robić, Cami – przyznał łamiącym się głosem. Wyglądał na zdruzgotanego, brutalnie rozdartego między lojalnością wobec najlepszego przyjaciela a miłością do siostry. – Przez całą noc próbowałem przemówić mu do rozsądku. Ma obsesję na punkcie ideału władzy. Nie dostrzega siły, którą w sobie nosisz.
A więc to tam właśnie był. Nie porzucił mnie, by świętować z Caspianem. Spędził całą noc tocząc w moim imieniu z góry przegraną bitwę. Maleńka iskierka ciepła zwalczyła odrętwiający chłód w mojej piersi.
Wysunęłam ramię spod koców i chwyciłam jego dłoń, ściskając ją mocno. Odwzajemnił uścisk, a łzy swobodnie płynęły po jego policzkach. Zostaliśmy tak, dopóki nie wyczułam subtelnej zmiany w jego postawie – nieobecnego spojrzenia kogoś pochłoniętego rozmową przez więź mentalną.
Szturchnęłam jego ramię, dając mu znak w kierunku drzwi.
– Nie, Cami, zostaję z tobą – zaprotestował uparcie.
*Po prostu idę znów spać,* posłałam myśl przez nasze połączenie, a mój mentalny głos był tak spokojny, jak tylko umiałam udawać. *Pozwól tacie też pospać. Nic mi nie będzie.*
Zawahał się, ale skrajne zmęczenie bijące od niego wzięło górę. Objął mnie mocno, zanim w końcu wyszedł z pokoju.
W chwili, gdy usłyszałam, jak jego ciężkie kroki docierają na dół, a dom okrywa się ciszą, zrzuciłam kołdrę. Nie było czasu na wahanie. Chwyciłam ze szafy stary, wytrzymały plecak i zaczęłam na oślep upychać do niego ubrania. Porwałam słoik z oszczędnościami, garść cennych zdjęć i wełniany koc, który matka zrobiła na drutach na moje szesnaste urodziny.
Zsuwając się po schodach z naturalną skrytością utajonej, która do perfekcji opanowała wtapianie się w tło, szybko splądrowałam spiżarnię, zabierając jedzenie w puszkach, butelki z wodą i zestaw przetrwania na wypadek burzy.
Wytaszczyłam to wszystko tylnymi drzwiami i upchnęłam torby w bagażniku samochodu, który dostałam od rodziców, gdy tylko zrobiłam prawo jazdy. Wkradłam się z powrotem do środka na jedno ostatnie zadanie.
Biorąc długopis i skrawek papieru z kuchennego blatu, stałam w bezruchu w słabym porannym świetle. Było tysiąc rzeczy, które chciałam, żeby usłyszeli – przeprosiny i wyznania miłości, które w żaden sposób nie mogły zmieścić się na trzycalowym kwadracie papieru. Ale moim jedynym sprzymierzeńcem był czas.
*Kochana Mamo, Tato i Valerianie,*
*Kocham was zbyt mocno, by pozwolić wam zniszczyć swoje życie i przyjaźnie ze względu na mnie. Proszę, nie bądźcie źli na rodzinę Alfy. Odchodzę, by znaleźć nową ścieżkę, abyście wy mogli kontynuować swoją. Nie szukajcie mnie. Jestem na tyle silna, by przetrwać.*
*Z całą moją miłością,*
*//C*
Ostrożnie umieściłam list dokładnie na środku mojego starannie pościelonego łóżka, przyciskając go moim pękiem kluczy do domu.
Kluczami, których już nigdy nie użyję.
Wyszłam frontowymi drzwiami, nie oglądając się za siebie. Rzuciłam torby na siedzenie pasażera i wsunęłam się za kierownicę. Wrzuciłam bieg, zablokowałam drzwi i z całej siły wcisnęłam pedał gazu, pozwalając, by ryk silnika zagłuszył dźwięk mojego pękającego serca, podczas gdy dom znikał w świcie.






