languageJęzyk

Rozdział 4

Autor: Helena Bergman13 kwi 2026

Szybkie spojrzenie we wsteczne lusterko ukazało mi obcą osobę. Podkrążone, przekrwione oczy wpatrywały się we mnie spod niechlujnej plątaniny rudych włosów. Zmusiłam mięśnie twarzy do stworzenia słabej, apatycznej maski, gdy zbliżałam się do zewnętrznego punktu kontrolnego na granicy watahy. Strażnicy pełniący wartę natychmiast rozpoznali mój elegancki elektryczny samochód – piękny prezent na szesnaste urodziny od moich rodziców. Odmachali mi ze współczuciem i zrozumieniem, gdy przejeżdżałam obok szlabanu. Sieć plotek zdążyła już wykonać swoje zadanie.

Zazwyczaj przekroczenie terytorialnej granicy wywoływało instynktowne, fantomowe pociągnięcie prosto w mostku – zakorzeniony biologiczny mechanizm żądający powrotu do watahy. Tym razem? Nie było nic poza miarowym, wyzwalającym pieczeniem mil gromadzących się między mną a moim koszmarem.

Moim pierwszym przystankiem w sąsiednim ludzkim mieście był bank. Wyjście stamtąd z całością moich oszczędności życia – pieniędzmi zarobionymi w pocie czoła w tartaku watahy, z czeków urodzinowych i funduszu powierniczego, który rodzice założyli szesnaście lat temu – przypominało przecięcie tętnicy. Ale potrzebowałam płynności, pieniędzy nie do wyśledzenia i to szybko. Drugim przystankiem był komis samochodowy. Pojazd elektryczny był smyczą, na którą nie mogłam sobie pozwolić podczas ucieczki przez cały kraj. Zamieniłam go na poobijanego, starszego modela Volvo, który pożerał paliwo, ale nie był uzależniony od stacji ładowania.

Po pośpiesznym przeniesieniu moich skromnych rzeczy do bagażnika Volvo, wjechałam na autostradę międzystanową, pędząc na zachód. Żadnego celu. Po prostu dystans.

O zmroku adrenalina ustąpiła miejsca miażdżącemu wyczerpaniu przenikającemu do samych kości. Zjeżdżając na opustoszałe żwirowe pobocze głęboko w bezimiennym lesie pełnym terenów wyrębu, zgasiłam silnik. Cisza była ogłuszająca. Otwierając puszkę z letnią zupą z moich zapasów na czarną godzinę, wmusiłam w siebie trzy kęsy, po czym mój żołądek gwałtownie odrzucił ten pomysł. Owijając się szczelnie dzierganym kocem matki, zwinęłam się w kłębek na siedzeniu pasażera.

W domu już pewnie znaleźli list. Wyobrażałam sobie furię ojca, poczucie winy Valeriana, zdruzgotanie matki. Ten obraz w moim umyśle ostatecznie roztrzaskał tamę. Płakałam, dopóki nie zapiekły mnie płuca, płaczem zapadając w czarny, pozbawiony snów sen.

Dni zlewały się w monotonną plamę asfaltu i taniej kawy. Stacje benzynowe. Miejsca obsługi podróżnych. Brudne motelowe prysznice. Bujne, górskie lasy ustąpiły miejsca rozległym, złocistym równinom, a w końcu wysuszonym pustyniom. Zanim przekroczyłam granicę Montany, powietrze miało już inny smak – rześki, nieokiełznany i błogosławienie bezkresny.

Według map kontynentu, których uczyłam się na pamięć jako dziecko, ten stan zamieszkiwała tylko jedna zweryfikowana wataha wilkołaków, a jej terytorium przylegało do granicy z Wyoming. Jeśli będę trzymać się ściśle północnych zakątków, szanse na skrzyżowanie ścieżek z innym wilkiem będą astronomicznie niskie.

Byłam oficjalnie "Samotnym Wilkiem". Była to inna klasyfikacja prawna niż "Wyrzutek". Wyrzutki byli kryminalistami, wygnanymi i ściganymi. Samotne wilki po prostu zrezygnowały z dynamiki watahy, podlegając szerszym prawom naszego gatunku, ale będąc wolnymi od zlokalizowanych rządów Alfy. Dla wadliwej utajonej takiej jak ja, to rozróżnienie i tak nie miało większego znaczenia. Nie czułam potrzeby przemiany, więc prześlizgnięcie się pod radarem ludzkiego społeczeństwa przebiegnie bez zarzutu.

Porzucając mojego starego smartfona – i pakiet rodzinny wiążący go z moimi rodzicami – na rzecz taniego telefonu na kartę, otworzyłam mapę i na ślepo wskazałam palcem na idylliczny, górzysty północny zachód.

Dwa dni później Volvo wjechało do sennego, malowniczego miasteczka, które wyglądało, jakby zostało perfekcyjnie zaprojektowane na pocztówkę z wakacji. Dwupiętrowe, ceglane budynki wzdłuż nieskazitelnej głównej ulicy na tle zapierających dech w piersiach, ośnieżonych szczytów. Brakowało tu opresyjnego, metalicznego zapachu miejskiego życia.

Pachniało tu jak czysta karta.

Działając wyłącznie pod wpływem instynktu, zaparkowałam przed rustykalnym barem, w którego oknie widniał wyblakły napis "Zatrudnię". W momencie, w którym przepchnęłam się przez szklane drzwi, otoczył mnie ciężki, kojący zapach smażonego jedzenia i starych żeliwnych patelni.

– Szukasz stolika, złotko, czy mogę ci podać coś na wynos? – zawołała pulchna, srebrnowłosa kobieta zza baru.

– Właściwie, proszę pani – podeszłam ostrożnie, przyklejając do twarzy swój najbardziej uprzejmy uśmiech. – Widziałam ogłoszenie. Czy wciąż pani kogoś szuka?

Kobieta wytarła ręce w mocno poplamiony fartuch i oceniła mnie bystrym, matczynym spojrzeniem. – Masz osiemnaście lat?

– Tak, proszę pani.

– Uciekasz przed kłopotami w domu? – zapytała, a jej głos odrobinę stichł.

– Nie, proszę pani – skłamałam gładko, nie przerywając kontaktu wzrokowego.

– Masz świadectwo ukończenia szkoły średniej?

– Nie oficjalnie. Jeszcze nie. – Opuściłam wzrok na zatarte linoleum na podłodze, pozwalając, by w mój głos wdarła się nuta załamania. – Miał miejsce... pewien incydent. Moja rodzina... – Ucięłam nagle, udając drżenie ramion.

Nie musiałam kończyć. Ludzki instynkt opiekuńczy idealnie wypełnił luki.

– Och, złotko. Tak mi przykro – westchnęła ciężko. – Wiesz co? Dam ci miesiąc okresu próbnego. Jeśli się sprawdzisz, dostaniesz stały etat i fartuch. Ale musisz mi obiecać, że będziesz uczyć się do matury. Nie zatrudniam tych, co łatwo rezygnują.

– Obiecuję. Będę pracować ciężej niż ktokolwiek, kogo pani dotąd zatrudniała – odpowiedziałam, a prawda wyraźnie pobrzmiewała w moim tonie.

– Jestem pani Sterling. A jak mam mówić do ciebie, słońce?

– Cami. Cami Sage – powiedziałam, szczepiając moje przezwisko z dzieciństwa z panieńskim nazwiskiem matki. Brzmiało to obco na moim języku, ale było moje.

– Cóż, Cami, chyba że planujesz spać pod ladą, to potrzebujesz dachu nad głową. Moja siostra prowadzi piekarnię trzy domy stąd. Ma pustą kawalerkę prosto nad piecami. Chodź, przedstawię cię.

Dwa wieczory później wciągnęłam swoją ostatnią torbę podróżną po wąskich, skrzypiących schodach nad piekarnią. Kawalerka była skromnie urządzona i pachniała nieprzerwanie świeżym ciastem i cynamonem. Przekręcając ciężką zasuwę i wsuwając metalowy łańcuch na miejsce, oparłam czoło o chłodne drewno.

Odrzucona partnerka Alfy była martwa. A Cami Sage wreszcie była w domu.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 4: Rozdział 4 - Uśpiona Partnerka Alfy | StoriesNook