*Cztery lata później.*
Ciężki łoskot pięćdziesięciofuntowych worków z mąką, uderzających o podłogę na zapleczu piekarni, wzbił znajomą, białą chmurę. Otrzepałam dżinsy, przyjęłam obsypany mąką pocałunek w policzek od pani Harrington i chwyciłam letnią drożdżówkę z wiśniami, która czekała na mnie na blacie.
– Ratusz mi życie, Cami. Naprawdę nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła – rozpromieniła się starsza kobieta, nalewając mi kubek czarnej kawy.
– Zawsze chętnie służę siłą roboczą – uśmiechnęłam się szeroko, po czym wzięłam ogromny kęs ciastka.
To nie była przesada. Dwie siostry Harrington w zasadzie mnie adoptowały tego samego dnia, kiedy wjechałam do miasta z niczym innym jak poobijanym Volvo i fałszywą przeszłością. W zamian chętnie zajmowałam się ciężkimi pracami. Mogłam być utajoną bez wilka, którego mogłabym wezwać, ale cztery lata fizycznego dojrzewania zapewniły mi podstawową siłę zaledwie o margines wyższą niż u przeciętnego człowieka. To była teraz moja oswojona rzeczywistość. Życie wyłącznie wśród ludzi sprawiało, że łatwo było zignorować to, czego mi brakowało.
– Nie zapomnij dać dziś Gideonowi jasnej odpowiedzi, skarbie. To dobry chłopak – zawołała pani Harrington, gdy pchnęłam tylne drzwi.
Przewróciłam oczami z rozbawieniem. Gideon był złotym chłopcem miasteczka – byłym rozgrywającym ze szkoły średniej, który stał się odnoszącym sukcesy lokalnym farmerem. Przez cztery lata uczynił swoją osobistą misją zapraszanie mnie na randkę przynajmniej raz w miesiącu. Przez cztery lata grzecznie mu odmawiałam. Ewoluowało to w wygodny, stały żart między nami, pozbawiony jakichkolwiek prawdziwie zranionych ego.
Dopiłam kawę i truchtem zbiegłam urokliwą, wybrukowaną kocimi łbami główną ulicą w stronę baru. Poranne słońce ogrzewało rześkie górskie powietrze, malując spokojne miasteczko pociągnięciami złota. Moje życie było proste. Przewidywalne. Bezpieczne.
– Clara na zapleczu już żeni ze sobą butelki z keczupem. Weźmiesz się za dozowniki do serwetek? – warknęła z czułością pani Sterling, gdy wiązałam wokół talii miętowo-zielony fartuch.
– Robi się, Szefowo – zasalutowałam.
Wślizgnęłam się do głównej sali jadalnej i znalazłam Clarę, moją jedyną prawdziwą przyjaciółkę na tej półkuli, agresywnie łączącą resztki przypraw z kilku butelek. Przygotowywałyśmy się na lunchowe oblężenie w szczycie sezonu turystycznego, które w tym roku stało się nieskończenie gorsze z powodu zatrudnionej z litości Daphne – słodkiej dziewczyny, której skrajna niezdarność graniczyła z zagrożeniem dla zdrowia publicznego.
– Powiedz, że przyniosłaś kawę – jęknęła Clara, opierając się o lożę.
– Przyniosłam moją czarującą osobowość – odpowiedziałam, chwytając stos serwetek. – Jak tam twoja...
Dzwonek nad drzwiami baru zadźwięczał.
Pytanie zamarło mi w gardle. Wraz z moim oddechem.
Po drugiej stronie sali mężczyzna właśnie przekroczył próg. Bar był zatłoczony, gwarny od brzęku talerzy i miejscowych przekrzykujących się nawzajem, ale mój świat gwałtownie skurczył się do przestrzeni, którą on zajmował.
Nie chodziło tylko o to, że był zniewalająco przystojny, z niesfornymi, muśniętymi słońcem blond włosami i oczami w kolorze burzliwego oceanu. Chodziło o zapach.
Ostra, pierwotna fala ozonu, cedru i surowej, nieskrępowanej mocy emanowała od niego, uderzając w moje utajone zmysły niczym fizyczna fala uderzeniowa. Każdy uśpiony instynkt, jaki posiadałam, przejął kontrolę nad moim układem nerwowym, wykrzykując jedną, przerażającą prawdę.
Był wilkołakiem.
I to nie byle jakim zbłąkanym wilkiem w przejeździe. Dusząca powaga jego aury, nieświadoma, drapieżna gracja jego ruchów, sposób, w jaki ludzie wokół niego instynktownie schodzili mu z drogi, nie zdając sobie sprawy dlaczego – to był Alfa.
W ustach zaschło mi na wiór. Moje nogi wydawały się uwięzione w betonie.
Nonszalancko wsunął się do pustej loży. *Jedynej* pustej loży. Dokładnie na środku mojej sekcji.
– Clara – wykrztusiłam, a moje palce drżały tak mocno, że upuściłam serwetkę. – Clara, potrzebuję ogromnej przysługi.
– Co? Czy Daphne znowu zdetonowała koktajl mleczny?
– Obsłuż dla mnie stolik numer cztery – wyszeptałam gorączkowo, odwracając się plecami do jadalni. – Wezmę dwa twoje. Do diabła, wezmę lożę z czterema wrzeszczącymi maluchami. Tylko ty go obsłuż.
Clara wyjrzała przez moje ramię i wydała z siebie cichy gwizd. – Żartujesz? Chcesz, żebym obsłużyła tamtego dosłownego boga drwali? Spójrz na niego! Mniam.
– Proszę, Clara – błagałam, a do mojego głosu wdarła się autentyczna desperacja.
Spojrzała na mnie podejrzliwie. – W porządku. Ale wisisz mi przysługę.
Przez następną godzinę praktycznie przykleiłam się do odległej ściany w pobliżu drzwi do kuchni. Przemykałam między stolikami, balansując talerzami z pieczenią rzymską i frytkami, ale moje widzenie peryferyjne pozostało zablokowane na Alfie. Gdyby posiadał choć ułamek zmysłów prawdziwego Alfy, wyłapałby mój zapach w momencie, gdy przekroczył granice miasta. Ale on ani razu nie spojrzał w moją stronę. Grzecznie podziękował Clarze, wypił kawę, zostawił nieprzyzwoicie wysoki napiwek i wyszedł za drzwi, nie oglądając się za siebie.
W momencie, gdy dzwonek zadźwięczał za nim, praktycznie osunęłam się na blat.
Resztę zmiany spędziłam, podskakując na widok każdego cienia. Do piątej po południu moje nerwy były kompletnie zszargane.
– Dobrze się czujesz, skarbie? – zapytała pani Sterling, zauważając moją bladą cerę, gdy po raz czwarty wycierałam ladę. – Wydajesz się okropnie... płochliwa.
– Wszystko w porządku – skłamałam gładko, gdy odezwał się instynkt samozachowawczy. – Po prostu źle spałam zeszłej nocy. Myślę, że wrócę prosto do domu i padnę.
– Och, ty biedactwo. Jasne, zmiataj stąd. Powiem Daphne, żeby przyniosła ci później miskę zupy.
– Nie! – spanikowałam, szybko jednak łagodząc ton. – Nie, dziękuję. Po prostu muszę się przespać.
Dziesięć minut później wbiegłam po schodach do mojego mieszkania, przeskakując po dwa stopnie. Wepchnęłam klucz do zamka, praktycznie wpadając do środka, po czym zatrzasnęłam ciężkie drzwi. Przekręciłam zasuwę. Wsunęłam łańcuch.
Dociskając plecy do solidnego drewna, zsuwałam się, aż uderzyłam o podłogę, przyciągając kolana do klatki piersiowej. Oddychałam chrapliwie i nierówno.
To był tylko turysta. Zbłąkany Alfa rozprostowujący nogi w trakcie podróży. Nie wiedział, że istnieję. Do rana go już nie będzie, a moje idealne, nudne ludzkie życie toczyć się będzie dalej.
Prawda?






