Alfa Mordec natychmiast mnie puszcza, zamierając w szoku, a ja padam na ziemię, biorąc głębokie hausty powietrza, by dostarczyć tlen do moich wycieńczonych płuc.
„Alfo Vareku”. Kłania się bojaźliwie, cały się trzęsąc, bo rozumie powagę tego, co zrobił. W końcu dociera do niego, czyją towarzyszkę skrzywdził, a prawda ta napełnia go przerażeniem.
Varek kroczy w naszą stronę z mocą, która nas przytłacza; jego wojownicy idą za nim, lustrując otoczenie niczym sępy czekające na rozkaz swojego Alfy.
„Masz jakiś problem z moją towarzyszką?”, pyta mój mate, mrużąc oczy na wystraszonego Alfę, który nie potrafi opanować zdenerwowania w obliczu tej nieoczekiwanej konfrontacji.
„N-nie, nie mam. Wybacz moją grubiańskość”, odpowiada Alfa Mordec.
Varek odwraca się w moją stronę, a jego oczy badają moje ciało od stóp do głów, zatrzymując się na krwawiącym gardle. Jego nozdrza drgają z wściekłości na to, co widzi, na to, co zrobił mi Alfa Mordec. „Jeśli odważysz się jeszcze raz dotknąć moją kobietę tą swoją brudną ręką, dopilnuję, by odcięto ci tę kończynę od reszty ciała. Czy to jasne?”
Oczy Alfy Mordeca rozszerzają się w szoku na ostrzeżenie mojego mate; natychmiast klęka z głową spuszczoną z mieszaniną lęku i żalu. „Nigdy więcej nie spróbuję tego zrobić. Błagam o wybaczenie”, prosi w rozpaczy o swoje życie, podczas gdy ja mierzę go nienawistnym spojrzeniem.
„Zabieraj swoich wojowników i wynoś się stąd. Twoja obecność nie jest tu pożądana przez nikogo z nas”, nakazuje mu Varek, a tamten gorączkowo wstaje, dając swoim wojownikom znak do odwrotu. Kiedy ten podły samiec mnie mija, w jego oczach widać tyle nienawiści, bo uważa mnie za odrażającą. Ale nasza wrogość wreszcie się skończyła – on nigdy więcej mnie nie dotknie dzięki mojemu mate.
„Jak masz na imię?”, pyta mnie Varek, skupiając teraz całą swoją uwagę wyłącznie na mnie.
„Nie zamierzam ci odpowiadać”. Jego oczy ciemnieją, a kły wydłużają się na znak dezaprobaty dla mojego nieposłuszeństwa, gdy szybko kroczy w moją stronę. Bicie mojego serca przyspiesza na widok surowego piękna wyłaniającej się bestii.
Szorstkie dłonie zaciskają się na mojej szyi, by zademonstrować nade mną dominację, ale w jego dotyku jest pewna miękkość, jakby nie chciał sprawiać jeszcze większego bólu mojemu i tak już poranionemu ciału. Moje ciało drży od iskier, które wywołuje jego dotyk. Nowe uczucie.
„Nauczysz się, że nie wolno mi się sprzeciwiać. Towarzyszka czy nie, wskażę ci twoje miejsce”.
„A jakie jest moje miejsce?”, pytam.
Jego oczy spotykają się z moimi, by pokazać, że mówi poważnie. „Pode mną”, warczy. Po prostu patrzę na niego, szukając w jego oczach jakichkolwiek innych emocji niż upiorny chłód. Czy nasz dotyk nie budzi w nim żadnego uczucia? Takiego jak ta grzeszna ścieżka żaru biegnąca od moich piersi do podbrzusza.
„Czego ty ode mnie chcesz?”, pytam, robiąc krok w tył. Nie ze słabości, lecz z ostrożności. Przygotowuję się na to, o co może mnie poprosić. O co mnie zapyta? O moją uległość?
„Ciebie”. Mówi, robiąc krok naprzód i wypełniając przestrzeń, którą dobrowolnie stworzyłam. To pośredni sposób na pokazanie mi, że nie wolno mi przed nim uciekać.
„Nie rozumiem”, mówię, marszcząc brwi z konsternacją. On chce mnie?
„Wrócisz ze mną do mojego stada i przejdziesz intensywny trening, by zostać moją Luną. By stać się silniejszą, bo widziałem, jak nie potrafiłaś obronić się przed Alfą Mordecem”. Za kogo ten mężczyzna się uważa? Być jego Luną? Jestem Alfą, nigdy nie podporządkuję się innemu. Nigdy!
„To było całkiem zabawne, Alfo Vareku. A co sprawiło, że uznałeś, iż zrobię to, co ci się podoba?”. Przerażający uśmiech maluje się na jego twarzy w odpowiedzi na moje pytanie – uśmiech, który nie dociera do jego barbarzyńskich oczu. Jego przenikliwe spojrzenie sprawia, że kolana mi miękną, a serce bije szybciej, gubiąc rytm. Splata umięśnione ręce na swojej wyrzeźbionej piersi; moje oczy śledzą napięcie jego mięśni, zastanawiając się, jak by to było być w nich trzymaną.
„Przez ostatnie kilka godzin część moich wojowników przejęła już kontrolę nad twoim stadem, podczas gdy ty byłaś tutaj, w moich rękach. Twoi członkowie stada są już w drodze na moje ziemie, a teraz jedyne, czego potrzebuję, to ty”. Mówi to swobodnie, pochylając się nade mną, podczas gdy jego gorący oddech torturująco muska małżowinę mojego ucha, a moje ręce drżą z chęci dotknięcia jego grzesznej skóry.
Z trudem łapię powietrze na jego słowa, cofając się o kilka kroków. Czy on właśnie powiedział, że transportuje wszystkie moje wilki na swoje ziemie? Jak zdołał to zrobić w ciągu zaledwie kilku godzin? Jak wielką władzę on naprawdę posiada?
„Podejmij decyzję szybko, towarzyszko. Alfa Mordec nie zawaha się zaatakować ciebie i twoich ludzi ponownie, gdy tylko odjadę i wypuszczę twoje wilki wolno. Jeśli pójdziesz ze mną dobrowolnie, rozkażę moim wojownikom, by chronili ich własnym życiem”, szepcze nieludzko. Wściekłość rozpala moje ciało. To pośredni rozkaz, który mi daje, przebrany za fałszywy wybór i akt wsparcia.
Szelest liści reagujących na pieszczotę bryzy był jedynym słyszalnym dźwiękiem, gdy wspomnienia z dzieciństwa zalały mój umysł – ból i cierpienie, przez które musiałam przejść, by zdobyć swoje królestwo i walczyć o przetrwanie. Ale teraz musiałam walczyć o ich przetrwanie – przetrwanie mojego stada. Dokonałam wcześniej wielu wyborów, ale ten jest najtrudniejszy ze wszystkich.
Złożenie korony na ziemi i uległość wobec niego jest dowodem na to, że nie jestem godna bycia Alfą. Alfy zawsze walczyły o swoje stado i pozycję. Ale ja będę chronić moich ludzi. Wybory zawsze niosą ze sobą konsekwencje.
On czeka cierpliwie, jego oczy ani razu nie uciekają od moich. Zna moją decyzję, ale chce, bym wypowiedziała ją na głos. „Zrzekam się praw Alfy”. Nie mogę oddychać. Moje serce zaciska się boleśnie, a kolce wokół niego wbijają się głębiej, przebijając ciało. „Pójdę z tobą”. Mój głos łamie się pod wpływem przytłaczającego smutku, który mnie pochłania, gdy spuszczam głowę i zdejmuję koronę z cierni, którą nosiłam z dumą pomimo ciągłego krwawienia.
Podjęłam jedyną rozsądną decyzję, na jaką mogę sobie w tej chwili pozwolić. Mam związane ręce; cóż innego mogłabym zrobić, niż poświęcić siebie, swój tytuł i wszystko, na co pracowałam, dla dobra mojego stada. Oni są moją odpowiedzialnością.
„Kaelo”, przywołuje mężczyznę stojącego obok niego, umięśnionego i przystojnego, o włosach w kolorze nocnego nieba. Tytuł, który on posiada, emanuje z niego niczym aura – ten samiec to Beta Vareka.
Kaelo odpowiada, pochylając głowę w ukłonie. „Tak, Alfo”.
„Zabierz ją do ciężarówki”. Mój okrutny mate wydaje rozkaz swojej Becie, który bez wahania go wykonuje.
„Nie możesz tego zrobić. Nie pozwolę, by moje tradycje zostały splamione przez twoje, będę z tobą walczyć na każdym kroku!”. Warknięcia dezaprobaty dla metod tego mężczyzny są widoczne i wyczuwalne dla każdego.
Jego głos ocieka lodowatym chłodem, który mrozi moje serce: „Dałem ci wybór: pójdziesz dobrowolnie albo twoje wilki zginą. Byłem na tyle uprzejmy, by zaoferować ci tę opcję. Czy wolałabyś, bym po prostu zabił wszystkie twoje wilki?”.
Zamykam oczy, mój ból pogłębia się z każdą minutą. Z każdym słowem, które we mnie wypluwa. Jestem zgubiona, znów jestem bezsilna.
„Patrz na mnie, gdy do ciebie mówię”. Duża, ciepła dłoń wyciąga się do przodu, grube, długie palce owijają się wokół pasm moich włosów, gdy przyciąga moją twarz do swojej.
„Nie dałeś mi żadnego rozsądnego wyboru. Dobrze o tym wiesz”. Po prostu robię to, o co prosi, wpatrując się w jego oczy i próbując wyczytać z nich jakąkolwiek inną emocję niż wściekłość. Żar jego oddechu całuje moją skórę, jego oczy zatrzymują się na moich ustach. Czy nasz dotyk nie budzi w nim żadnych obezwładniających uczuć? Takich jak ścieżka ognia biegnąca od mojej piersi do głębi duszy.
„Twoje wilki będą chronione znacznie lepiej niż pod twoimi rządami”. Jego oczy błyskają prawdą, którą wypowiada z dominacją, co odbiera mi mowę. „Musisz nauczyć się mnie słuchać. Nie radzę sobie dobrze z nieposłuszeństwem”. Oczy mu ciemnieją, kły się wydłużają, ukazuje mi swoją prawdziwą naturę. Alfa. Kina głową w stronę swojego Bety, Kaelo, który znów próbuje przykuć moją uwagę.
„Chodź za mną, Luno”, mówi do mnie, prowadząc mnie przed rezydencję, a ja towarzyszę mu po cichu, bez słowa.
Odwracając się i spoglądając na tego budzącego grozę samca, nasze spojrzenia się zderzają. Nieważne, jak jest bezwzględny, nie czuję w sercu nienawiści do niego – tak samo jak moja wilczyca. Raczej pragniemy skosztować tego, co stoi przed nami. Jego oczy są pozbawione jakichkolwiek emocji; nigdy nie widziałam wilka, który potrafiłby tak dobrze ukrywać swoje uczucia. Ale sprawię, że się przede mną otworzy... *z czasem*.






