languageJęzyk

Rozdział 2

Autor: Emilyyyyy15 cze 2026

Pięć minut później samochód wjeżdżał do ogromnego garażu podziemnego pod szklanym kolosem, który był siedzibą Vane Corp. Bennett zaparkował obok kilku innych czarnych SUV-ów i wyłączył silnik.

Weszła z nim do środka, zanim on musiał skręcić do biura ochrony, a ona do windy, która miała ją zabrać na najwyższe piętro budynku.

— Dziękuję, Bennett — powiedziała, machając ręką.

Bennett uśmiechnął się do niej. — Nie daj mu się dzisiaj za bardzo rozstawiać po kątach, Ari — przypomniał jej.

Westchnęła i skinęła głową. — Nie ma mowy.

Uśmiechnęła się do niego raz jeszcze, po czym podeszła do windy, po drodze rzucając uprzejme powitanie dzisiejszej recepcjonistce. Wcale jej nie zdziwiło, że to kolejna osoba, której nie rozpoznaje. W końcu rotacja pracowników dotykała każdego działu.

Kilka minut później Ari wychodziła na znajome najwyższe piętro, na którym urzędowały szychty z Vane Corp. Przeszła obok biura Desmonda, zauważając, że rozmawia przez telefon. Skinęła mu głową i poszła dalej. Na tym piętrze zawsze panował względny spokój. Callum tego wymagał.

Jedynym dźwiękiem, jaki słyszała, było stukanie jej szpilek o wypolerowane panele. Momentami niepokoiło ją, jak bez życia wydawała się ta część firmy, ale była już do tego w większości przyzwyczajona.

Dotarła do swojego biura na końcu korytarza, odstawiła kawę na biurko, a obok położyła teczkę. Wiedziała, że czekają na nią miliony e-maili, ale wiedziała też, że herbata Calluma stygnie, a na to nie mogła pozwolić.

Wyszła z biura z jego herbatą w dłoni i skierowała się do sąsiednich drzwi. Nie trudziła się pukaním, już dawno przestała to robić. Callum wiedział, że to ona o tej porze dnia. Pchnęła ciężkie, dębowe drzwi i weszła do środka.

Callum krążył przed oknem z telefonem przy uchu i jedną ręką w kieszeni idealnie skrojonego granatowego garnituru. Podeszła, by usiąść na krześle przed biurkiem, stawiając jego herbatę przed komputerem. Oparła się wygodnie, krzyżując nogi, podczas gdy jej wzrok śledził kroki Calluma.

Zawsze chodził w kółko. Tym bardziej, gdy był w takim nastroju, w jakim wydawał się dzisiaj.

— To nie moja wina, że pieprzeni paparazzi nie rozumieją granic. Nie będę płacił za ich gówniany aparat — rzucił ostro do słuchawki.

Ari dokładnie wiedziała, o jaki incydent chodzi. Kilka nocy temu, wychodząc z biznesowej kolacji, rozbił kolejny aparat. Była tam i prawdopodobnie była jedynym powodem, dla którego wsiadł do czekającego samochodu bez wywoływania dalszego zamieszania. Przepraszała wylewnie za bezmyślność Calluma, argumentując, że on absolutnie nienawidzi, gdy robi mu się zdjęcia w ten sposób, ale wyglądało na to, że firma, dla której pracował fotograf, nie była zainteresowana uprzejmościami. Szczerze mówiąc, nie mogła ich winić.

Nieważne ile razy ona czy Desmond próbowali tłumaczyć Callumowi, że prasa i paparazzi będą częścią jego codzienności, skoro jest niesamowicie młodym prezesem wartej miliardy dolarów firmy, to nigdy do niego nie docierało. Zamiast tego wolał czuć się osobiście urażony brakiem prywatności, a ona musiała zbierać kawałki zniszczonego wizerunku publicznego Calluma za każdym razem, gdy tracił panowanie nad sobą.

Rozległo się pukanie do drzwi gabinetu Calluma i w małej szparze pojawiła się twarz jej najbardziej zaufanego przyjaciela. Ari skrzywiła się, widząc, że Callum posłał jej groźne spojrzenie, po czym wrócił do chodzenia i patrzenia przez okno.

Zrozumiała aluzję, szybko wstała i wyprowadziła gościa na korytarz. Cicho zamknęła za sobą drzwi i odwróciła się do przyjaciela.

— Jest dziś w nastroju, Julianie. Czy to ten nowy prototyp? — zapytała, wskazując na małe urządzenie w rękach Juliana.

Julian wywrócił oczami. — On zawsze jest w pieprzonym nastroju. Nie wiem, jak ty wytrzymujesz z tym gównem. Ja i Mila myślimy, że... —

Przerwała mu, kładąc rękę na jego ustach. Ari musiała się wyciągnąć, żeby dosięgnąć jego twarzy, bo był o wiele wyższy od niej, ale poradziła sobie doskonale.

— Julianie, zamknij się — ostrzegła go słodko. — Nie interesuje mnie, co ty lub twoja dziewczyna myślicie o mojej pracy, wiesz o tym — przypomniała Julianowi po raz tysięczny.

Julian fuknął, a jego ciepły oddech owiał jej dłoń. Wystawił język i polizał ją po dłoni. Pisnęła i cofnęła rękę.

— Jesteś obrzydliwy — jęknęła, otrzepując dłoń.

— Lepiej umyj ręce, zanim tam wrócisz. On ma jakby wykrywacz wszelkich zarazków.

Julian wzdrygnął się, a jego brązowe włosy na chwilę opadły mu na oczy.

— Tu masz rację — przyznała niechętnie. — Ale czy to ten nowy prototyp? — dopytywała.

Julian skinął głową. — Istotnie. Nazywam go „Nightfall 2.0” — powiedział z dumą.

— Miałeś go skończyć w zeszłym tygodniu — przypomniała mu Ari.

Uśmiechnął się z zakłopotaniem. — Zaprogramowanie go było nieco trudniejsze, niż ja i Jasper przypuszczaliśmy — przyznał nerwowo.

Skinęła głową ze zrozumieniem, choć tak naprawdę nie miała pojęcia, jak działa programowanie. — Dobra, będę cię osłaniać, jeśli Callum dostanie szału — obiecała.

O wilku mowa — a w tym przypadku o ich szefie — drzwi gabinetu otworzyły się z rozmachem. Przez sekundę mierzył ją wzrokiem, po czym skierował zwężone oczy na Juliana.

— Vidal, ten prototyp miał być u mnie w zeszłym tygodniu — powiedział cicho Callum.

Ari zauważyła, że uszy Juliana zrobiły się czerwone. — Wiem, proszę pana. Ja i Jasper przepraszamy. Trudno było dopracować programowanie idealnie. Ale w końcu się udało. Nie mam wątpliwości, że burmistrz bez problemu wprowadzi to do policji — powiedział Julian, starając się brzmieć pewnie.

Obserwowała szefa, gdy trybiki w jego głowie pracowały. Jego stalowoszare oczy były nieodgadnione, jak zwykle. Ostre rysy twarzy w tej chwili nie wyrażały ani złości, ani dobroci. Pasma czarnych włosów groziły opadnięciem na oczy, a normalnie pełne usta były zaciśnięte w wąską linię.

— Bardzo dobrze. Przeprowadź jeszcze jedną rundę diagnostyki i prześlij mi gotowe raporty do wieczora — powiedział oschle.

Ramiona Juliana opadły o kilka centymetrów z wyraźną ulgą. — Oczywiście — sapnął. Spojrzał na Ari. — Drink wieczorem? — zapytał.

Uśmiechnęła się do niego. — Mamy dziś późną kolację biznesową. Ale w piątek jestem cała twoja — obiecała.

Wywrócił oczami, ale nie odważył się na żadną uszczypliwą uwagę bezpośrednio przy Callumie.

— Do zobaczenia później w takim razie — powiedział, odwracając się w stronę windy.

— Jeśli skończyłaś już życie towarzyskie — stwierdził beznamiętnie Callum, gestem zapraszając ją do gabinetu.

Ari zdusiła w sobie ripostę, zamiast tego weszła do środka i usiadła na swoim stałym krześle przed biurkiem. Callum usiadł w swoim wielkim, czarnym skórzanym fotelu prezesa. Po raz kolejny pomyślała, jak drobny wydaje się siedząc w takim fotelu. Ale mimo że w tym ogromnym meblu wyglądał na niskiego, jego dominująca aura wymuszała niezaprzeczalny szacunek. Była przyzwyczajona do energii, którą roztaczał, ale czasem wciąż ją to zaskakiwało.

— Grafik? — zapytał krótko Callum. Uniósł herbatę do ust i wziął mały łyk. — Nie najgorsza — mruknął.

Ari westchnęła z ulgą. Jeszcze nie musiała szukać nowej kawiarni i była z tego powodu bardzo zadowolona.

Odchrząknęła i wzięła tablet, który zazwyczaj trzymała na biurku Calluma. — Za pół godziny ma pan spotkanie z Vanguard Systems. Nadal chcą, by wybrał pan ich technologię do nowej wersji dzwonka z kamerą. — Przesunęła grafik nieco niżej. — Mamy wolny lunch, a o czternastej konferencję z Evanderem Blackwoodem. To prezes Aurelius Dynamics. To ten, który ciągle próbuje wyciągnąć pana na golfa. Chce też, żeby użył pan jego projektu w dronach maskujących dla wojska — skończyła Ari i spojrzała na niego, czekając na reakcję.

Callum parsknął. — Po jakiego ch*ja miałbym grać w golfa? To definicja bogatych kolesi stojących w kółko, paradujących z fiutami w dłoniach i chwalących się osiągnięciami. — Skrzywił się do nikogo konkretnego, po czym wziął kolejny łyk herbaty.

Ari skinęła głową na znak zgody. Callum miał wiele wad, ale nigdy otwarcie nie obnosił się ze swoimi pieniędzmi. Nie miała pojęcia o jego przeszłości sprzed Vane Security, poza skąpymi informacjami w firmowej biografii. Miała jednak wyraźne wrażenie, że Callum prawdopodobnie nie pochodził z zamożnej rodziny. Sposób, w jaki się zachowywał, w żadnym razie nie krzyczał „stare pieniądze”.

— Musisz skontaktować się z Seraphiną. Prawdopodobnie będę potrzebował prawnika do tej ostatniej akcji z paparazzi — poinformował ją Callum.

Patrzyła, jak pociera nasadę nosa z irytacją, i zauważyła ciemne kręgi pod jego oczami.

— Czy znów nie bierze pan leków na sen? — zapytała Ari, notując przypomnienie o telefonie do prawniczki Calluma. Wiedziała, że Seraphina nie będzie zachwycona kolejnym telefonem tak szybko, ale temperament Calluma był ostatnio nie do zniesienia.

Callum spojrzał na nią surowo. — One g*wno dają na moją bezsenność — odciął się.

Ari westchnęła. — A brał je pan dłużej niż przez noc czy dwie? — zapytała, unosząc brew.

Spojrzenie Calluma stało się jeszcze ostrzejsze i to była jej odpowiedź.

— Nie zadziałają, jeśli nie będzie pan konsekwentny, proszę pana — przypomniała mu.

Klasnął językiem z irytacją. — Odpieprz się ode mnie — jęknął.

Ari wzruszyła ramionami. — Jak pan uważa. — Zerknęła ponownie na grafik w dłoniach. — Poza tym mamy spotkanie w sprawie akcji z Desmondem, a potem kolację z Brooksem. Potrzebuje mnie pan na tej kolacji? — zapytała z zaciekawieniem.

Callum westchnął i skinął głową. — Ten stary pierdziel cię lubi, a to ułatwia sprawę, bo nie muszę być jedynym centrum uwagi — wyjaśnił.

Sięgnął do kieszeni i pchnął telefon w jej stronę. Zerknęła na niego, widząc mocno popękany ekran.

— Co się stało tym razem? — zapytała, starając się nie brzmieć na zbyt poirytowaną. Callum zużywał mnóstwo telefonów, zwłaszcza ostatnio.

— Pieprzone Pinnacle — odpowiedział krótko.

Tym razem Ari nie powstrzymała się od wywrócenia oczami. — Myślałam, że ja i Desmond mówiliśmy panu, żeby przestał pan tam wchodzić. Nie może pan wdawać się w dyskusje z trollami, proszę pana — skarciła go.

Callum zgromił ją wzrokiem. — Odwal się. Są nie do zniesienia — mruknął gorzko.

Zaśmiała się cicho. — To prawie zawsze dzieciaki, proszę pana — przypomniała mu. — Po prostu się nudzą, a pan jest, bądź co bądź, sławny. Często ludzie zapominają, że za publicznym wizerunkiem stoi po prostu człowiek. W pana przypadku pewnie niewiele się to różni za zamkniętymi drzwiami, ale oni nie wiedzą tego na pewno — wyjaśniła ze wzruszeniem ramion.

— Jeśli ktoś chce wytykać mi wzrost albo inne bezużyteczne g*wno, to mam to gdzieś. Ale w momencie, gdy ktoś zaczyna mówić, że mam ukryte motywy co do moich dronów, nie wytrzymuję — powiedział Callum z opuszczonym wzrokiem i mrocznym tonem.

Ari skinęła głową ze współczuciem. — Rozumiem. Ale reagowanie w taki sposób to dokładnie to, czego oni chcą — powiedziała szczerze.

Callum wywrócił oczami. — Spadaj, dopóki cię nie będę potrzebował, Ari — rzucił, machając ręką w stronę drzwi.

Bez pośpiechu wstała z krzesła i wyszła bez słowa.

Callum nie lubił rozmawiać o swoich uczuciach, a ona nigdy go do tego nie zmuszała. Była pewna, że to jeden z wielu powodów, dla których wytrzymała w Vane Corp. tak długo.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 2: Rozdział 2 - Zasady gry: Ślub z moim gburowatym szefem | StoriesNook