Kravos miał rację. Gdy zbliżamy się do rezydencji, nie potrzebuje już mojej pomocy przy chodzeniu. Nasze dłonie są splecione palcami, a moja skóra mrowi, gdy podchodzimy do cichego budynku. Wokół ogrodu i pofałdowanej zielonej trawy osiadła mgła. Moja wilczyca krąży we mnie, gotowa wyskoczyć w każdej chwili, by udowodnić swoją wartość.
– Coś jest nie tak… – szepczę do Kravosa, który przyciąga mnie






