Julian chłonie mnie wzrokiem – moją suknię ślubną, całą mnie – i pada na kolana. Zapada głęboka, przenikliwa cisza. Wszyscy się na nas gapią. Ja wpatruję się w niego.
Przez chwilę nie mówi ani słowa, a moje serce wyrywa się z piersi. Robię krok w jego stronę.
– Julian, krwawisz – szepczę cicho.
Powoli oplata ramionami moje nogi, przywierając do mnie tak, jakby był tonącym statkiem, a ja jego kotwi






