Don zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Pod jego spojrzeniem czułam się potwornie skrępowana. Poruszyłam się niespokojnie na krześle.
W końcu odezwał się:
– O co chodzi?
Znów przełknęłam ślinę; miałam wrażenie, że w gardle mam pustynię. Ale po chwili wyprostowałam się. Musiałam okazać pewność siebie, nawet jeśli tylko ją udawałam. A Boże, jak bardzo udawałam.
– Jak wiesz – zaczęłam – odkąd mój






