Perspektywa Auren
Bycie sierotą zawsze było dla mnie trudne. Według naszego poprzedniego Alfy, który był ojcem Alfy Brama, moi rodzice zginęli w wojnie watah. Był na tyle uprzejmy, że dał mi schronienie w siedzibie stada, a nawet pozwolił na edukację w szkole dla omeg. Jednak kilka lat później, gdy zmarł i Bram został Alfą, wyciągnął mnie ze szkoły, uczynił służącą stada i przydzielił mi podrzędne prace, jasno stwierdzając, że jeśli mam zostać w watasze, muszę zarobić na swoje utrzymanie. Jego lubieżny wzrok często na mnie spoczywał, a ja uciekałam spojrzeniem, bojąc się jego intencji. Ale wtedy gwałtownie odwracał ode mnie wzrok, jakby zobaczył szkodnika.
Urodziłam się z tatuażem wielkości piłeczki do squasha na plecach. Złoty księżyc skuty ciemnymi pnączami cierni owijającymi się wokół niego. Szaman życzliwie ostrzegł mnie, że to znak klątwy, więc musiałam go ukrywać przez cały czas, bojąc się, że jeśli ktoś go zobaczy, zabiją mnie.
Nagle drzwi się otworzyły, wyrywając mnie z zamyślenia. Pospiesznie otarłam łzy, ale było już za późno. Maris stała w drzwiach ze skrzyżowanymi ramionami, a na jej ustach błąkał się zadowolony z siebie uśmieszek, podczas gdy jej twarz przybrała nikczemny wyraz.
– No proszę, proszę – powiedziała, podchodząc bliżej. – Czyż to nie nasza mała sierota, chlipiąca jak dziecko.
Nie odpowiedziałam, trzymając głowę nisko. Całe moje ciało drżało ze strachu, mimo że Siena chciała wyjść i zaatakować Maris.
– Wiem, co się stało – powiedziała, a jej głos ociekał jadem. – Myślisz, że jesteś wyjątkowa, bo Bram jest twoim przeznaczonym? Pozwól, że ci coś powiem, Auren. – Kucnęła, zbliżając twarz do mojej. – Wiedzieliśmy o tym od dawna. Ale jesteś niczym. Zawsze będziesz niczym. Bram cię nie chce. Odrzuci cię wystarczająco szybko, a kiedy to zrobi, będziesz żałować, że kiedykolwiek postawiłaś stopę w tym stadzie.
Przełknęłam ślinę z trudem, próbując powstrzymać nową falę łez.
– Jeśli powiesz komukolwiek – komukolwiek – o tym – kontynuowała niskim i niebezpiecznym głosem – upewnię się, że pożałujesz. Rozumiesz?
Skinęłam słabo głową, zbyt przerażona, by mówić. Maris wyprostowała się, strzepując niewidzialny kurz ze swojej spódnicy.
– Dobrze. A teraz doprowadź się do porządku. Jesteś żałosna. Nie chcę, żeby ktokolwiek widział cię płaczącą, bo jeśli zobaczą, zapytają o powód. Przysięgam, że pożałujesz, jeśli poznają przyczynę. – Mówiąc to, odwróciła się gwałtownie, zarzucając włosami i wymaszerowała.
Ciężar jej słów zmiażdżył mnie jeszcze bardziej. Przyciągnęłam kolana do klatki piersiowej i objęłam je mocno. Przeznaczeni mieli dbać o siebie nawzajem. Jego zdrada była gorsza niż wszystkie lata znoszenia niewoli. I wiedzieli, że jestem jego parą? To odkrycie mną wstrząsnęło.
Kiedy w końcu wyszłam z pralni, upokorzenie się nie skończyło. Reya czekała na mnie w kuchni. – Zostałaś przydzielona do pracy w toaletach! – warknęła na mnie. – Zostań tam, dopóki nie dostaniesz nowych obowiązków. Nie wychodź z tego miejsca!
Wzdrygnęłam się, patrząc na nią. – Co? – Toalety były najgorszym miejscem do pracy.
Uderzyła mnie mocno w policzek. Krzyknęłam z bólu, upadając. Jej usta wykrzywiły się w szyderstwie. – Nie słyszałaś, co powiedziałam? Wyczyść wszystkie toalety. Już!
Przestraszona, udałam się do toalet, pewna, że to rozkaz Maris.
Przez następne kilka dni Maris, zawsze sprytna w swoich intrygach, wytykała mnie palcami za rzeczy, których nie zrobiłam. Rozbity wazon, rozlany napój i nagle stałam się kozłem ofiarnym dla wszystkich. Inni członkowie stada szeptali i szydzili, a ich uwagi cięły mnie jak noże. Oskarżali mnie o wszystko i o nic. A Alfa Bram po prostu przymykał oko na całe to znęcanie się.
Sytuacja nieco się uspokoiła, ale pewnego ranka, gdy obudziłam się i pospieszyłam do kuchni, usłyszałam Reyę krzyczącą na innych. Kiedy weszłam, Reya rzuciła bardzo drogie sztućce bezpośrednio na podłogę blisko mnie.
Maris weszła dokładnie w tym momencie, jakby czekała na tę chwilę, jak na zawołanie. – Reya, nie pozwól jej, by uszło jej to na sucho – powiedziała tonem pełnym gniewu. – Z nią są same kłopoty.
Nie trzeba było wiele, by Reya się zgodziła. Ona i Maris zagoniły mnie w róg przy spiżarni, ich twarze wykrzywione były złością. Wyczułam, że coś jest nie tak, ale nie miałam czasu na reakcję.
– Sprawiłaś już wystarczająco dużo problemów – warknęła natychmiast Reya. – Czas, żebyś dostała nauczkę. – I wtedy posypały się ciosy. – Nie – płakałam, krzyczałam i błagałam, żeby mnie zostawiły, ale nikt nie przyszedł mi z ratunkiem.
– Co się tu dzieje? – Dobiegł głośny warkot. To był Alfa Bram, mój przeznaczony. Czy przybył mnie uratować?
– Alfo Bramie – Maris natychmiast zmieniła wyraz twarzy i powiedziała miodowym głosem. – Auren rzuciła we mnie potłuczonym szkłem. Zobacz, krwawię. – Pokazała mu małe skaleczenie na palcu, które zrobiła sobie, bijąc mnie.
– Nie, to nie tak...
– Jak śmiesz? – Alfa Bram przerwał mi i zaryczał z wściekłością. – Wrzucić ją do lochów! – rozkazał.
Byłam oszołomiona. To ja, jego przeznaczona, krwawiłam, a on nie miał nawet serca, by na to zareagować. Jakże naiwne było z mojej strony myśleć, że przyjdzie mnie uratować. To był po prostu idealny plan, by się mnie pozbyć. I tak po prostu Maris i Reya zaciągnęły mnie do lochów – ciemnej, wilgotnej dziury pod domem stada, gdzie powietrze było gęste i stęchłe, a jedyne światło pochodziło z pojedynczej, migoczącej pochodni.
– Zostaniesz tu, dopóki nie uznamy, że poznałaś swoje miejsce – powiedziała Maris głosem przesyconym trucizną. Posłała mi ostatni tryumfalny uśmiech, po czym trzasnęła drzwiami. – Pieprzona suka.
Siedem dni minęło w ciemnościach. Moje ciało bolało od zimnej kamiennej podłogi, a głód drapał mnie w żołądku. Jedynym towarzystwem była moja wilczyca, Siena, która próbowała mnie pocieszyć, choć jej własny ból odzwierciedlał mój.
Ale siódmego dnia drzwi się otworzyły. Reya stała tam ze swoją zwykłą pogardą.
– Wstawaj – powiedziała ostro. – Alfa Bram cię wzywa.
Zachwiałam się na nogach, słaba i zdezorientowana. Zaskoczenie przemknęło przeze mnie. Czy w końcu mnie chciał? Ale jej następne słowa były jak chluśnięcie lodowatą wodą.
– Zamierza zaoferować cię Alfie Lucienowi. Wiesz, co to oznacza, prawda? Jego narzeczona nigdy nie przetrwa. Będziesz martwa w ciągu roku. – Uśmiechnęła się przebiegle.
Serce podeszło mi do gardła. – Co? – powiedziałam słabym głosem. – Nie może tego zrobić. Ja... ja... – To było gorsze niż bycie w lochach. Wszyscy wiedzieli o Alfie Lucienie. Był przeklęty, tak jak każdy Alfa w jego rodzinie, i tak bezwzględny, że najpierw zabijał, a potem zadawał pytania.
– Zamknij się! – krzyknęła Reya. Kiedy cofnęłam się pospiesznie, podeszła, pociągnęła mnie brutalnie i wywlekła z lochu. – Ty tępaczko – odparła. – Czy naprawdę myślałaś, że kiedykolwiek będziesz mogła rywalizować z Panią Maris? Teraz patrz, jak ładnie się ciebie pozbyła, przekonując Alfę Brama. Nikt nie chce poślubić Alfy Luciena. Oferując ciebie jemu, zdobędzie jego sojusz dla Alfy Brama. A ty? Będziesz niczym więcej niż rozpłodową samicą dla przeklętego Alfy. Więc to zgrabny mały układ, który pięknie przynosi korzyści obu watahom.






