Rozdział 2
Rhea
Przez większą część wieczoru trzymam się na uboczu, unikając ojca i matki. Gdziekolwiek idą, ja przesuwam się w przeciwnym kierunku. Na przyjęciu jest kilka osób, które obdarzają mnie dziwnym spojrzeniem, kiedy dociera do nich, że jestem odrzutkiem, ale nic do mnie nie mówią.
Może dlatego, że podaję im szampana i są już trochę pijani.
Nie mam pewności, ale cieszę się, że milczą.
Przyjęcie trwa w najlepsze, a z upływem nocy ludzie stają się coraz bardziej odurzeni alkoholem. Śmieją się, tańczą i świetnie się bawią. Alfa Elias również dołącza do zabawy i krąży po sali. Ludzie świętują jego dzień, wznosząc toasty za jego zdrowie i długie życie.
Jest wspaniałym Alfą i mam nadzieję, że będzie przewodził stadu jeszcze przez długi czas. Mimo to, wraz z upływem kolejnych godzin, pragnę tylko wrócić do domu. Cały wieczór spędziłam na nogach, które powoli odmawiają mi posłuszeństwa, mam też dość odbierania tych dziwnych spojrzeń od gości.
Sprawy przybierają nieoczekiwany obrót, kiedy kątem oka dostrzegam ojca. Z kimś rozmawia, choć nie jestem do końca pewna, kto to taki. Zanim mnie jednak zauważa, odwracam się i ruszam pospiesznie na drugą stronę sali balowej.
Ale idąc szybkim krokiem, wpadam na kogoś, szampan z moich rąk wylewa się prosto na mnie, a kieliszki z brzękiem lądują na podłodze. Moje serce gubi uderzenie – w tym jednym, tragicznym momencie.
– Przepraszam – wyrzucam z siebie pospiesznie i zaczynam zbierać szkło.
Kiedy jednak podnoszę wzrok, napotykam najciemniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Nie płonie w nich gniew, nie ma w nich też życzliwości. Są po prostu... puste.
Nie.
To niemożliwe.
A jednak.
– Przepraszam – mamroczę raz jeszcze, cofając się o krok, byle dalej od niego.
On jednak podchodzi bliżej, nie odrywając oczu od mojej twarzy. Jego spojrzenie jest niezwykle przenikliwe, jakby próbował czytać mi w myślach, jakby chciał zajrzeć prosto w moją duszę. Nie potrafię opanować lekkiego drżenia. Coś w nim sprawia, że włosy jeżą mi się na karku, coś sprawia, że mam ochotę po prostu uciec, schować się gdzieś głęboko.
Ale nie mogę.
Robię kolejny krok w tył. Muszę wyjść, muszę uciec gdziekolwiek – gdziekolwiek, byle z dala od niego, od tego mężczyzny. Odwracam się i zanim udaje mi się zrobić następny krok, słyszę jego głęboki, zachrypnięty głos.
– Stój.
Zastygam w bezruchu, a krew ścina mi się w żyłach. Muzyka, głosy, śmiech – wszystko cichnie. Słyszę tylko jego głos, czuję tylko jego obecność, przytłaczającą, groźną. Powoli się odwracam, a mój wzrok błądzi po sali w poszukiwaniu jakiejkolwiek drogi ucieczki.
Nie mogę pozwolić, by mnie złapał, nie mogę pozwolić, by mnie dotknął, nie mogę pozwolić, by cokolwiek mi zrobił.
Mój wzrok pada na Ethel, która stoi niedaleko wejścia do sali balowej. Wygląda na zaskoczoną, a wręcz zdezorientowaną, jednak się nie odzywa.
Reszta obecnych nadal jest zajęta swoimi sprawami. Prawie nikt tu nie patrzy, z wyjątkiem wilka, na którego przed chwilą wpadłam. Chcę stąd wyjść. Boże, powinnam była zostać w kuchni. Powinnam była bardziej walczyć o to, by pracować na zapleczu, a nie w samej sali balowej.
Jego oczy nadal są wbite w moje, jego usta są lekko rozchylone, jakby chciał coś powiedzieć. Ale nic nie mówi. Po prostu się we mnie wpatruje, a wyraz jego twarzy pozostaje nieodgadniony.
Przełykam ślinę z trudem; moje dłonie drżą, a nogi są jak z waty. Nie mogę oddychać, nie mogę mówić, nie mogę nawet wykonać najmniejszego ruchu.
– Przepraszam – kajam się przed nim po raz trzeci. – To był wypadek.
Ethel podbiega do mnie, ratując mnie z tej katastrofy. – Nic się nie stało – mówi do mężczyzny. – Zaraz to posprzątam. Bardzo przepraszam. To się już nie powtórzy. Proszę, niech pan cieszy się resztą wieczoru i wybaczy nam to zajście.
Wilk nie przestaje na mnie patrzeć, nawet gdy Ethel się do niego zwraca. Moja klatka piersiowa unosi się i opada w przyspieszonym rytmie. Nie wiem, co począć. Chcę się po prostu stąd wyrwać. Muszę. Z Ethel stojącą między nami wykorzystuję szansę i wybiegam z sali balowej prosto do łazienek na zapleczu, by doprowadzić się do porządku i zmyć z siebie wylanego szampana.
Czekam przez kilka minut, oparta o ścianę, aż moje serce przestanie tak szaleńczo bić.
Znam tego wilka... wszyscy go znają.
Alfa Aron ze stada BloodClaw. Silny Alfa, potężny wilk i, co najgorsze, ten najbardziej niebezpieczny z nich wszystkich.
Słynie z bezwzględności, okrucieństwa i braku miłosierdzia.
Widziałam go tylko kilka razy, na zdjęciach. Rzadko opuszczał swoje terytorium, a kiedy już to robił, chodziło o sprawy najwyższej wagi. Nigdy bym nie pomyślała, że pojawi się na uroczystości naszego stada, ani że znajdę się z nim w jednym pomieszczeniu.
Widząc go tutaj, we własnej osobie, po prostu trzęsę się ze strachu. Jakby w mojej głowie rozdzwoniły się wszystkie dzwony alarmowe, ostrzegając mnie, abym brała nogi za pas i uciekała. A jednak nie potrafię. Wrosłam w ziemię, a moje serce bije w takim tempie, że aż boję się, że za chwilę eksploduje.
On nie może być moim przeznaczonym.
Nie.
To musi być jakaś pomyłka.
Moja wilczyca milczy, nie odpowiadając nawet wtedy, gdy ją przywołuję. Boi się. Obie się boimy. To się nie może dziać naprawdę. Jak to w ogóle możliwe? Jestem odrzutkiem, a moje szanse na posiadanie partnera były bliskie zeru, lecz w chwili, gdy wpadłam na niego z kieliszkami szampana, od razu poczułam to w kościach.
Kiedy spojrzałam w jego oczy, przez moje ciało przeszedł potężny wstrząs.
Próbuję się uspokoić, powoli wdychając i wydychając powietrze. Bez skutku. Moje myśli pędzą, a serce wciąż łomoce dziko w klatce piersiowej. Zamykam oczy, starając się zablokować obraz jego twarzy, ale to na nic. Za każdym razem, gdy opuszczam powieki, widzę go jeszcze wyraźniej.
Nie.
To niemożliwe.
Drzwi za moimi plecami otwierają się z hukiem, przez co aż podskakuję. Moje serce przyspiesza; zaciskam palce na krawędzi umywalki, walcząc o oddech.
On tu jest.
Nie muszę nawet na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że to on.
Jego zapach jest tak intensywny, tak męski, tak bardzo... należący do Alfy.
Wchodzi do środka i zamyka za sobą drzwi, a ich głuche trzaśnięcie uświadamia mi wszystko, co powinnam wiedzieć. Że jestem zgubiona.






