Rozdział 3
Rhea
Przywieram plecami do marmurowej umywalki, chwytając się jej chłodnej powierzchni, by utrzymać równowagę. Nie mam dokąd pójść, nie mam dokąd uciec.
Łazienka jest mała i ciasna; ledwie starcza w niej miejsca dla dwóch osób.
A on stoi tuż przede mną, patrząc na mnie z góry, z twarzą tak blisko mojej, że na własnych policzkach czuję jego oddech.
– Co ty tutaj robisz? – pytam drżącym głosem.
– Jesteś moją przeznaczoną. – Jego głos jest głęboki, zachrypnięty, wręcz szorstki.
Z trudem przełykam ślinę, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Jego zapach wypełnia powietrze, przyprawiając mnie o zawrót głowy.
– Nie. – Energicznie kręcę głową; ręce mi się trzęsą. – Mylisz się.
– Wcale nie – odpowiada. – Twój zapach.
– Nie wiem, o czym mówisz.
Wyciąga rękę i chwyta mój nadgarstek w swoją dłoń, a jego dotyk dosłownie parzy moją skórę. Dreszcz przebiega mi po kręgosłupie. Próbuję się wyrwać, ale on trzyma mocno, jego uścisk jest nieustępliwy. Nie potrafię się oswobodzić.
– Jesteś moją przeznaczoną – powtarza, jakbym nie usłyszała go za pierwszym razem.
– Błagam – proszę z rozpaczą. – Puść mnie.
Puszcza mój nadgarstek, jednak nadal tkwię w tym samym miejscu. Moje stopy ani drgną; mam wrażenie, że już wcale nie potrafią się poruszyć. Patrzy na mnie tymi pozbawionymi duszy oczami, które zdają się wysysać ze mnie resztki życia.
– Ja wiem, że jesteś moją przeznaczoną i wiem, że ty też zdajesz sobie z tego sprawę. Nie ma sensu temu zaprzeczać. Twój zapach... jest inny niż wszystkie. Przyzywa mnie. Przyzywa mojego wilka.
– Nie wiem, o czym mówisz – znów się wypieram, mimo iż doskonale wiem, że to kłamstwo.
Czuję to.
Każda cząstka mojego ciała to czuje i moja wilczyca również. Ale to po prostu nie może być prawda. Nie mogę tego zaakceptować, chociaż ta prawda jest tuż obok, gapiąc mi się prosto w twarz.
– Okłamujesz mnie.
Odwracam głowę na bok, unikając jego spojrzenia. Boję się, jestem przerażona, ale za nic mu tego nie okażę. Jeśli to zrobię, on tylko użyje tego przeciwko mnie.
– Mam... Mam swoje obowiązki. Proszę. Muszę wracać na przyjęcie, zanim ktoś zauważy moje zniknięcie.
– Boisz się. – Jego głos jest cichy i pełen drwiny; ton sugeruje, że moje cierpienie nie robi na nim najmniejszego wrażenia.
– Oczywiście, że się boję! Jesteś dla mnie zupełnie obcym człowiekiem i osaczyłeś mnie na ciasnej przestrzeni bez jakiejkolwiek drogi ucieczki. Jak mogłabym się nie bać?! – Mój głos staje się głośniejszy, przepełnia go gniew, a w moich słowach uzewnętrzniają się cała frustracja i strach. – Wypuść mnie.
– Wypuszczę – odpowiada krótko. – Gdy tylko przyznasz, że jesteś moją przeznaczoną.
– Nie jestem twoją przeznaczoną – powtarzam z naciskiem. – To niemożliwe.
– Dlaczego nie?
– Ponieważ... ponieważ ty jesteś Alfą, a ja odrzutkiem.
– I co z tego?
– To z tego, że to niemożliwe.
– Wcale n...
Z jego ust ma paść coś jeszcze, lecz przerywa nam wejście Ethel. Wypuszczam powietrze z ulgą, gdy odnajduje mnie w łazience. Na jej twarzy maluje się czyste zdezorientowanie – na mój widok w towarzystwie Alfy innego stada, i to tak potężnego, przez moment nie wie, co powiedzieć.
– Czy wszystko w porządku? – pyta ostrożnym tonem.
– Wszystko w najlepszym porządku – odpowiada Alfa, zanim ja zdążę wykrztusić choć słowo. Patrzy na mnie i cofa się o krok. Gdy między nami powstaje pewien dystans, nareszcie czuję, że władza w nogach wraca. – Właśnie wychodziłem. Wybaczcie.
Bez słowa opuszcza łazienkę, za co jestem mu wdzięczna. Jego pośpieszne wyjście i milczenie uświadamiają mi, że on również nie chce, by ktokolwiek się dowiedział, co daje mi jeszcze wyraźniejszy sygnał, że powinnam zachować to dla siebie i trwać przy zaprzeczeniach.
Mija chwila. Ethel zamyka za sobą drzwi, a następnie przenosi na mnie wzrok. Malujący się na jej twarzy wyraz wyraźnie mówi, że ma do mnie milion pytań.
– Co on tu robił? – pyta cicho. – I dlaczego jesteś taka zadyszana? Co się z tobą dzisiaj dzieje?
– Nic. Ja... ja tylko przyszłam się obmyć i chyba po prostu za mną poszedł.
– Z jakiego powodu?
– Nie mam pojęcia. – Wzruszam ramionami, udając kompletną niewiedzę.
Ethel wie jednak swoje.
– Ja myślę, że doskonale wiesz. – Mruży oczy, przyglądając mi się badawczo. – Czy ty... czy ty zamierzałaś coś z nim zrobić?
– Słucham?
– Owszem, rozumiem atrakcyjność bycia z kimś silnym i potężnym, ale ty jesteś nikim, Rhea. Jesteś odrzutkiem, a tacy mężczyźni po prostu urwą ci głowę i wyrzucą do śmieci. Nawet przez chwilę o tym nie myśl. – Mówi i mówi.
Zrozumienie tego, co sugeruje, zajmuje mi krótką chwilę, ale kiedy już do mnie to dociera, ogarnia mnie czyste obrzydzenie. Ona naprawdę uważa, że zwabiłam Alfę stada BloodClaw do łazienki i robiłam tam z nim Bóg wie co.
– To wcale nie tak. Przyszłam tylko zmyć plamy z munduru, a on wbił za mną w nieznanym mi celu – tłumaczę jej raz po raz, desperacko się broniąc. – Musi mi pani uwierzyć. Nie miałam żadnych ukrytych intencji. Taka nie jestem, nigdy w życiu bym tego nie zrobiła.
Ethel wzdycha i kiwa głową, wierząc mi na słowo. – Dla własnego dobra chyba powinnam cię odesłać do domu. Przyjęcie i tak dobiega powoli końca, powiem reszcie, by zajęła się pozostałymi zadaniami.
– Dziękuję. Przepraszam za to zamieszanie i...
– Wszystko w porządku. Po prostu wróć do domu i odpocznij. – Macha ręką, odprawiając mnie. – Idź już, ruszaj.
Zbieram się w sobie i w końcu opuszczam łazienkę. Zdejmuję mundurek, który wręczyła mi Ethel, po czym bez słowa opuszczam dom stada. Teren na zewnątrz jest wciąż jasno oświetlony; stoi tu kilka osób, które rozmawiają i popijają drinki.
Kiedy ich mijam, odwracają się i wpatrują we mnie, śledząc każdy mój ruch. Czuję się nieswojo, więc przyspieszam kroku, pragnąc uciec od ich oceniających spojrzeń.
Kieruję się do bram głównej siedziby stada i stamtąd ruszam samotnie w stronę domu. Nie jest to długa droga, więc nie mam nic przeciwko małemu spacerowi. Nie potrafię jednak przestać myśleć o wszystkim, co dopiero się wydarzyło.
Mam przeznaczonego.
Mam przeznaczonego, i jest nim Alfa Aron ze stada BloodClaw.






