Rozdział 4
Rhea
Ledwie udaje mi się zmrużyć oko po powrocie do domu, mój umysł wciąż odtwarza wszystko, co się wydarzyło, i moją interakcję z Alfą innego stada.
Kiedy wschodzi słońce, zmuszam się do wstania z łóżka i idę prosto pod prysznic. Gdy gorąca woda spływa po moim ciele, zamykam oczy, próbując oczyścić umysł ze wszystkich dręczących mnie myśli.
Ale nie potrafię.
Przeznaczeni są wyjątkowi i nie można im zaprzeczyć. To więź, którą należy pielęgnować i celebrować, a jednak to ostatnia rzecz, jakiej pragnę. Przez całe życie nawet nie wyobrażałam sobie, że będę czyjąś przeznaczoną. Jako odrzutek, nie sądziłam, że to w ogóle możliwe.
Wszechświat karze mnie za moje istnienie i znalazł sposób, by dać mi za przeznaczonego najniebezpieczniejszego wilka na całym świecie.
Ale dlaczego?
Nigdy go nie chciałam.
Łza spływa po moim policzku, gdy zakładam ubranie i przygotowuję się na nadchodzący dzień. W moim sercu narasta ciężar, głęboki ból, którego nie potrafię wyjaśnić. Z jakiegoś powodu próbuję jednak wmówić sobie, że mogę go zignorować.
Noc dobiegła końca, przyjęcie się skończyło, a ludzie, którzy na nim byli, odeszli, łącznie z moim przeznaczonym. Jest Alfą stada, musi do niego wrócić i ma ważniejsze sprawy na głowie niż przebywanie ze mną.
Jestem pewna, że z czasem o mnie zapomni. Zwłaszcza że nawet nie zna mojego imienia.
Jeśli to zignoruję, wiem, że to zniknie. A potem wszystko wróci do normy. Wciąż będę odrzutkiem i nikt nie będzie się mną przejmował. Nie będę miała przeznaczonego i już nigdy nie będę musiała się o nic martwić.
To miła myśl i przez chwilę pozwalam sobie na nią przystać.
Dopóki Luke nie zrzuca mnie ze schodów, gdy mam wejść do kuchni, by przygotować śniadanie dla mojej rodziny. Moje ramię uderza o podłogę, a ja wydaję z siebie okrzyk bólu.
– Patrz, jak leziesz, idiotko – mówi, a jego głos przepełnia pogarda. – Umiesz w ogóle używać oczu?
Spoglądam na niego, a moje serce zamiera, gdy widzę wyraz jego twarzy. Gniew, obrzydzenie i rozczarowanie. Nie ma w nim współczucia ani troski, ani krztyny litości czy empatii. Widzi we mnie jedynie niedogodność, ciężar, z którym wolałby nie mieć do czynienia.
Przewraca oczami, po czym odchodzi. Jest ode mnie o dwa lata młodszy, ale już nade mną góruje.
Moja mama wychodzi ze swojego pokoju i mnie dostrzega. Szybko staję na nogi, zanim zobaczy mnie na podłodze. Nie potrzebuję kolejnych upokorzeń i reprymendy z jej strony.
– Nawet nie chcę wiedzieć. – Moja matka wzdycha.
Wchodzę do kuchni i zaczynam przygotowywać jedzenie. W domu jest nas tylko czworo. Czasami ciocia Lydia przyjeżdża z nami pomieszkać, ale teraz jest w innym kraju, więc mam do przygotowania nieco mniej jedzenia.
Kiedy kończę, zabieram swoje śniadanie na górę i zostaję w swoim pokoju, dopóki nie nadejdzie czas wyjścia do pracy, co zwykle następuje około dziesiątej.
Kiedy wychodzę z domu, jasne światło słoneczne razi mnie w oczy, więc mrugam kilka razy, próbując przyzwyczaić się do blasku. Wciąż jestem senna i zmęczona, i nie pragnę niczego więcej, jak tylko wczołgać się z powrotem do łóżka i schować pod kołdrą, ale wzięcie dnia wolnego w pracy to jak proszenie się o kłopoty.
Alfa Elias nie toleruje nieobecności. Jeśli nie ma cię na stanowisku, kiedy powinieneś tam być, możesz zostać zwolniony. A jeśli cię zwolnią, lądujesz na bruku. Zwłaszcza ja.
Ethel bywa czasem pobłażliwa, pozwala mi na dłuższe przerwy, jeśli jestem chora lub jeśli dzieje się coś złego, ale Alfa taki nie jest. Jego wymagania są jasne i bezlitosne.
Dwadzieścia minut później przechodzę przez bramę siedziby stada. Teren wokół budynku jest ogromny i zielony. Główny budynek to potężna, biała rezydencja, która wznosi się na wzgórzu. Otaczają ją akry rozległych trawników i ogrodów, w których wojownicy odbywają swoje treningi.
Gdy wchodzę do środka, udaję się prosto do kuchni na tyłach, gdzie znajduję Ethel.
Wydaje się wyczerpana.
– W czymś ci pomóc? – pytam, gotowa zrobić wszystko, czego potrzebuje.
– Mamy tu dziś mnóstwo pracy, Rheo. Przyjęcie trwało dłużej, niż powinno. Przydzieliłam inne dziewczyny do sprzątania sali balowej. Ale śniadanie jest już opóźnione.
Rozglądam się po kuchni, gdzie kucharze przygotowują posiłki. Wygląda na to, że prawie skończyli.
– Mam wszystkich zawołać na posiłek? – pytam.
– Nie. Wysłałam już Tony'ego, żeby się tym zajął – potrząsa głową. – Ale potrzebuję kogoś, kto zaniesie to do gabinetu Alfy. Sama bym poszła, ale po całej nocy i poranku wchodzenia po tych schodach bolą mnie nogi.
– Ja to zaniosę.
Zerkam na starannie ułożoną w kącie kuchni tacę. To kompozycja owoców, pieczywa i kawy. To dodatkowy talerz, taki sam, jaki Ethel zawsze wysyła Alfie. Ma on stały nawyk niejedzenia śniadania, dopóki gospodyni nie poda mu porannej kawy, a Ethel doskonale spełnia tę rolę.
– Dobrze. Wracaj od razu na dół. Muszę dziś z tobą omówić kilka spraw.
– W porządku.
Biorę tacę i ruszam w stronę gabinetu Alfy. Znajduje się on na trzecim piętrze siedziby stada. Pierwsze piętro jest zarezerwowane dla gości, a pokoje na tyłach dla personelu. Na drugim piętrze mieszkają niektóre wyżej postawione wilki ze stada. Trzecie piętro jest zaś przeznaczone wyłącznie dla Alfy i członków jego najbliższej rodziny.
Schodów prowadzących na trzecie piętro pilnuje dwóch dużych, krzepkich mężczyzn, obaj są wojownikami. Kiedy tam docieram, po prostu kiwają do mnie głową i pozwalają mi przejść. Widzieli mnie już tysiące razy wchodzącą i schodzącą po tych schodach.
Biorę głęboki oddech, zanim docieram do gabinetu, którego drzwi są zamknięte.
Rzadko mam okazję spotkać Alfę. Zazwyczaj widuję go z daleka, a Ethel nieczęsto decyduje się wysyłać mnie do niego. Ale zawsze, gdy jestem wzywana, upewniam się, że ani trochę nie przekraczam swoich granic i zawsze robię to, co mi każą.
To z jego rozkazu wciąż żyję i zawsze będę za to wdzięczna.
Pukam dwukrotnie do drzwi.
– Wejdź.
Otwieram drzwi i wchodzę do środka, ze spuszczonym wzrokiem, aż dociera do mnie jego zapach. Dopiero wtedy podnoszę wzrok i nasze spojrzenia się spotykają.
Powinno go już dawno tu nie być. Noc dobiegła końca, przyjęcie się skończyło. Wszyscy goście, którzy przybyli, mieli już odjechać, tak samo jak on.
Ale on nie wyjechał.
Jest tutaj.
Co on tu robi? Co robi, siedząc na krześle po drugiej stronie biurka? Dlaczego tu jest?






