Sierra nie miała pojęcia, co chodziło Evanowi po głowie.
Został na uniwersytecie jako wykładowca, więc jego widok tutaj nie był niczym zaskakującym. Nie przywiązywała do tego większej wagi i po prostu powiedziała chłodnym głosem: „Zmieniłam kierunek. Jestem teraz na wydziale biochemii”.
Gdy tylko skończyła mówić, spojrzenie Evana stało się kpiące i protekcjonalne.
„To świetnie, Sierra! Znowu jesteśmy razem!” – Radosny głos Denise zadźwięczał jej w uszach, sprawiając, że twarz Sierry spochmurniała.
Jej usta zacisnęły się w wąską linię, a ciemne oczy wypełniły się irytacją.
Ani krztyny radości.
Mając do wyboru utknięcie na kierunku, którego nienawidziła, i znoszenie rodzeństwa Xanderów, wybrała to drugie.
Ponieważ potrzebowała laboratorium.
Biorąc głęboki oddech, stłumiła frustrację i odwróciła się do pracownika wydziału odpowiedzialnego za laboratoria.
„Proszę pana, chciałabym złożyć wniosek o dostęp do laboratorium”.
Profesor uśmiechnął się przepraszająco. „Przykro mi, ale nowi studenci nie mogą korzystać z laboratorium. To ze względów bezpieczeństwa”.
„Proszę pana, nie jestem nową studentką. Jeśli sprawdzi pan moje akta, zobaczy pan, że trzy lata temu miałam biochemię jako przedmiot do wyboru”.
Profesor zawahał się, po czym wpisał jej nazwisko.
Po przejrzeniu jej akt wyraz jego twarzy stał się nieco dziwny.
W końcu spojrzał na nią z nutą żalu.
„Sierro, przepraszam, ale nie mogę zatwierdzić twojego wniosku”.
„Dlaczego nie?” Sierra zmarszczyła brwi.
Studiowała już wcześniej biochemię.
W przeszłości wielokrotnie samodzielnie ubiegała się o korzystanie z laboratorium, a jej akta wyraźnie pokazywały, że ma do tego kwalifikacje.
Profesor westchnął. „Przepraszam, ale to niemożliwe. Przynajmniej przez najbliższe trzy miesiące nie będziesz mogła ubiegać się o samodzielne korzystanie z laboratorium”.
Wyraźnie podkreślił słowa „trzy miesiące”.
Twarz Sierry lekko zbladła.
Jak mogła zapomnieć?
Miała przed sobą trzymiesięczny okres nadzoru kuratorskiego.
W tej chwili była chodzącym obciążeniem.
Biorąc pod uwagę wszystkie chemikalia w laboratorium, gdyby tylko kichnęła w niewłaściwy sposób, ludzie uznaliby, że knuje coś niebezpiecznego.
A co po tych trzech miesiącach?
Nawet wtedy jej szanse nie były gwarantowane.
Miała teraz wyrok w papierach.
Gwałtowny spadek od nadziei do rozpaczy nastąpił w mgnieniu oka.
Rozczarowanie malowało się na całej jej twarzy, przyciągając nawet uwagę Evana.
Ale już po sekundzie opanowała się.
Uprzejmie podziękowała profesorowi i odwróciła się, by wyjść.
„Sierra…” – zawołała Denise, ale za nią nie poszła.
Evan nie mógł wyrzucić z pamięci obrazu przelotnego smutku Sierry.
Z jakiegoś powodu to go niepokoiło.
Odwróciła się do Denise i rzucił krótko: „Idź pooglądać wydział. Zaraz wracam”.
Po czym ruszył żwawym krokiem za Sierrą.
Dzięki swoim długim nogom potrzebował zaledwie kilku kroków, by ją dogonić.
„Miałaś biochemię trzy lata temu? Dlaczego nam nie powiedziałaś?”.
Sierra zerknęła na niego.
W jej spojrzeniu nie było sarkazmu, a jednak Evan wciąż odczuwał niewytłumaczalne poczucie winy.
Owszem, wybór kierunku to była ważna sprawa.
A mimo to nikt z nich o tym nie wiedział.
Niejasno kojarzył, że oceny Sierry zawsze były wysokie.
Zmarszczył brwi. „Jaki kierunek chciałaś pierwotnie studiować?”.
Sierra była już i tak w paskudnym nastroju.
A teraz Evan naciskał na jej wszystkie czułe punkty.
W końcu nie mogła już powstrzymać sarkazmu.
„To, co mi się podoba — czy to w ogóle ma znaczenie?”.
Twarz Evana stężała.
Oczywiście, że pamiętał.
Wtedy, gdy „przekonali” Sierrę do zmiany kierunku, nikt nie zapytał jej o zdanie.
Obchodziło ich tylko to, czego chciała Denny.
Zirytowany rosnącym w nim poczuciem winy, Evan przybrał chłodniejszy ton.
„Biochemia to nie jest zajęcie dla dziewczyn”.
I ciągnął dalej: „Nie musisz się zmuszać do studiowania tego tylko po to, żeby się do mnie zbliżyć. Niezależnie od tego, czy będziesz to studiować, czy nie, wciąż jesteś moją siostrą. To fakt biologiczny”.
Nie wierzył, że Sierra naprawdę lubiła biochemię.
Zostawało więc tylko jedno wyjaśnienie — robiła to z jego powodu.
Wtedy wykorzystywała każdą wymówkę, żeby z nim porozmawiać.
Początkowo ją ignorował.
Ale pewnego dnia, gdy w końcu stracił cierpliwość, warknął: „O czym my w ogóle mamy rozmawiać? O transformacjach molekularnych? Kodowaniu genetycznym? Ty w ogóle cokolwiek z tego rozumiesz?”.
Po tym w końcu ucichła.
Pamiętając o tym, postawa Evana nieco złagodniała.
Z wielkopańskim gestem powiedział: „Od teraz nie będę cię już ignorował”.
Jakby wyświadczał jej wielką łaskę.
Sierra prychnęła cicho.
Evan zmarszczył brwi.
„Zachowuj się”.
On już zrobił krok w tył.
Teraz to ona robiła problemy.
Sierra klasnęła w dłonie, patrząc na niego z udawanym nabożeństwem.
„Wow! Mamy rok 3034, a tkwiący w urojeniach bracia tacy jak ty wciąż nie wyginęli? Panie Evan, naprawdę otworzył mi pan oczy”.
Nie planowała się na nim wyżywać.
Ale dzisiaj po prostu wchodził z butami na każdą jej minę.
Owszem, zaczęła studiować biochemię z jego powodu.
Ale została przy niej, ponieważ szczerze ją pokochała.
Nie była już tutaj po to, by kogokolwiek zadowalać.
Żadne z nich na to nie zasługiwało.
Evan nie rozumiał, co oznaczało pojęcie „brata żyjącego w urojeniach”.
Ale sądząc po jej tonie, nie było to nic dobrego.
Jego dotychczasowe opanowanie prysło, ustępując miejsca czystej irytacji.
„Sierra, obyś tego nie pożałowała!”.
Pożałowała?
Nie ma mowy.
Jedyną rzeczą, jakiej kiedykolwiek żałowała, był powrót do rodziny Xanderów i poniżanie się, by zasłużyć na ich miłość.
Sierra nie zadała sobie trudu, by odpowiedzieć.
Odwróciła się i odeszła, zostawiając kipiącego ze złości Evana na miejscu.
Po chwili Evan również odszedł.
Gdy tylko zniknął, zza rogu wyłoniła się jakaś postać.
Mężczyzna był wysoki, ubrany w starannie wyprasowaną koszulę i spodnie.
Nawet w to upalne lato nosił koszulę zapiętą pod samą szyję, co odsłaniało jedynie jego smukłą szyję.
Wyraźnie zarysowana linia szczęki i wąskie usta nadawały mu aurę powściągliwości, a jego prosty, wyrazisty nos emanował elegancją.
Powyżej zza cienkich okularów błyszczała para głębokich, inteligentnych oczu, których bystrość była starannie skrywana.
Kiedy mijał studentów, ci witali go z szacunkiem.
„Panie Yeager!”.
Jonathan Yeager lekko skinął głową.
Nie miał zamiaru podsłuchiwać.
Po prostu przechodził tamtędy, gdy kłótnia przybrała na sile.
Gdyby wyszedł z ukrycia w samym jej środku, byłoby to jeszcze bardziej niezręczne.
Więc został i… cóż, wysłuchał całości.
Nie znał szczegółów ich relacji, ale jedno było jasne.
Ta dziewczyna z pewnością wiedziała, jak zaserwować słowny nokaut.
Kącik jego ust lekko drgnął do góry.
Ale wtedy, przypomniawszy sobie, po co tu dzisiaj przyszedł, jego twarz ponownie spoważniała.
Czy tym razem uda mu się znaleźć Tano?
Minęły trzy lata.
Tano przepadł bez śladu.
Badania tej osoby były przełomowe, wręcz rewolucyjne.
Jonathan przyjął tu nawet posadę wykładowcy w nadziei, że natrafi na jakiś trop.
Ale jak dotąd — nic.
Tymczasem Sierra opuściła uczelnię.
Ponieważ nie mogła korzystać z laboratorium, nie było pośpiechu.
Najpierw chciała odwiedzić swoją babcię.
Trzy lata.
Jak się miewała?
„Słucham? Nie ma jej tutaj?”.
Sierra zmarszczyła brwi.
„Mogłaby pani sprawdzić jeszcze raz?”.
Pielęgniarka pokręciła głową. „W naszym systemie nie ma pacjentki pod tym nazwiskiem. Zgodnie z naszymi rejestrami została wypisana trzy lata temu”.
Sierra wpatrywała się w datę wypisu.
To było zaraz po tym, jak trafiła do więzienia.
Czy to oznaczało, że stan jej babci się poprawił?
Bradley obiecał, że załatwi jej najlepszych lekarzy do operacji.
Zastanowiwszy się przez chwilę, Sierra zatrzymała taksówkę.
Jechała do rezydencji Colemanów.






