languageJęzyk

Rozdział 2

Autor: Aeliana Thorne 5 kwi 2026

– Zatańczysz ze mną? – słyszę w uchu mruczenie głębokiego głosu. Odwracam się i widzę faceta, który obserwował mnie z sekcji VIP. Mój Boże, z bliska jest jeszcze piękniejszy, a jego oczy są tak zielone, bystre i ciekawe, błyszczące jak dwa szmaragdy, jak każdy odcień lasu. Ich blask przypomina mi lato. Odwracam się w jego stronę, zadzierając głowę, żeby na niego spojrzeć. Jest wysoki, ma grubo ponad metr osiemdziesiąt, jasnobrązowe włosy – krótko ścięte po bokach i dłuższe na górze, idealnie ułożone. Aż świerzbią mnie palce, by wyciągnąć rękę i sprawdzić, czy są tak miękkie, na jakie wyglądają. Jego rysy są mocne, wyrzeźbione i niezwykle męskie.

– To był rozkaz czy prośba? – odpowiadam, mrużąc na niego oczy.

Jego miękkie, pełne usta wykrzywiają się w półuśmieszku.

Powoli oblizuje wargi. – Cokolwiek sprawi, że ze mną zatańczysz – przeciąga z pewnością siebie. Ktoś próbuje go wyminąć, więc robi krok bliżej mnie.

Podnoszę wzrok i uśmiecham się do przystojnego nieznajomego, którego silne ramiona oplatają mnie w pasie, przyciągając do siebie. Kołyszemy się razem w rytm muzyki. Jego ruchy idealnie współgrają z moimi, poruszamy się niezwykle płynnie. Potrafi tańczyć. Podoba mi się to. Pochyla głowę, a jego wargi ocierają się o płatek mojego ucha, gdy mówi cicho, a ja zauważalnie drżę na łobuzerski ton jego głosu.

– Jak masz na imię, skarbie?

– Shayla. A ty? – pytam i mogłabym przysiąc, że przez jego przystojną twarz przemknął wyraz zaskoczenia, zanim uśmiechnął się seksownie, a na jego policzkach pojawiły się dwa głębokie dołeczki, przyprawiając mnie o szybsze bicie serca.

Ma dołeczki! Dwa!

– Cole. – Uśmiecham się do niego, a on przesuwa językiem po dolnej wardze i mruży nieco oczy, przypatrując się mojej twarzy. Przez dłuższą chwilę tańczymy razem, podgrzewając atmosferę. Ocieramy się o siebie, a jego dłonie mnie eksplorują. Żar między nami jest potężny, ten sposób, w jaki jego ręce błądzą po moim ciele, ściskając i pieszcząc. Cała reszta po prostu zanika, jakbyśmy byli tu tylko we dwoje. Jego oczy wpatrują się w moje nieruchomo.

– Głodna?

Śmieję się i kiwam głową. – Umieram z głodu. – Uśmiecha się, odgarnia pasmo moich włosów przyklejone do spoconej twarzy i delikatnie zakłada je za ucho.

– Może poszlibyśmy gdzieś coś zjeść? – Kiwam głową bez wahania, a on uśmiecha się szeroko. Biorąc moją dłoń w swoją, znacznie większą, ciągnie mnie przez tłum ludzi. Po drodze do wyjścia udaje mi się złapać wzrok Jo i daję jej gestem znać, że wychodzę. Odmachuje mi z kciukiem uniesionym w górę. Ta dziewczyna jest bardziej nawalona niż ja.

Wreszcie wychodzimy na zewnątrz, a w mojej głowie zaczyna wirować, gdy uderza mnie świeże powietrze. Cole owija mi ramię wokół talii, stabilizując mnie. Podążam za nim, gdy oboje zmierzamy chwiejnym krokiem w stronę srebrnego Rolls-Royce'a Phantoma. Kierowca, starszy pan, otwiera drzwi, a Cole kładzie dłoń na dole moich pleców i wprowadza mnie do środka. Kiedy przesuwam się, by Cole mógł usiąść obok mnie, zapadam się w pluszowych białych skórzanych siedzeniach.

– Wow. Ten samochód jest większy niż moje mieszkanie – stwierdzam z pijackim chichotem, gdy Cole nalewa nam dwa kieliszki szampana.

– Jakie jest twoje stanowisko w sprawie sushi? Znam świetne miejsce. – Mrugam na niego, a on uśmiecha się do mnie czarująco.

– Sushi? – Marszczę nos z niesmakiem. – Kto normalny je sushi po pijaku? – Cole wybucha serdecznym śmiechem. – Słuchaj, uwielbiam sushi tak jak każdy inny, ale nie jestem jedną z tych dziewczyn, które jedzą pretensjonalne gówno w stylu kawioru i popijają Cristal. Nie wyobrażam sobie nic gorszego, zwłaszcza teraz. – Wychylam się i klepię kierowcę w ramię. Zerka na mnie przez lusterko wsteczne. – Zabierz nas na Old Street, proszę, dobry człowieku. – Mężczyzna chichocze i kiwa głową.

– Tak jest, proszę pani.

Chichoczę. – Proszę pani? Co ja mam, pięćdziesiąt lat?

Cole pociąga mnie z powrotem i przesuwa się tak, by móc mi się lepiej przyjrzeć. – Co jest na Old Street? – Posyłam mu łobuzerski uśmiech i dopijam swojego drinka.

– Najlepsze jedzenie na świecie! Bez urazy, ale wyglądasz mi na jedno z tych nadętych, bogatych dzieciaków, które myślą, że udana noc to sączenie Dom Pérignon i przeżuwanie rybich dzieci. Pokażę ci noc, którą będziesz pamiętał, kiedy będziesz siedział w bujanym fotelu w wieku osiemdziesięciu lat, panie Cole.

Cole chichocze i przygryza wargę, a jego zielone oczy błyszczą radośnie. – Och? I czy będziesz wtedy siedziała obok mnie w tym bujanym fotelu? – przeciąga, przesuwając kciukiem wzdłuż mojej linii szczęki.

– To zależy... – szepczę, uśmiechając się, gdy wsuwa palce w moje włosy. – Od czego? – odszepsuje, a jego wzrok zsuwa się na moje usta, po czym znów napotyka moje spojrzenie.

– Będziesz musiał się ze mną ożenić, żeby się przekonać – droczę się, a on zaczyna się śmiać, po czym przyciąga moje wargi do swoich i całuje mnie delikatnie. Jęczę, gdy jego język przesuwa się po mojej dolnej wardze, cicho prosząc o dostęp, którego z radością mu udzielam; rozchylając usta, odnajduje mój język i fachowo pogłębia pocałunek. Jeśli wcześniej mój umysł był zamglony, po jego pocałunku zamienia się w całkowitą papkę. Jak na pierwszy pocałunek, ten trafia na sam szczyt mojej listy.

Większą połowę podróży samochodem spędziliśmy na całowaniu się, dopóki kierowca nie powiadomił nas, że dotarliśmy na miejsce. – Co to za miejsce? – pyta, gdy ciągnę go do wejścia „The Breakfast Bar”.

– Och, ty biedne, biedne dziecko. Nie żyłeś, dopóki nie zjadłeś ich naleśników – mówię, gdy siadamy, a on zagląda do menu. Wyrywam mu kartę z rąk, a on patrzy na mnie ze zdumieniem. – To ci nie będzie potrzebne – informuję go, a on się uśmiecha i kręci głową. – Poprosimy dużą porcję naleśników do podziału i dwie słone, karmelowe latte – zamawiam, a kelnerka uśmiecha się, po czym zabiera menu i znika.

Dwadzieścia minut później Cole zlizuje resztki z widelca i opada na oparcie krzesła z pełnym zachwytu jękiem. – Mój Boże, to było niebo na talerzu. – Kiwam głową z triumfem, przeżuwając swój ostatni kęs naleśników.

– Mmm, no nie? – jęczę, zlizując śmietanę z palca. – Podziękujesz mi później – mówię z puszczeniem oka, a Cole uśmiecha się szeroko. Wyciąga rękę i chwyta moją prawą dłoń w swoją, wpatrując się głęboko w moje oczy przez długą chwilę.

– Jesteś kompletnym przeciwieństwem tego, do czego przywykłem, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek bawił się tak dobrze z kimś, kogo dopiero poznałem. Nigdy. – Zapewnia, delikatnie gładząc palcami moje knykcie. Czuję, jak moje policzki płoną pod jego spojrzeniem i uciekam wzrokiem do swojej filiżanki z kawą.

Reszta nocy mija mi jak przez mgłę. Wypiliśmy jeszcze parę koktajli z shotami, zanim jakimś cudem wylądowaliśmy na prywatnym pasie startowym. Wychodzimy z prywatnego odrzutowca, śmiejąc się do rozpuku. Przez cały lot graliśmy w alkoholową grę, co nie było dobrym pomysłem. – Vegas, mała! – bełkoczę, unosząc ręce w górę i prawie tracąc równowagę. Rozglądam się po ciemnym pasie startowym i nadymałam wargi. – Czekaj. Nie ma tu kapliczki?

Słyszę, jak Cole śmieje się za mną, po czym obejmuje mnie ramieniem za szyję od tyłu i całuje w policzek. – Nie możemy wylądować na środku Vegas Strip, skarbie – mruczy pijanym głosem. – Musimy tam podjechać.

Chichoczę. – Oki! Kierowca! Zabierz nas do Evlisa na ślub – bełkoczę półprzytomnie. Cole i ja wtaczamy się na tył czarnej limuzyny i ruszamy w stronę Las Vegas Strip. Wydaje mi się, że przez jakiś czas uprawialiśmy hazard, piliśmy pyszne koktajle, a ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, było to, jak Cole wynosił mnie z kaplicy, całując się ze mną jak para napalonych nastolatków.

Wiele godzin później wiercę się przez sen, z oślepiającym słońcem świecącym mi prosto w twarz. Jęczę i przewracam się na drugi bok, wtulając twarz w pluszowe poduszki. – Mmm, takie miękkie – wtulam się głębiej w poduszki, aż nagle przypominam sobie, że przecież nie mam pluszowych, miękkich poduszek. Moja poduszka jest twarda i wyboista. Rozklejam oczy i jęczę z powodu nagłego bólu głowy.

Auć, wody... potrzebuję wody i prawdopodobnie nowego mózgu.

Zmuszam oczy do otwarcia, mrugam i patrzę w sufit. Marszczę brwi, gdy widzę własne odbicie, spoglądające na mnie w łóżku, nagie i owinięte prześcieradłem.

Co na zielonej ziemi Boga...

Siadam na łóżku i kiedy wreszcie zaczynam przyswajać otoczenie, nagle mnie to uderza. Nie jestem w swojej sypialni. Jestem naga w dziwnym miejscu, z kacem, który z pewnością zaraz wpędzi mnie do wczesnego grobu. Podnoszę prześcieradło i gapię się na moje w pełni nagie ciało pod spodem. Tak, zdecydowanie jestem naga. Jęczę i zasłaniam twarz ręką, zamierając, gdy czuję coś zimnego i twardego przyciśniętego do mojego nosa. Powoli cofam rękę i wpatruję się w ogromny diamentowy pierścionek tkwiący na moim palcu.

Co do kurwy... Owijam prześcieradło wokół ciała, gramoląc się z łóżka, i ogarniam wzrokiem ubrania porozrzucane chaotycznie po całym pokoju. W głowie mi wiruje. – O mój Boże, gdzie ja do diabła jestem? – Podnoszę z podłogi czarną koszulę, przyglądam się jej i upuszczam z powrotem. Podchodzę do okna i wyglądam na zewnątrz, osłaniając oczy przed jaskrawością porannego słońca. – To nie jest Londyn.

– Dzień dobry – podskakuję z piskiem i obracam się na pięcie, słysząc za sobą głęboki głos. Patrzę na wpół nagiego mężczyznę, stojącego przede mną w bokserkach od Diora. Owijam się szczelniej prześcieradłem, przyciskając się plecami do okna. – Wreszcie wstałaś.

– O, dobry Boże – mruczę zszokowana, a on krzywi się, ostrożnie rozcierając czoło. Wygląda równie marnie, jak ja się czuję, mimo że to niezwykle piękny mężczyzna. Pośrodku mojego mini ataku paniki, rozpaczliwie staram się nie myśleć o tym, jak koszmarnie muszę teraz dla niego wyglądać. Moje włosy są rozczochrane, wczorajszy makijaż jest rozmazany, oczy mam zaczerwienione, a usta wciąż mają czerwonawy odcień od szminki, którą miałam na sobie.

– Prawdę mówiąc, po prostu Cole.

– Cole. Gdzie my do cholery jesteśmy?

– W Vegas, o ile się nie mylę...

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 2: Rozdział 2 - Przebudzona jako żona prezesa | StoriesNook