Och, słodki Jezu.
Ból głowy wybudza mnie z mojego nader spokojnego snu: to i wyraźny zapach kokosa oraz marakui. Poruszam się, by przekręcić się na bok, i marszczę brwi, czując ciężar na swojej klatce piersiowej. Zmuszam się do otwarcia oczu i krzywię pod wpływem oślepiającego blasku słońca padającego na moją twarz. Zerkam w dół na burzę jedwabistych brązowych włosów i łapię kolejny powiew tej kokosowo-marakujowej mieszanki. To ona. Odchylam głowę na bok i przypatruję się twarzy dziewczyny, która właśnie wyleguje się na mojej klatce piersiowej. Nieźle. Budziłem się z gorszymi. Jej usta są miękkie i różowe, ma długie ciemne rzęsy i idealnie wyprofilowane brwi.
Co do diabła wydarzyło się zeszłej nocy? Nie pamiętam absolutnie niczego. Kim jest ta dziewczyna? Delikatnie odsuwam jej ramię ze swojej piersi, rozplątuję nasze nogi, a ona jęczy, gdy zsuwam ją z siebie. Wtula się w poduszkę z westchnieniem. Pozwalam swoim oczom powędrować po jej nagim ciele, do połowy owiniętym w pościel, podczas gdy ona leży rozciągnięta na brzuchu ze swoimi długimi, ciemnymi włosami rozsypanymi na poduszce. Przyglądam się jej twarzy z bliska i marszczę brwi. Nie, nie pamiętam ani jednej pieprzonej rzeczy. Całkowite odcięcie. Rozglądam się po pokoju. Nasze ubrania są porozrzucane bez ładu i składu po marmurowej podłodze. Gdzie my, kurwa, jesteśmy? Wciągam bokserki i podchodzę do okna. Dlaczego ten widok wydaje się taki znajomy? Zaraz. Czy ja jestem w pieprzonym Vegas? Przecieram twarz dłońmi i raz jeszcze patrzę na krajobraz przed sobą. O tak, zdecydowanie jestem w Vegas. Podnoszę swoje dżinsy z podłogi i wpycham ręce do kieszeni z nadzieją, że znajdę tam jakąś wskazówkę, co się tu, do cholery, odjebało. Wyciągam z tylnej kieszeni kawałek papieru wraz ze swoim paszportem i go rozkładam. Jest wilgotny – w sumie, jak o tym pomyśleć, dżinsy też.
„Akt Małżeństwa”.
Przez dłuższą chwilę tępo gapię się na te słowa. Nie ma kurwa mowy. Nie poszedłem i nie wziąłem ślubu z jakąś przypadkową dziewczyną. Czytam resztę dokumentu i rzucam przekleństwem. O kurwa. „Małżeństwo Tristana Cole'a Houlta i Shayli Hart”.
Gdyby certyfikat nie był wystarczającym dowodem, mam jeszcze złotą obrączkę na palcu. Przysuwam się bliżej i patrzę na dziewczynę w łóżku – ona również ma na palcu diamentowy pierścionek. Wzięliśmy ślub. Polecieliśmy do Vegas i się pobraliśmy.
– Kurwa. – Znajduję swój telefon na stoliku przy łóżku i wychodzę z pokoju. Muszę zadzwonić do mojego prawnika. Mam nadzieję – nie, modlę się, by to małżeństwo nie było legalne.
– Panie Hoult? – z drugiego końca dobiega zaspany głos Franca, mojego prawnika. Jasne, różnica czasu, tam pewnie są wczesne godziny poranne. – Wszystko w porządku?
– Franc, przepraszam, że cię budzę. Czy ślub w Vegas jest prawnie wiążący?
– Posiada pan akt małżeństwa? – odpowiada. Robię zdjęcie certyfikatu i mu je wysyłam.
– Mam coś, co wygląda jak akt małżeństwa. Właśnie wysłałem ci zdjęcie. Rzuć na to okiem.
Słyszę, jak po drugiej stronie grzebie w telefonie. – No cóż, tak, to oficjalny dokument, więc jest to legalne, panie Hoult – oznajmia, a moje serce opada mi na samo dno żołądka. Wpatruję się w akt w mojej dłoni i wzdycham.
– Jezu Chryste. Nie pamiętam absolutnie niczego od momentu, gdy wyszliśmy z klubu. Mam kompletną pustkę w głowie. Z pewnością musi istnieć jakaś luka prawna, która mnie z tego wyciągnie? Proszę cię, znajdź ją.
– Zajmę się tym. Postaramy się o anulowanie małżeństwa na podstawie tego, że oboje byliście pod wpływem alkoholu – mówi, a ja kiwam głową, krążąc w te i wewte.
– Świetnie. Informuj mnie na bieżąco – mówię i kończę połączenie. Coś ty sobie, kurwa, myślał, żeniąc się z dziewczyną, której nawet nie znasz, ty absolutny idioto. To do mnie kompletnie niepodobne. Nie piję aż tyle. Nigdy. Szlag, nawet nie wychodzę na imprezy. Moje życie kręci się wokół pracy, a kiedy w końcu mam czas, by rozładować napięcie, piję kilka szklaneczek whisky i wychodzę z tą dziewczyną, która tamtej nocy wpadnie mi w oko. Nie, to lekkomyślne i nieodpowiedzialne – dwie rzeczy, którymi na pewno nie jestem. Nigdy nie upiłem się do tego stopnia, by urwał mi się film i bym stracił pamięć.
Odwracam się, słysząc kroki w drugim pokoju. Widzę, jak Shayla wędruje po jadalni apartamentu z prześcieradłem owiniętym wokół ciała. Na jej twarzy maluje się przerażenie, gdy próbuje odnaleźć się w nowym otoczeniu. Pierwszą rzeczą, jaką w niej zauważam, są jej oczy – o ton ciemniejsze od moich. Niemal oliwkowozielone, oprawione w długie, ciemne rzęsy, ale nie takie sztuczne, jak noszą dziewczyny; jej były naturalne. Jej włosy są lśniące i długie, kaskadami opadają na plecy w luźnych, plażowych falach, choć są lekko potargane po nocy dzikiego seksu.
Podchodzę do niej od tyłu i opieram się o futrynę drzwi, podczas gdy ona patrzy przez okno sięgające od podłogi do sufitu. – Dzień dobry – witam się, a ona podskakuje ze strachu, wydaje z siebie cichy pisk i odwraca się w moją stronę. Jej oczy, szeroko otwarte i zdezorientowane, omiatają mój nagi tors i wracają z powrotem na moją twarz. – Wreszcie się obudziłaś.
– Kim ty jesteś? – pyta, cofając się pod same okno. Biorę łyk kawy i oblizuję wargi. Wciąż nieprzyjemnie pulsowało mi w głowie, a sądząc po tym, jak rozmasowywała swoją, zakładałem, że nie czuje się dużo lepiej.
– Jestem Cole – przedstawiam się, a ona mruga wpatrując się we mnie, gdy podchodzę bliżej. Odwraca wzrok i obejmuje się ramionami, jakby chciała osłonić się przed moim wścibskim spojrzeniem; jej palce mocno zaciskają się na pościeli.
– Em, gdzie my jesteśmy? – pyta, rozglądając się po apartamencie.
– W Vegas, o ile się nie mylę.
Oczy Shayli rozszerzają się, gdy gapi się na mnie bez mrugnięcia okiem przez dobrą minutę. Kręci głową i marszczy głęboko brwi.
– W Vegas? – rzuca z niedowierzaniem, a ja kiwam głową w odpowiedzi. – Co my do cholery robimy w Vegas?
Wzruszam ramionami. – Zabij mnie, nie wiem. Nie pamiętam absolutnie nic z wczorajszej nocy. Jedyne, co sobie przypominam, to wyjście z klubu z jakąś dziewczyną. Potem mam czarną dziurę. Ty cokolwiek pamiętasz?
Kręci głową. – Nie, n-nie, niczego nie pamiętam. Byłam absurdalnie pijana. Nawet nie kojarzę, że cię poznałam – tłumaczy, nerwowo przygryzając wargę. Odrywa ode mnie wzrok i przeczesuje smukłymi palcami swoje miękkie włosy. – Em, dlaczego mam na palcu pierścionek?
Pocieram kark, po czym podnoszę dłoń i pokazuję jej obrączkę. Jej mina rzednie. Patrzy na pierścionek na swojej dłoni, a potem znowu na mnie. – Nie, powiedz mi, że tego nie zrobiliśmy. Wzięliśmy ślub? – Kiwam głową, a ona blednie. – Jakim cudem to się stało? Jak przeszliśmy z klubu w Londynie do wzięcia ślubu w Las Vegas?!
Jęczę, gdy przeszywający ból uderza w moją czaszkę pod wpływem głośności jej głosu. – Kurwa, przycisz trochę, skarbie; mój mózg zaraz wyleci mi przez tyłek. – Wzdycham, rozcierając skronie. – Szczerze? Nie mam pojęcia, jak to się stało, ani jak tu trafiliśmy, okej? Nie planowałem urżnąć się w trupa i poślubić jakiejś nieznajomej, którą spotkałem w klubie.
Shayla patrzy na mnie spode łba. – Och, no to dobrze się składa, że tego nie planowałeś. Wyobraź sobie, co by się stało, gdyby było inaczej! Poza tym, nie jesteś w moim typie. – Teraz to moja kolej na piorunujące spojrzenie. Czy ta dziewczyna mówi poważnie? Nie ma zielonego pojęcia, kim jestem. Nigdy nie spotkałem dziewczyny, w której typie bym nie był.
– Ach, tak uważasz? Zeszłej nocy cholernie wyglądało na to, że jestem w twoim typie – zauważam, a jej oczy zwężają się w szparki i robi krok w moją stronę.






