Podskakuję rozbudzona, słysząc, jak mój alarm ćwierka na szafce nocnej obok mnie. Wyciągam rękę i po omacku szukam telefonu; wciąż z zamkniętymi oczami udaje mi się go znaleźć i włączyć drzemkę. Ach, cisza. Właśnie mam znowu zasnąć, kiedy przypominam sobie, że to mój pierwszy dzień w nowej pracy. Wyskakuję z łóżka z podekscytowaniem. Była za kwadrans ósma, a ja musiałam być na miejscu o dziewiątej. Zadowolona, że mam dość czasu, wlekę się do łazienki, by wziąć prysznic i się przygotować.
Szczotkując zęby, gapię się na swoje odbicie w lustrze. Przekrwione z braku snu oczy po weekendzie ostrego picia sprawiały, że wyglądałam jak coś rodem z „Nocy żywych trupów”. Po gorącym, parującym prysznicu i dwóch kubkach mocnej kawy czułam się trochę lepiej. Próbowałam przekonać samą siebie, że to trzepotanie w brzuchu to wcale nie nerwy. Dlaczego miałabym być zdenerwowana? Mogłabym wykonywać tę pracę z zamkniętymi oczami. Ugh, na samą myśl o pracy w moim żołądku znów eksplodują motyle.
Nakładałam tusz na rzęsy, kiedy drzwi od mojej sypialni otwierają się z hukiem, a do środka wpada Jo, ciągnąc za sobą Aimee. Podskakuję na tę nagłą inwazję i rozmazuję tusz na całej powiece, niszcząc cienie, na których blendowanie poświęciłam dobre dziesięć minut.
– Gdzie w siedmiu królestwach PIEKŁA ty byłaś?! – drze się Jo, wpatrując się we mnie z wybałuszonymi oczami, a jej włosy wciąż są potargane po śnie.
– Shayla, odchodziłyśmy od zmysłów! Myślałyśmy, że stało ci się coś strasznego! – gani mnie Aimee.
– Jezu Chryste, śmiertelnie mnie wystraszyłyście. I zniszczyłyście mi makijaż! – zrzędzę zirytowana, sięgając po patyczek kosmetyczny, żeby usunąć czarną plamę z powieki.
– Pieprz tusz! Gdzie ty kurwa byłaś przez cały weekend? Myślałyśmy, że przyprowadziłaś do mieszkania tego przystojniaka, z którym wyszłaś, ale wcale cię nie było – wyjaśnia Aimee, podchodząc, by usiąść na moim łóżku. – Potem pomyślałyśmy, że może pojechaliście do niego i że wrócisz w sobotę, ale wcale się nie zjawiłaś, a twój telefon był wyłączony.
– Czy ty w ogóle masz pojęcie, jak bardzo się bałyśmy, że leżysz w jakimś rowie twarzą w dół? – dodaje Jo, opierając ręce na biodrach, żeby podkreślić swoją frustrację.
– Powinnyście o tym pomyśleć, zanim pozwoliłyście mi wyjść z nieznajomym. O czym wy u diabła myślałyście, pozwalając mi odejść z jakimś przypadkowym typem?
– Wyglądaliście, jakbyście na siebie lecieli, a on był gorący, więc uznałyśmy, że poszliście na małe bzykanko – mówi Aimee ze wzruszeniem ramion i uśmieszkiem. – A tak przy okazji, jak poszło bzykanko? Musiało być nieźle, skoro nie wypuścił cię przez cały weekend.
– O mój Boże! – Biorę pędzel i rzucam w nią, ale robi zręczny unik i uśmiecha się szeroko, zadowolona z siebie. – Wiecie, dlaczego nie wróciłam w sobotę. Pozwólcie, że wam wyjaśnię: ponieważ byłam w Vegas.
– W Vegas? – mówią chórem, a ja potakuję. – Takim jak w Las Vegas...
– Tak! W Vegas, tak jak w Nevadzie, w Las Vegas! – Jo przenosi wzrok na Aimee, która gapi się na mnie z otwartą buzią. – Nie pamiętam absolutnie niczego. Byłam tak pijana, że jakimś cudem wylądowałam w prywatnym odrzutowcu lecącym do pieprzonych Stanów.
– Z tym kolesiem? – pyta Jo z oniemiałym wyrazem twarzy.
– Tak, z tym kolesiem – rzucam, wciągając koronkowy, czarny top. – Ale to jeszcze nie jest najgorsze, o nie, robi się coraz lepiej. Wzięliśmy ślub, którego udzielił nam Elvis. Tak legalnie.
Cisza.
Gapią się na mnie. – Ty... ty wzięłaś ślub? – bełkocze Jo, kręcąc głową. Kiwam głową i nakładam szminkę.
– Więc, chwileczkę, zobaczmy, czy dobrze zrozumiałam. Poznałaś w klubie przystojnego faceta, który zabrał cię swoim prywatnym odrzutowcem do Las Vegas i się z tobą ożenił? – Kiwam głową, a ona chichocze w odpowiedzi i drapie się w nos. – Powiedz, że chociaż poszłaś z nim do łóżka?
– Aimee! – wykrzykuję, wywracając oczami, i rzucam w nią butelką bazy pod makijaż; kobieta pada na łóżko i śmieje się do rozpuku.
– Shayla. Kim jest ten facet? – pyta Jo, a ja wzruszam ramionami. Biorę jego wizytówkę ze stołu i wręczam jej.
– Nie wiem, kim on jest. Znam tylko jego imię: Tristan Cole coś tam.
Jo gapi się na wizytówkę, a jej oczy stają się ogromne. – O, mój, Boże. Shayla... – wzdycha, patrząc na kartę w dłoni, po czym spogląda na mnie. – Tristan Cole Hoult! Za niego wyszłaś?
– Nie ma kurwa mowy! – ryczy Aimee, zrywając się na równe nogi, i wyrywa wizytówkę z ręki Jo. – Wiedziałam, że skądś go kojarzę! O mój boże. Shay, czy masz w ogóle pojęcie, kim jest ten facet?
Wzruszam ramionami i kręcę głową, wpatrując się w obie z rozbawieniem i dezorientacją. – Nie, a powinnam?
– Um, tak! – krzyczą obie naraz, aż podskakuję.
– Ty ze wszystkich ludzi na świecie powinnaś to wiedzieć, Shayla! Jest uznanym architektem i w dodatku miliarderem! Jest najseksowniejszym i najbardziej pożądanym dyrektorem generalnym w kraju. Spójrz, to on, prawda? – Pokazuje mi zdjęcie w telefonie, a ja potakuję.
Marszczę brwi i przenoszę wzrok z jednej na drugą. Głowa znów zaczyna mnie boleć. Właśnie dlatego wydawał mi się znajomy. Widziałam go w czasopismach. O kurde. – Tak, to on.
– O mój Boże, ty szczęściaro! – Aimee wskakuje na moje łóżko. – Nie tylko z nim spałaś, ale też wyszłaś za miliardera, Shayla! – Wywracam oczami i podnoszę marynarkę. – Nie mogę w to uwierzyć.
– Jezu. Nie dam rady z wami dwiema. Muszę iść do pracy. Nie chcę się spóźnić w swój pierwszy dzień.
– Nie idź. Jesteś teraz bogata – podśpiewuje Aimee, skacząc po moim łóżku i tańcząc.
– Aimee, złaź mi z mojego cholernego łóżka! Dopiero co je pościeliłam. – Łapię ją za nogę, pociągam, a ona traci równowagę i stacza się z materaca.
– Auć. Chyba złamałaś mi tyłek. – Dąsa się, delikatnie pocierając swoje pośladki.
– Muszę lecieć. I tak jestem już spóźniona. Pościel mi to cholerne łóżko. – mówię, rzucając w nią poduszką i wychodząc z sypialni.
– Tak jest, pani Hoult – woła Aimee i chichocze, gdy pokazuję jej środkowy palec, kierując się do drzwi wejściowych. Nie potrafię teraz nawet myśleć o tym całym fiasku z Colem. W głowie mam wielki zamęt i jestem prawie pewna, że wciąż jestem trochę wstawiona. Muszę skupić się na karierze, jeśli kiedykolwiek chcę zostać architektem. Obecnie ledwo pamiętam, jak przeliterować własne imię. Nigdy więcej nie piję.
Docieram do pracy na pięć minut przed czasem. Błagam, nie pytajcie mnie, jak szybko jechałam, żeby zdążyć, bo spodziewam się pocztą sporej dawki mandatów za przekroczenie prędkości.
– Shayla. – Obracam się na dźwięk swojego imienia i widzę dziewczynę, która witała mnie podczas mojej ostatniej wizyty. Myślę, że miała na imię Heather.
– Jestem Heather. Jeśli jesteś gotowa, najpierw cię oprowadzę, a potem przejrzymy harmonogram pana Houlta na dzisiejszy dzień.
– Tak, oczywiście. Brzmi super. – Idę za nią przez szklane drzwi. Przechodzimy przez biuro na otwartym planie z kilkoma fikuśnymi boksami, nowoczesnymi komputerami wyposażonymi w dwa monitory służące do tworzenia projektów.
– To jest twoje biurko, a gdzie znajduje się biuro pana Houlta, już wiesz. – Potakuję uśmiechając się; moje oczy chłoną biuro, podczas gdy ona wciąż i wciąż nawija na temat jego harmonogramu. – Jest bardzo pedantyczny i lubi, gdy pewne rzeczy są zrobione w określony sposób. Na przykład: pije czarną kawę z odtłuszczonym mlekiem na boku, musi czekać na jego biurku o za kwadrans ósma. Zawsze o ósmej rano religijnie zjada bajgla z sezamem, wędzonym łososiem i beztłuszczowym serkiem śmietankowym.
– Zrozumiałam.
– Znakomicie. Mała pomocna rada: on bardzo dużo pracuje, właściwie przez całą dobę. Więc często bywa zrzędliwy, bo jest zmęczony. Jeśli widzisz, jak rozluźnia krawat i rozciera skronie, oznacza to, że jest wściekły, więc omijaj go szerokim łukiem, chyba że cię wezwie. Jeśli to zrobi – nie odzywaj się. Odkryłam, że potakiwanie pomaga. Nie wchodź do jego biura bez pukania; poczekaj, aż gestem zaprosi cię do środka. Zrozumiano?
Zerkam na puste biuro i głośno przełykam ślinę. O rany, ten facet brzmi jak niezły przypadek. Praca dla niego z pewnością zapowiada się na jazdę bez trzymanki. Podążam za Heather z powrotem na otwartą przestrzeń biura. – No cóż, myślę, że złapałaś istotę tej pracy. Jestem pewna, że będziecie się świetnie dogadywać. Za chwilę powinien wyjść ze spotkania, a wtedy będziemy mogły pójść i was zapoznać – wyjaśnia Heather, gdy zmierzamy w stronę aneksu kuchennego, gdzie stoją ekspresy do kawy, lodówki wyładowane napojami oraz półki pełne przekąsek. Przynajmniej dbają o swoich pracowników.
Rozkoszowałam się swoją karmelową latte, obserwując ludzi, kiedy nadeszła radosna Heather. – Wyszedł ze spotkania. Chodźmy, zapoznamy was ze sobą. – Potakuję i idę za nią przez biuro w kierunku gabinetu dyrektora. Naprawdę dezorientowało mnie to, za każdym razem, gdy powtarzała słowo „zapoznamy”, jakbym nie poznała go na rozmowie kwalifikacyjnej. Może zapomniała.
Wchodzimy do biura, w którym odbyłam rozmowę ze srebrnym lisem. Mój wzrok przykuł obraz na ścianie. Właśnie go podziwiałam, gdy ledwie dosłyszałam, jak Heather wymawia moje nazwisko. – Panie Hoult, to jest pańska nowa asystentka, Shayla. – Odwracam się i patrzę na niego. Najpierw spotykają się nasze oczy. Pozwalam mojemu spojrzeniu powędrować wzdłuż jego ciała, a serce opada mi na samo dno żołądka.
– Ty.






