Izzy zamarła, a jej ciało odmówiło posłuszeństwa, podczas gdy umysł próbował przetworzyć to, co właśnie usłyszała. Ten dźwięk — nie pochodził z muzyki. Był prawdziwy, dobiegał z jego sypialni. „Nie, to nie może być prawda”, pomyślała, a fala niedowierzania zalała jej umysł. Może coś sobie wyobrażała. Może stres ostatnich kilku tygodni wreszcie dawał o sobie znać. Być może to napięcie związane z robieniem tych wszystkich projektów w ciągu miesiąca.
To musiało być tylko w jej głowie.
Ostrożnymi, niemal drżącymi krokami ruszyła w górę po schodach. Kiedy dotarła na szczyt, chichot stał się wyraźniejszy, zmieszany z cichym mruczeniem głosów. Serce Izzy zamarło, gdy usłyszała głos Calena — łagodny, intymny, nie do pomylenia z żadnym innym.
Podeszła bliżej, dłoń zaciskała się na poręczy tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. Puls dudnił jej w uszach, ale poruszała się bezszelestnie. Drzwi sypialni były lekko uchylone, i przez tę szczelinę go zobaczyła.
Calen tam był, leżał w łóżku, z ramionami oplatającymi inną kobietę. Ona się śmiała, opierając głowę na jego klatce piersiowej, a jej dłoń kreśliła leniwe koła na jego skórze. Ciało Izzy całkowicie zlodowaciało. Nie mogła złapać tchu.
Jej ręka zaczęła niekontrolowanie drżeć, a palce spazmatycznie drgały u boku, gdy próbowała zacisnąć je w pięść. Zwarła je mocno, wbijając paznokcie we wnętrze dłoni. To była jedyna rzecz, która trzymała ją w tej chwili w rzeczywistości, jedyny sposób, by powstrzymać się przed całkowitym załamaniem. Jej wzrok był przykuty do rozgrywającej się przed nią sceny; nie mogła uwierzyć w to, co widzi.
Tam, w ramionach Calena, była Monica. Jej własna kuzynka. Kobieta, której głos był teraz przesiąknięty tą przyprawiającą o mdłości słodyczą, którą Izzy aż nazbyt dobrze znała. – Wysłanie jej stąd było najlepszą decyzją pod słońcem – gruchała Monica, a jej słowa sączyły się do uszu Izzy niczym trucizna. – Gdyby Izzy tu była, zrujnowałaby dziś wieczorem wszystko.
Żołądek Izzy gwałtownie się skurczył na dźwięk jej własnego imienia, a żółć podeszła jej do gardła. Zrujnowałaby co? O czym oni, do cholery, mówili?
– Monica, przestań – mruknął Calen, a jego ton był bez przekonania, jakby jej słowa były jedynie drobną niedogodnością. Nie odpychał jej; nie był zły. Izzy poczuła, jak ogarnia ją fala mdłości, gdy uświadomiła sobie, że to nie był jakiś pijacki błąd. Calen nie wyglądał na pijanego, podobnie jak jej kuzynka.
Monica wydęła wargi, powoli przesuwając palcami w dół klatki piersiowej Calena, ociągając się, jakby wyzywała go do tego, by ją powstrzymał. – Och, nie udawaj, że ci się to nie podoba – droczyła się z nim. – Posiadanie dwóch kobiet, które za tobą szaleją, musi być całkiem przyjemne, co? – Uśmiechnęła się łobuzersko, a jej oczy błyszczały psotnie. – Więc dlaczego po prostu się do tego nie przyznasz i wreszcie jednej nie wybierzesz?
Zanim Calen zdążył odpowiedzieć, Monica nagle przerzuciła nad nim nogę, jednym płynnym ruchem siadając okrakiem na jego biodrach. Przyszpiliła go pod sobą, dociskając swoje ciało do jego, i pochyliła się, muskając ustami jego ucho. – Wiem, że Izzy nie potrafi dać ci tego, co ja – wyszeptała Monica głosem tak cichym, że Izzy ledwie to usłyszała. – Powinieneś wybrać mnie.
Serce Izzy rozpadło się na kawałki. Stała nieruchomo, nie mogąc się poruszyć, patrząc, jak Monica całuje szyję Calena, a jej usta wędrują po jego skórze, jakby to było jej miejsce. Jednak Calen jej nie odepchnął. Nie powiedział też „nie”.
– Monica, przestań – powtórzył, ale jego dłonie spoczywały na jej biodrach, nie robiąc nic, by ją powstrzymać. W jego głosie brakowało przekonania, po prostu na to pozwalał. Pozwalał, by TO się działo.
Klatka piersiowa Izzy się zacisnęła. Czuła się chora do głębi duszy. Nigdy nie wyobrażała sobie czegoś takiego, nawet w najgorszych koszmarach. Łzy napłynęły jej do oczu, rozmywając obraz, gdy spływały po jej policzkach. Nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Nie mogła. Jej dłoń powędrowała do ust, tłumiąc szloch, który groził wyrwaniem się na zewnątrz. „Nie wydawaj z siebie dźwięku”, powtarzała sobie. „Nie pozwól im zorientować się, że tu jesteś”.
Przez czas, który wydawał się wiecznością, Izzy stała tam, wmurowana w ziemię, a jej umysł wirował. Była na skraju wycofania się, próbując przetrawić wszystko, co właśnie zobaczyła, kiedy głos Moniki znów przerwał ciszę.
– Idę po więcej wina – zachichotała Monica, a jej głos był lekki i figlarny, całkowicie pozbawiony zmartwień.
Serce Izzy podskoczyło do gardła. Ona idzie w tę stronę. Panika przeszyła jej ciało i zmusiła się do ruchu. Nie mogła pozwolić, by Monica ją zobaczyła. Nie była w stanie znieść tej konfrontacji — nie teraz.
Poruszając się szybko, lecz bezszelestnie, Izzy przemknęła korytarzem, kierując się do najbliższego pokoju. Gabinetu Calena. Jej kroki były niemal bezgłośne, gdy dotarła do drzwi i uchyliła je tylko na tyle, by wślizgnąć się do środka. Zamknęła je delikatnie, ostrożnie, by nie wydać żadnego dźwięku.
Jej puls dudnił w uszach, gdy przycisnęła się do ściany; chłodne drewno przywracało ją do rzeczywistości, podczas gdy ledwie potrafiła logicznie myśleć. Wstrzymała oddech, wytężając słuch, by wyłapać ciche dźwięki dochodzące z sypialni. Ten pokój był jednak całkowicie dźwiękoszczelny. Nie mogła ich już usłyszeć. Izzy zamknęła oczy, próbując opanować narastającą w niej panikę.
Co teraz? Nie mogła wyjść tak, żeby tego nie zauważyli. Była w pułapce, ukrywając się w gabinecie Calena jak obca osoba w życiu, które, jak myślała, dobrze znała.
Izzy wiedziała, że nie może chować się w biurze w nieskończoność. Po chwili jej wzrok omiótł pomieszczenie w poszukiwaniu czegokolwiek, co pomogłoby jej wymyślić kolejny ruch. Jej spojrzenie zatrzymało się na laptopie Calena, leżącym na biurku.
Zahaowała się na sekundę, po czym podeszła do niego, z lekko drżącymi dłońmi otwierając pokrywę. Wpisała jego hasło, które znała aż nazbyt dobrze. Zadziałało. Jej palce poruszały się szybko, przechodząc do podglądu z kamer bezpieczeństwa w jego mieszkaniu. Zgodnie z oczekiwaniami, kamery były wyłączone. „Oczywiście”, pomyślała z goryczą. Calen prawdopodobnie je wyłączył, by mieć pewność, że nie będzie żadnych dowodów na to, co się dziś wydarzyło. Było jasne, że to nie pierwszy raz, kiedy ta dwójka spędzała razem czas w tym miejscu. Więc Calen musiał wyłączać kamery również przy wszystkich tamtych okazjach.
Izzy zamknęła laptopa i ponownie rozejrzała się po pokoju. Następnie jej wzrok padł na dużą zasłonę, która ukrywała drzwi na taras.
Nie tracąc ani sekundy więcej, ruszyła w stronę drzwi balkonowych, poruszając się szybko i cicho. Nie mogła dać się złapać.
Wsunęła dłoń za zasłonę, szukając klamki. Jej palce przez chwilę błądziły nerwowo, ale w końcu ją znalazła i przekręciła gałkę, otwierając drzwi tylko na tyle, by wymknąć się na zewnątrz.
Chłodne nocne powietrze uderzyło w jej twarz, gdy wyszła na taras. Był mały, ale wystarczający, by mogła się schować. Światła miasta migotały daleko pod nią, ale ledwie rejestrowała ten widok. Jedyne, o czym potrafiła myśleć, to jak opuścić to miejsce.
Docisnęła plecy do zimnej ściany, zamykając za sobą drzwi i zostawiając jedynie szparę, by słyszeć, gdyby ktoś wszedł do pokoju. Stała w absolutnym bezruchu, próbując kontrolować oddech, jednocześnie zastanawiając się, jak stąd uciec.
Jak na zawołanie, usłyszała dźwięk otwieranych drzwi do gabinetu. Serce jej zabiło, a całe ciało napięło się, gdy w pomieszczeniu rozległ się głos Calena.






