Perspektywa Amity
W dniu imprezy, mimo że położyłam się spać po północy, musiałam wstać skoro świt, jak zwykle. Byłam potwornie zmęczona. Przechodziłam jak najdalej od pokojów Trojaczków, by nie musieć czuć tych nieziemskich zapachów. Musiałam trzymać się od nich z daleka. Nie mogłabym spojrzeć im w oczy, skoro sam ich zapach doprowadzał mnie do szału teraz, gdy skończyłam osiemnaście lat. Jak los mógł być tak okrutny? Zastanawiałam się, czy będą okropnymi partnerami. Nie pozwolę, by do tego doszło. Nigdy nie miałam nawet jednego chłopaka, a teraz mam trzech partnerów. Czego będą ode mnie oczekiwać? Jak sobie z tym poradzę? Czułam się przytłoczona samą myślą o tym. Gdy myślałam o nas czworgu, w podbrzuszu poczułam uderzenie gorąca. Nawet nie wiedziałabym, który co mi robi. Przygryzłam wargę. Znów poczułam podniecenie. Szybko odsunęłam te myśli.
„Może odrzucą mnie bez wahania?” — pomyślałam.
Na tę myśl moje serce niemal pękło na dwie, a może trzy części. Moja wewnętrzna wilczyca zakomlała. Uciszyłam ją kojąco. Wilczyca wciąż podsuwała mi obrazy trojaczków, podczas gdy ja dopinałam ostatnie szczegóły imprezy. Zander byłby najbardziej szorstki. Corbin najdelikatniejszy. Nie wiedziałam, jaki byłby Kellan. Prawdopodobnie by mną dyrygował, każąc mi mieć dla niego szacunek jako dla jego partnerki i Luny. Przeszedł mnie dreszcz. Luna. Obecna Luna mnie nienawidziła. Nie chciałaby mnie jako swojej następczyni. Nie sądziłam, by obecnego Alfę to obchodziło. Około wpół do szóstej rano pojawiła się Darla, planerka, żeby pomóc.
— Gdzie są nasi jubilaci? — zapytała podekscytowana. Przewróciłam oczami. Moja wilczyca zawarczała. Była zaborcza. Spojrzałam na mikroskopijną spódniczkę Darli i jej kusy top. Dziwiłam się, że nie zamarzła po drodze. Trzymała trzy identyczne, błękitne torebki prezentowe.
— Śpią — odparłam, mrużąc brwi. — W weekendy zazwyczaj nie wstają przed południem.
— Och — bąknęła z rozczarowaniem. Narzuciła płaszcz na swój skąpy strój, pewnie by zaprezentować go w pełnej krasie o dwunastej. Około szóstej usłyszałam ciężkie kroki. Niemożliwe! Trojaczki wstały wcześnie! Wybiegłam z domu bez zastanowienia. Przemieniłam się. Darla wybiegła za mną z oczami szerokimi z szoku. Pędziłam przez śnieg. Rozdarłam ubrania, przemieniając się tak gwałtownie. Musiałam oczyścić umysł i trzymać się z dala od Trojaczków, dopóki nie zdecyduję, co robić.
Perspektywa trzecioosobowa
— To jest bez sensu! — warknął Corbin. — Potrzebuję mojej partnerki, już teraz. Chcę Amity!
Wypadł z jej pokoju i zbiegł po schodach, a bracia deptali mu po piętach. Był zaskoczony, widząc Darlę w kuchni.
— Gdzie jest Amity? — zapytał Corbin, wciąż niewyspany i gderliwy.
— Hej, śpiochu! Dzień dobry! — gruchała Darla.
— Widziałaś Amity, Darlo? — zapytał Kellan.
— Mam prezenty dla jubilatów! — zapiszczała.
— Jest tutaj? — Zander zaczął tracić cierpliwość.
— Kto? — zapytała Darla, wręczając każdemu z nich torebkę.
— Dzięki, Darla! — rzucił Kellan. — Amity! Gdzie ona jest?
Darla skrzywiła się. — Przemieniła się i pobiegła pobiegać — odparła.
— No jasne! — zawołał Kellan. — Przecież teraz już może się zmieniać — dodał z szerokim uśmiechem. Był podekscytowany na myśl o zobaczeniu jej wilczycy i wspólnym bieganiu po śniegu.
— Dobra — mruknęła Darla, przewracając oczami. — Od kiedy to przejmujecie się Pity?
Corbin warknął. Kellan zmierzył Darlę morderczym wzrokiem. Kobieta aż się cofnęła.
— To Amity — poprawił ją Zander, choć to on sam wymyślił to przezwisko.
Perspektywa Amity
Biegałam przez kilka godzin po terenach watahy. Zaczęłam odczuwać zmęczenie. Wiedziałam, że po powrocie do ludzkiej formy będę obolała. Moja wilczyca była silna, ale ludzkie ciało słabe. Nigdy nie byłam wysportowana. Nie mogłam zmienić się z powrotem, nie będąc w domu. Skradając się, wracałam do rezydencji. Zauważyłam, że samochód jednego z Trojaczków zniknął. Miejmy nadzieję, że wszyscy wyjechali. Przemieniłam się i wślizgnęłam bocznymi drzwiami. Wbiegłam po schodach najszybciej jak mogłam. Pisnęłam cicho, gdy dotarłam do swojego pokoju. Drzwi były zamknięte, a wszystkie trzy zapachy były niesamowicie silne. Czy byli w środku? Zerknęłam pod drzwi. Odetchnęłam z ulgą i weszłam.
Założyłam ubrania. Moje rzeczy pachniały Kellanem. Byli tu. Wszyscy. Niedawno. Ich zapachy były nieziemskie. Każda sztuka odzieży, każda książka pachniała Kellanem. Łóżko intensywnie pachniało Corbinem. Woń Zandera była skoncentrowana przy drzwiach. Wiedzieli. Tylko to mogło ich sprowadzić do mojego pokoju. Lubili się ze mną droczyć, ale przez ostatnie dziewięć lat żaden z nich nigdy nie postawił stopy w moim pokoju.
Wróciłam do kuchni, gdzie zastałam kipiącą ze złości planerkę. Darla była wściekła, że zniknęłam. Zapachy Trojaczków też tu były. Prawdopodobnie nawet nie zauważyli jej skąpego stroju. Zaśmiałam się w duchu, pracując u jej boku. Byłam niesamowicie spięta, spodziewając się powrotu braci w każdej chwili. Nie odważyłam się zapytać Darli, dokąd pojechali. Czas mijał szybko. Zanim się obejrzałam, była czwarta. Impreza zaczynała się o szóstej wieczorem, a ja potrzebowałam czasu, by się przygotować.
Wchodziłam po schodach, gdy dostrzegła mnie Luna.
— O! Słuchaj, bardzo mi przykro, ale jedna z kelnerek zachorowała, więc będziemy potrzebować twojej pomocy przy podawaniu dań. Dobrze? — zapytała, choć to nie było pytanie. Nie mogłam odmówić. Miałam jednak jeden warunek.
— W porządku, ale nie założę munduru — powiedziałam ze śmiechem.
Ona też się zaśmiała, jakby w ogóle o tym nie pomyślała, ale założyłabym się, że kazałaby mi go włożyć, gdybym sama nie poruszyła tematu. Wkrótce zjawią się wszyscy członkowie watahy. Na szczęście dom był ogromny, z rozległym salonem. DJ już się tam rozstawiał. Wszystkie dekoracje wisiały, a światła były przyciemnione. Zastanawiałam się, czy będę musiała patrzeć, jak Trojaczki tańczą ze swoimi dziewczynami. Na pewno będą na imprezie. Westchnęłam. Musiałam przestać uważać, że bycie z nimi mi się należy. Byli moimi partnerami, ale oni nienawidzili mnie, a ja nienawidziłam ich.
Wzięłam dokładny prysznic. Mięśnie mnie bolały. Wiedziałam, że zapłacę za ten długi bieg. Moja skóra nie była już jednak blada – była złocista i zdrowo promieniała. Cienie pod oczami wciąż jednak tam były. Moje ciało potrzebowało odpoczynku, ale ja wiecznie pracowałam albo się uczyłam. Westchnęłam. Włosy lśniły. Zostawiłam je rozpuszczone. Sloane i Tasha twierdziły, że moje ciemnoblond loki to mój największy atut. Założyłam strój, który dla mnie wybrały: czarną cekinową sukienkę mini i szpilki. Zrobiłam makijaż tak, jak mnie nauczyły. Byłam mile zaskoczona efektem. Spryskałam się perfumami i zbiegłam na dół.
Ludzie zaczęli przychodzić nieco wcześniej. Witałam ich i odbierałam płaszcze. Wszyscy nazywali mnie „Pity”, święcie wierząc, że tak mam na imię, a na prostowanie ich było już za późno. Za kilka miesięcy i tak stąd odejdę. Moja wilczyca zawarczała na mnie. Westchnęłam. Zauważyłam, że Sasha, Tessa i Audra przyszły razem, trzymając się za ręce i wyglądając na oburzone w swoich sukienkach mini. Miały zaczerwienione oczy. Podeszły do mnie, by porozmawiać pierwszy raz w życiu.
— Hej... yyy... Pity — zaczęła Sasha, odrzucając płomiennorude włosy do tyłu.
— Cześć, dziewczyno! — rzuciła Tessa. Miała długie, proste czarne włosy i oliwkową cerę.
— Miło cię znowu widzieć — dodała Audra z uśmiechem. Miała blond włosy do ramion.
— Cześć dziewczyny, witajcie, czujcie się swobodnie — bąknęłam, niezręcznie wskazując na stoły z przekąskami.
— Widziałaś dzisiaj Trojaczki? — zapytała Sasha, mrużąc zielone oczy.
— Nie — odparłam zgodnie z prawdą, najbardziej niewinnym tonem, na jaki było mnie stać.
— No dobra, bo sprawa wygląda tak... — Tessa urwała, wymieniając spojrzenia z pozostałymi.
— Chłopaki z nami zerwali! — wypaliła Audra. Pozostałe dwie zgromiły ją wzrokiem. — No co, przecież to prawda — fuknęła do nich.
Serce mi waliło.
— Bardzo mi przykro to słyszeć — powiedziałam sztywno.
— Powiedzieli, że znaleźli swoją partnerkę — dodała z napięciem Sasha.
Poczułam, jak kręci mi się w głowie. Zachwiałam się lekko, ale odzyskałam równowagę, opierając się o ścianę.
— Spławili nas... powiedzieli, że byliśmy razem tylko sześć tygodni — dodała Tessa, splatając ramiona na piersi.
To była prawda. Najdłuższe związki braci trwały około dwóch miesięcy, więc dziewczyny straciły tylko dwa tygodnie.
— Skoro tu mieszkasz, pomyślałyśmy, że pewnie wiesz, kto to — powiedziała Audra. — Ich partnerka.
Oparłam się mocniej o ścianę. Zrobiło mi się niedobrze. Trojaczki już zakończyli swoje związki... dla mnie? I tak by je skończyli, ale czułam się fatalnie z powodu tych trzech dziewczyn. Przygryzłam wargę. Czy to oznaczało, że Trojaczki mnie chcą? Tak od razu? Nie zwlekali ani chwili z zerwaniem. Nie odpowiedziałam na pytanie.
— Wybaczcie mi, dziewczyny — wykrztusiłam słabo. Poszłam do kuchni. Co ja zrobię, kiedy Trojaczki się pojawią?
Perspektywa trzecioosobowa
Trojaczki spóźniły się na własną imprezę, bo spędzili mnóstwo czasu w galerii, kłócąc się o to, co kupić Amity. W końcu kupili całą masę rzeczy i zlecili zapakowanie ich w ozdobny papier i torebki. Wyładowali prezenty z samochodu, witając gości wchodzących do domu. Ledwo uniknęli konfrontacji ze swoimi trzema byłymi dziewczynami. Wszystkie trzy wyszły razem, trzymając się za ręce. Przynajmniej miały siebie nawzajem. Bracia wzięli prysznic i ubrali się w kilka minut – wszyscy trzej w pasujące do siebie czarne marynarki, czarne spodnie i błękitne koszule.
— Nie ma jej w pokoju — powiedział z niepokojem Corbin.
— No jasne, że nie — odparł Zander. — Mama i tata na pewno każą jej pomagać przy imprezie.
— Dobra, zanim zrobimy cokolwiek innego, musimy poważnie porozmawiać z Amity — powiedział Kellan, Alfa nawet wśród Alf.
Młodsi bracia skinęli głowami.
Perspektywa Amity
Chowałam się w kuchni, dopóki Luna nie weszła i nie przyłapała mnie na nicnierobieniu. Zmierzyła mnie wzrokiem i wręczyła tacę z kieliszkami szampana, bym ją roznosiła, zanim obecny Alfa wzniesie toast za swoich synów przed oficjalnym przekazaniem władzy. Moi partnerzy za kilka minut zostaną Alfami. Rozdawałam szampana. Wszyscy się uśmiechali. Członkowie watahy byli w świetnych nastrojach. Dostałam nawet kilka podziękowań i parę komplementów na temat stroju. Byłam członkiem watahy o bardzo niskiej randze, ale ponieważ służyłam Alfie i jego rodzinie, wszyscy znali moje imię, a przynajmniej moje okrutne przezwisko.
Napełniłam tacę kolejnymi kieliszkami. Dostrzegłam planerkę w stroju jeszcze skąpszym niż rano, o ile to było w ogóle możliwe. Przypomniałam sobie błękitne torebki, które przyniosła. Ja nie kupiłam moim partnerom nic, mimo że pomagałam przygotować to przyjęcie. Miałam dosłownie zero dolarów i zero centów. Miałam nadzieję, że to zrozumieją. Sloane i Tasha uśmiechnęły się do mnie. Uściskałam je. Naprawdę wyglądało na to, że mnie polubiły. Nasz uścisk wywołał kilka morderczych spojrzeń i pełnych dezaprobaty min starszych członków watahy. Sloane i Tasha były córkami bogatych rodzin, a niektórzy uważali mnie za śmiecia, bo moi rodzice pożyczyli mnóstwo pieniędzy z funduszy watahy i od jej członków. Byłam wtedy taka mała. Uważałam, że obwinianie mnie jest niesprawiedliwe, ale byłam jedyną osobą na miejscu, na której mogli się wyżyć. Odepchnęłam te wspomnienia.
Sloane i Tasha złożyły mi życzenia urodzinowe. Byłam tak szczęśliwa, że aż oczy mi zwilgotniały. Jako jedyne pamiętały i cokolwiek powiedziały. Każda z nich wręczyła mi błyszczącą różową torebkę z prezentem. Byłam w szoku. Przecież już kupiły mi ubrania w ramach naszej umowy.
— Dziewczyny! Dziękuję! Jestem w szoku! — powiedziałam, biorąc torebki.
— To nic takiego! — rzuciła Sloane.
— Podrzuciłyśmy nasze zadania domowe podczas sobotniego treningu futbolu, bo nie mogłyśmy się doczekać! — dodała Tasha.
— Tak jak obiecałaś, dostałyśmy maksa! Poprawił to na naszych oczach! — dopowiedziała Sloane.
Rozpromieniłam się. Odrzuciły włosy w tym samym momencie. Obie miały na sobie identyczne sukienki w kolorze wściekłego różu.
Luna przyłapała mnie na rozmowie, więc szybko czmychnęłam po kolejnego szampana. Podałam kieliszek Lunie, która uśmiechnęła się chłodno. Alfa wziął kieliszek i skinął mi głową. Prawie upuściłam tacę, gdy się odwróciłam i zobaczyłam Trojaczki. Wyglądali nieziemsko przystojnie. Moja wilczyca wyła w środku. Ich zapachy były nie z tego świata. Gapiły się na mnie. Nie potrafiłam odczytać ich min. Nie mogłam z nimi być, ale nie mogłam też być bez nich. Miałam tylko nadzieję, że nie odrzucą mnie od razu. To były też moje urodziny i chciałam się nimi choć trochę nacieszyć, nie martwiąc się zbytnio.
Zaproponowałam im szampana. Kellan odebrał mi całą tacę, ku niezadowoleniu matki. Wręczył ją obrażonej Darli. Corbin chwycił mnie za rękę, sprawiając, że dreszcze przeszły mi przez ramię. Zander położył dłonie po obu stronach mojej talii od tyłu. Poczułam niespodziewane uderzenie gorąca i przygryzłam wargę. Niektórzy członkowie watahy przyglądali nam się z ciekawością. Kellan poprowadził nas na górę, Corbin ciągnął mnie za rękę, a Zander delikatnie popychał do przodu, trzymając za talię.
Zaprowadzili mnie do pokoju Corbina i zamknęli drzwi na klucz. Szybko odsunęłam się od nich na drugi koniec pokoju, przywierając plecami do ściany. Czar spotkania moich partnerów po raz pierwszy po osiągnięciu pełnoletności prysł, gdy zostaliśmy sami.
— Nie bój się, Amity — błagał Corbin, a jego błękitne oczy rozszerzyły się z bólu, bo puściłam jego rękę. Używał mojego prawdziwego imienia.
— Nie skrzywdzimy cię, Mała — mruknął Zander, wpatrując się we mnie intensywnie.
Byłam w szoku słysząc to czułe słówko. Gorąco w moim ciele powróciło.
— Musimy porozmawiać — powiedział surowo Kellan. — Dobrze, Amity?
Przynajmniej raz byli pełni szacunku i używali mojego prawdziwego imienia, z wyjątkiem Zandera, który najwyraźniej uznał, że już jestem jego „Małą”.
Bracia usiedli na łóżku Corbina po jednej stronie pokoju. Ja usiadłam na krześle przy jego biurku z komputerem. Krzesło było na kółkach. Zakręciłam się na nim lekko. Nigdy wcześniej nie byłam w żadnym z ich pokojów, aż do dzisiejszego ranka, gdy obejrzałam pokój Corbina. Trojaczki same sprzątały swoje pokoje. Mieszkaliśmy razem, ale emocjonalnie byliśmy dla siebie jak obcy. Wiedziałam, że Trojaczki muszą mieć normalną osobowość poza znęcaniem się nade mną, bo przecież wszyscy inni ich podziwiali, a ja na własne oczy widziałam, że potrafią być dobrzy dla innych. Bolała mnie myśl, że swój jad rezerwowali tylko dla mnie. Co ja im zrobiłam? Poza tym, że urodziłam się pechowo? I nagle złamałam ośmioletnią obietnicę daną samej sobie – łzy spłynęły mi po twarzy bez ostrzeżenia.
Kellan wyglądał na przybitego.
— Cii, Mała, wszystko w porządku — powiedział cicho Zander, podając mi chusteczkę.
Corbin znów złapał mnie za rękę i przyciągnął krzesło, podjeżdżając nim do nich. Byłam teraz w zasięgu ramion każdego z nich. Serce waliło mi ze strachu. Moje ciało było kompletnie zdezorientowane w ich obecności. Wiedziałam, że słyszą bicie mojego serca i czują mój zapach wywołany podnieceniem.
— Jak pewnie już wiesz, Amity — zaczął łagodnie Kellan — jesteś naszą partnerką. Nas wszystkich trzech. Trojaczki zazwyczaj mają tylko jedną partnerkę, ponieważ...
— Wiem — przerwałam mu ze znużeniem. Prawdopodobnie byłam lepsza z nauk ścisłych niż oni. Zawsze traktowali mnie jak głupią. Normalnie zgromiliby mnie wzrokiem za przerywanie, może nawet zaklęli i narzekali, ale teraz tylko patrzyli na mnie intensywnie. — Ponieważ identyczne trojaczki to naturalne klony, jedno zapłodnione jajo, które podzieliło się na trzy, więc jedna partnerka.
— Dokładnie — powiedział Kellan z uśmiechem. Osuszyłam oczy i wydmuchałam nos.
— Tak pięknie pachniesz, Mała — szepnął Zander. Jego oczy były czarne. Wyciągnął rękę i pogłaskał mnie po kolanie. Przeszył mnie dreszcz.
— Spokojnie, Zander! — upomniał go Kellan, zdejmując rękę brata z mojego kolana. Kellan westchnął.
— Tak strasznie nam przykro, Amity — wymamrotał Kellan. — To, jak cię traktowaliśmy, jest obrzydliwe. Nie będziemy się usprawiedliwiać. Nie zasługujemy na ciebie, ale chcemy cię jako naszej partnerki i Luny. Jesteśmy gotowi spędzić resztę życia, naprawiając nasze błędy.
Byłam w szoku. Zawsze marzyłam o przeprosinach. Teraz, gdy je usłyszałam, nie byłam pewna, czy wystarczą.
— Bardzo nas to boli, Amity — powiedział Corbin. — Pozwól nam się kochać!
Zarumieniłam się. Corbin zawsze był taki dramatyczny.
— Naprawdę nam przykro, Mała — dodał Zander. Byłam niemal pewna, że nigdy więcej nie usłyszę z jego ust mojego podłego przezwiska ani nawet prawdziwego imienia. Od teraz dla niego byłam „Małą”. Zachichotałam na tę myśl. To był błąd, bo rozbudziło to wilka Zandera.
— O, jesteś taka urocza! — zawarczał Zander tuż przed tym, jak mnie złapał.






