Rozdział 2: Proszę, panie profesorze. Proszę tego nie robić
Nelson
"Ale proszę, panie profesorze. Naprawdę muszę nadrobić ten ostatni sprawdzian." – powiedziała panna Creed, a jej głos niemal załamał się na ostatnich słowach.
Widząc, że uwodzenie nie podziałało, przeszła do błagań i łez, w czym była doprawdy świetna. Ale nie sądziłem, żeby płakała naprawdę, bo należała raczej do typu dziewczyn, które same doprowadzają innych do płaczu. Chociaż niektórzy uczniowie potrafili być bardzo spięci na punkcie swoich ocen i szczerze rozpaczać, gdy coś zepsuli, wiedziałem, że ona do tej kategorii nie należy.
"W takim razie nadrobi pani ten materiał na sprawdzianie, który macie w przyszłym tygodniu. Jeśli naprawdę ciężko przyłoży się pani do nauki, nie powinno być problemu, bo będzie to z tego samego działu."
Byłem niemal pewien, że kazała swojemu prywatnemu korepetytorowi odwalić całą robotę i skopiowała ją, nie rozumiejąc z tego ani słowa. To nie byłby pierwszy raz. Tak naprawdę była bardzo bystrą dziewczyną, po prostu nie uznała za stosowne przykładać się do matematyki.
"A teraz, o ile pani pozwoli, za kilka minut mam lekcję."
Choć do następnej lekcji miałem mnóstwo czasu, nie chciałem kontynuować tej rozmowy.
"Do zobaczenia jutro." Nie odpowiedziała i odeszła oburzona. Jej załzawiony wyraz twarzy zniknął w mgnieniu oka, ustępując miejsca wściekłości, że nie dostała tego, czego chciała.
Wróciłem do pokoju nauczycielskiego, by sprawdzić jeszcze kilka prac, zanim zabiorę swoje rzeczy i pójdę do następnej klasy. Na szczęście była to moja ostatnia lekcja na dziś, bo zdecydowanie nie miałem już nastroju, by tu przebywać. Nie zrozumcie mnie źle, kocham uczyć, ale brak snu zbierał swoje żniwo i naprawdę musiałem przetestować kilka nowych pomysłów, na które wpadłem dziś rano pod prysznicem w związku z moimi badaniami. Próbowałem udowodnić pewną hipotezę sformułowaną przez jakiegoś naukowca wiele lat temu i to pochłaniało mnóstwo mojego wolnego czasu. Moje badania pozwalały mi na dalsze zgłębianie zaawansowanej nauki, ponieważ program, którego uczę, nie stanowi wielkiego wyzwania dla mojego mózgu. Uczyłem się przedmiotów ścisłych znacznie dłużej niż moi uczniowie. Mogłem pójść do sektora prywatnego i zajmować się badaniami stosowanymi albo informatyką, tak jak mój najlepszy przyjaciel, Liam, ale ja po prostu naprawdę kocham tłumaczyć różne rzeczy innym.
Uważam, że to bardzo satysfakcjonujące uczucie, gdy któryś z tych nastolatków utknie na jakimś pojęciu i w końcu je zrozumie dzięki twoim wyjaśnieniom. Liam tego nie kuma i zawsze sobie ze mnie żartuje, twierdząc, że mam zbyt wysokie kwalifikacje do uczenia w tej szkole i powinienem pracować w jakiejś wielkiej korporacji, zarabiając kupę kasy tak jak on. Poznaliśmy się na uniwersytecie i szybko zostaliśmy przyjaciółmi. Niestety, tuż po studiach wyjechał z kraju, by pracować za granicą. Kiedy ja również opuściłem swój kraj, to on znalazł mi możliwość pracy tutaj, w Wielkim Jabłku, i byłem naprawdę szczęśliwy, że znów nawiązaliśmy kontakt. To był bardzo zły okres w moim życiu, podczas którego bardzo mi pomógł stanąć na nogi, za co zawsze będę mu wdzięczny.
Moja lekcja przebiegała całkiem nieźle mimo mojego zmęczenia, dopóki nie zauważyłem jednego z uczniów piszącego SMS-y, z telefonem opartym na kolanach. Nie rozumiem, dlaczego wydaje im się, że korzystanie z telefonu w ten sposób jest bardziej dyskretne. Istnieje niewiele czynności wymagających użycia jednej lub obu rąk pod ławką, a wszystkie wyglądają dość podejrzanie.
"Panie Morelia, proszę odłożyć telefon na moje biurko." – rozkazałem.
Spojrzał na mnie swoimi pięknymi oczami, z ciemnymi włosami w kontrolowanym nieładzie i psotnym wyrazem twarzy. Był jednym z najprzystojniejszych uczniów w tym liceum, choć trochę zbyt młodym jak na mój gust. Idealny uczeń, same najwyższe oceny, kapitan drużyny koszykarskiej i członek orkiestry. Jego ojciec wyraźnie szykował go na jedno ze stanowisk politycznych w stanie.
"Przepraszam, panie profesorze. Pozwoliłem sobie na rozproszenie, bo tłumaczył pan to samo po raz drugi, a ja zrozumiałem już za pierwszym." – odparł, wstając i podchodząc do mojego biurka.
Był trochę pyskaty, a do tego brał okazjonalnie udział w bójkach, bo kilka razy widziałem u niego siniaki, które próbował ukryć.
"Czy sugeruje pan, że moje zajęcia są nudne?" – zapytałem lodowato. Właściwie tego nie powiedział, ale chciałem się upewnić.
"Nie, panie profesorze, nie śmiałbym." – odpowiedział, kładąc telefon na moim biurku. Kilku uczniów zachichotało, łapiąc jego sarkazm.
Wtedy moją uwagę przykuł zapach jego oddechu i lekkie zaczerwienienie oczu. Oczywiście, że był upalony, jakbym właśnie z tym chciał się dzisiaj użerać. A to nie był ani pierwszy, ani drugi raz. Wcześniej przymykałem na to oko, wierząc, że po prostu zachowuje się jak głupi gnojek, ale teraz wyczuwałem w tym niebezpieczny schemat i czułem, że muszę coś z tym zrobić.
"Proszę przyjść do mnie po tej lekcji, panie Moreli." – powiedziałem, gdy wracał na swoje miejsce.
Reszta lekcji upłynęła spokojnie i wkrótce zostałem w klasie sam na sam z małym ćpunkiem. Mogłem po prostu oddać mu telefon i udawać, że nie zauważyłem, że jarał zioło tuż przed wejściem do klasy, i to kolejny raz z rzędu. Ale naprawdę nie znoszę, kiedy genialny uczeń przekreśla swoją przyszłość, więc czułem się w obowiązku zainterweniować. Czasem naprawdę nienawidzę własnego sumienia.
"Za chwilę odzyska pan swój telefon, panie Moreli. Ale najpierw chciałbym uświadomić ci wagę tego, co zrobiłeś."
"Oj, przestań, panie profesorze." – mruknął.
"Wiem, że moje komentarze były trochę nie na miejscu, ale nie powiedziałem nic złego."
"Nie mówię o tym, że odpowiedziałeś mi jak rozwydrzony gnojek, chociaż powinieneś uważać na ten swój niewyparzony język. Mówię o tym, że przyszedłeś na moją lekcję kompletnie naćpany."
"Nie wiem, o czym pan mówi." – skłamał, ale fakt, że jego ciało zesztywniało, był sam w sobie pewnego rodzaju przyznaniem się do winy.
"Proszę nie robić ze mnie idioty, panie Moreli. Śmierdzisz ziołem i to nie jest pierwszy raz. Gdybym to zgłosił i przeszukano by pańskie rzeczy, czy jesteś pewien, że nic by nie znaleziono?"
"Proszę, panie profesorze. Proszę tego nie robić." Pobladł.
Oczywiście, że miał dragi przy sobie albo w szafce. Nastoletni chłopcy potrafią być czasem strasznie głupi.
"A przyznam, że nie uważam tego nałogu za szczególnie zdrowy." – ciągnąłem dalej.
"Nic mnie nie obchodzi, co robisz w wolnym czasie i poza szkołą. Ale gdyby inny nauczyciel zastał cię w takim stanie i zgłosił to, masz pojęcie, jak bardzo mogłoby to pokrzyżować twoje plany związane ze studiami?"
"Bardzo przepraszam, panie profesorze. To się więcej nie powtórzy." – wymamrotał.
"Zechciałbyś mi wyjaśnić, dlaczego poczułeś potrzebę palenia przed przyjściem na lekcję?"
"Nie bardzo..." – dąsał się.
"Ma pan rację, to było głupie."
"Musisz się bardziej postarać, młody człowieku. O ile nie otrzymam rozsądnego wyjaśnienia i o ile nie zobaczę, że podejmujesz działania, by to się więcej nie powtórzyło, powiadomię twoją rodzinę."
To byłoby z mojej strony podłe, ale bez przesady, potrzebowałem czegoś więcej niż pustej obietnicy, by odpuścić mu winę.
"Proszę, tylko nie mówcie mojemu ojcu." – błagał, teraz już kompletnie blady.
"I tak wyjechał z miasta."
Tak, ojcowie zazwyczaj wyjeżdżają z miasta akurat wtedy, kiedy nauczyciele ich potrzebują. Całkiem wygodne, jeśli o mnie chodzi.
"Więc porozmawiaj ze mną."
Nie wiem, dlaczego tak to drążyłem; to naprawdę nie mój problem, że zachowuje się jak zepsute dziecko i marnuje swoją przyszłość. Ale było z nim coś nie tak, nie potrafiłem dokładnie określić co, ale czułem, że muszę działać.
"Po prostu bawiłem się ze znajomymi. Przepraszam, to się więcej nie powtórzy."
"Tak samo myślałem, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem cię naćpanego na moich zajęciach. To, że nic nie powiedziałem, nie znaczy, że nie zauważyłem. A to już czwarty raz, kiedy widzę cię w takim stanie. Z tego, co wiem, możesz palić na każdej przerwie obiadowej każdego dnia, a moi koledzy z pracy po prostu niczego nie zauważyli." Poruszył się niezręcznie na krześle.
Jego reakcja była całym dowodem, jakiego potrzebowałem. Teraz już naprawdę nie mogłem tego zignorować. Westchnąłem w duchu.
"Musi być coś, co wywołuje takie zachowanie, więc proszę, porozmawiaj ze mną." – spróbowałem łagodniej.
Siedział tam z opuszczonym wzrokiem, wykręcając sobie dłonie i milcząc.
"W takim razie nie zostawiasz mi wyboru, panie Moreli." – westchnąłem.
"Będę musiał zadzwonić do pańskiego ojca."
Naprawdę nie chciałem tego robić; niewykluczone, że jego problemy wywodzą się z domu, a powiedzenie o wszystkim ojcu byłoby najgorszą z możliwych decyzji.
"Błagam, tylko nie mój ojciec."






