"Dzyń, dzyń, dzyń"
Telefon od mojego przybranego ojca, Jeremy'ego Pierce'a, Gammy watahy, brutalnie wyrwał mnie z zamyślenia. Moje dłonie drżały, gdy odbierałam połączenie.
"Dlaczego zawsze przynosisz mi wstyd, ty głupia suko?" Jego chrapliwy głos zabrzmiał po drugiej stronie. "Wrobiłaś Lyndę!"
Zacisnęłam szczękę. To oskarżenie było wręcz niedorzeczne. "Nie otrułam jej, tato!" odparowałam, starając się zapanować nad głosem. "Dlaczego miałabym to zrobić?"
Ale ojciec mnie nie słuchał. Jego gniew wezbrał bez żadnych zahamowań. "A tak przy okazji, dlaczego nie zapłaciłaś mi w tym miesiącu? Co za niewdzięczność! Zapomniałaś, że gdybym cię nie wychował, byłabyś sierotą?"
Te słowa zabolały mnie bardziej, niż mógłby to sobie kiedykolwiek wyobrazić. Nigdy nie zapomniałam tego, co dla mnie zrobił, przejmując nade mną opiekę po śmierci moich rodziców, ale to nie znaczyło, że byłam mu dłużna wszystko, co mam. Mimo to, stłumiłam w sobie ochotę, by zacząć krzyczeć. Nie pozwolę mu się już dłużej kontrolować.
"Nigdy więcej do mnie nie dzwóń, jeśli nadal będziesz uprawiał hazard, powiem o tym Alfie Lucasowi!" powiedziłam, a mój głos twardniał z każdym kolejnym słowem. To był pierwszy raz, kiedy odezwałam się do niego z takim brakiem szacunku. Uczucie wolności, które się z tym wiązało, było cholernie przyjemne.
Nie czekając na odpowiedź, rozłączyłam się.
Stałam tam przez chwilę, pozwalając, by dotarła do mnie ostateczność tego wszystkiego. Po raz pierwszy od lat czułam się… wolna.
#
Rozejrzałam się po sypialni, którą dzieliłam z Adrianem. Życie, które próbowałam tu zbudować, życie, które próbowałam wymusić, wydawało się teraz zaledwie odległym wspomnieniem. Chwyciłam najbliższą walizkę i zaczęłam się pakować. Moich rzeczy było niewiele — zaledwie trochę ubrań, książki i drobne bibeloty, które zachowałam na przestrzeni lat.
Po kilku godzinach, dokładnie w chwili, gdy zasuwałam walizkę, usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi frontowych. Adrian wrócił do domu.
Stanął w drzwiach, z ramionami skrzyżowanymi na klatce piersiowej, a jego usta wykrzywił ten dobrze mi znany, drwiący grymas. "Czekasz tak późno na mój powrót?" zakpił.
Nawet na niego nie spojrzałam, nie chcąc już marnować na niego ani chwili.
"Nie masz nic na swoją obronę?" Głos Adriana, podszyty sarkazmem, przerwał ciszę. Wszedł do salonu, wpatrując się we mnie z furią. "Żadnych przeprosin? Żadnego wyjaśnienia?"
Milczałam, nie dając mu satysfakcji z odpowiedzi. Nie był tego wart.
Wtedy, po dramatycznym westchnięciu, w końcu znów się odezwał, choć zabrzmiało to bardziej jak rozkaz niż pytanie. "Chcę, żebyś towarzyszyła mi na jutrzejszej imprezie watahy". Jego głos był zimny, obojętny. "Nie możesz tego unikać w nieskończoność. Masz tam przeprosić Lyndę".
Odwróciłam się w jego stronę, starając się nie okazywać emocji. "Nie chcę tam iść..."
Wyraz twarzy Adriana spochmurniał. "Trudno", odpowiedział, a jego wargi wykrzywiły się w kpiącym uśmiechu. "Będziesz tam, czy ci się to podoba, czy nie".
Nie ustąpiłam, nie wzdrygając się pod wpływem jego słów. Jednak w głębi serca czułam, jak narasta we mnie cicha determinacja. "W porządku", odparłam, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby. "Pójdę. Ale to będzie ten ostatni raz".
Oczy Adriana zabłysły triumfem. Wiedziałam, że zupełnie nie rozumiał wagi mojej decyzji.
Odchodziłam. Musiałam to zrobić.
Właśnie wtedy, gdy myślałam, że Adrian już zamierza wyjść, nagle zapytał: "Po co tam tak stoisz? Zdejmij ubranie".
"Co?" Zamarłam. Przez te wszystkie lata rzadko przeżywaliśmy jakiekolwiek intymne chwile. Zawsze wydawało mi się, że robił to wyłącznie z poczucia obowiązku. "Nie mam dzisiaj nastroju", odpowiedziałam.
"Heh, mam taką nadzieję", rzucił z uśmieszkiem. "Tylko nie przychodź później błagać, żebym się z tobą przespał". Po czym wyszedł. Zapewne poszedł do gabinetu. Jesteśmy małżeństwem od trzech lat, ale przez 90% nocy śpimy w osobnych pokojach. Wolał spać w gabinecie, niż dzielić ze mną łóżko.
Gdy Adrian odwrócił się do wyjścia, uderzyło mnie ukłucie żalu. Tajemnica, którą tak długo skrywałam, wkrótce miała wyjść na jaw. Adrian nigdy mnie nie naznaczy, nigdy tak naprawdę nie uzna mnie za swoją przeznaczoną. Ale nosiłam w sobie trojaczki. Moje trojaczki.
Nigdy się o tym nie dowie, obiecałam to sobie.
Skończyłam się pakować i chwyciłam swoje ostatnie rzeczy. Gdy dotarłam do drzwi, mój telefon znów zadzwonił. Na ekranie rozbłysło imię Gammy. Bez wahania odrzuciłam połączenie i wyłączyłam telefon.
Nigdy więcej telefonów. Nigdy więcej poczucia winy. Nigdy więcej Adriana...






