Kiedy wróciłam do domu, nie mogłam się doczekać, by zadzwonić do Kelly, mojej jedynej przyjaciółki. Sięgnęłam po telefon i wybrałam jej numer. Podczas gdy słuchałam sygnału, moje serce biło jak szalone. Była moją opoką, jedyną osobą, która zawsze mnie wspierała.
"Hej, co tam?" W słuchawce rozległ się ciepły i znajomy głos Kelly.
"Kelly, zdecydowałam się na rozwód z nim", powiedziłam, a mój głos się załamał. Nie byłam pewna, czy to ze strachu, czy ze smutku, a może po trochu z obu tych powodów.
Zapadła cisza. Następnie Kelly zapytała: "Słucham? Dlaczego? Czy to przez Lyndę? Ta dziewczyna to czyste kłopoty! Słyszałam o niej to i owo".
Pokręciłam głową, chociaż nie mogła mnie zobaczyć. "Nie, nie tylko przez nią. To Adrian wyszedł z tą propozycją, a ja się zgodziłam".
Kolejna długa chwila ciszy. Czułam, jak Kelly to wszystko trawi. "Czekaj, mówisz poważnie?"
Wzięłam głęboki oddech. "Tak. Mam tego dość. Podjęłam decyzję".
Kelly nie wahała się ani chwili. "I co teraz? Dokąd pójdziesz po rozwodzie? Możesz zamieszkać ze mną. Moja wataha przyjmie cię z otwartymi ramionami".
Jej propozycja była niezwykle życzliwa. Aż zaszczypały mnie oczy, ale się nie popłakałam. "Jesteś dla mnie zbyt dobra", odpowiedziałam cicho. "Pozwól mi tylko stąd najpierw wyjechać. Potem do ciebie dołączę. Muszę tylko upewnić się, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik".
"Jestem tu dla ciebie, Natalio. Kiedykolwiek będziesz gotowa, ja na ciebie czekam".
Rozłączyłam się, czując się odrobinę lżej. Decyzja zapadła. Nadszedł czas, by odejść.
*****
Chwyciłam kluczyki i ruszyłam do swojego samochodu. Był stary i zdezelowany, ledwie jeździł, ale był mój własny. Kupiłam go za własne pieniądze, nie Adriana, ani nikogo innego. To małe zwycięstwo sprawiło, że poczułam dumę, gdy wsuwałam się na fotel kierowcy.
Podróż do Raven, najbardziej ekskluzywnej restauracji należącej do watahy, nie trwała długo, ale nerwy i tak zżerały mnie od środka. Adrian i ja spędziliśmy tu tak wiele nocy, udając idealną parę. Dzisiejszego wieczoru nie zamierzałam być jednak tylko kolejną posłuszną żoną. Zamierzałam postawić na swoim.
Kiedy dotarłam na miejsce, lokal robił równie imponujące wrażenie, co zawsze. Zaparkowałam i ruszyłam do środka, a moje obcasy stukały o marmurowe posadzki. Z każdym krokiem czułam się pewniej niż przed chwilą. Nie byłam już tą samą kobietą, która weszła tu przed laty. Tamta kobieta zniknęła.
Skierowałam się w stronę największej sali VVIP, gdzie mieli być Adrian i jego przyjaciele. Gdy dotarłam do drzwi, usłyszałam fragment ich rozmowy.
"Więc kiedy zamierzasz poślubić Lyndę, nasz przyszły Alfo?" To był Mike, jeden z najbliższych przyjaciół Adriana.
Na ułamek sekundy zamarłam, z dłonią zaciśniętą na klamce.
Wtrącił się inny głos: "Nie zapominajcie, że nasz przyszły Alfa wciąż ma żonę".
Poczułam, jak krew zaczyna się we mnie gotować.
Mike się roześmiał, a jego głos ociekał kpiną. "A kto niby nie wie, że ta kobieta nie zasługuje na Adriana? Powinien był rozwieść się z nią już dawno temu".
Miarka się przebrała. Moja cierpliwość prysła.
Nie zastanawiając się długo, pchnęłam drzwi, wkraczając do pokoju ze spokojnym uśmiechem na ustach. "Już jestem. Kto z was o mnie rozmawiał?" zapytałam, zachowując chłodny ton.
W pokoju zapadła grobowa cisza. Dosłownie wszyscy odwrócili się w moją stronę. Czułam ich spojrzenia jako namacalny ciężar na moich ramionach.
Adrian spojrzał na mnie z lodowatym wyrazem twarzy. "A więc wreszcie się zjawiałaś. Teraz przeproś Lyndę. Od kilku dni jest chora przez to, że ją otrułaś".
Lynda udała niewinność. "Nic nie szkodzi. Nic mi nie jest. Naprawdę, nie musisz przepraszać".
Adrian zmarszczył brwi. "Odpuścić jej? Nie ma mowy. Tak długo się nad tobą znęcała. Dzisiaj dopilnuję, by dostała nauczkę".
Miałam tego serdecznie dość. Chodziło tylko o przeprosiny, tak? Przeprosiny za coś, czego nawet nie zrobiłam? W porządku, mogłam to zrobić.
"Panno Lyndo, przepraszam..."
Lynda niespodziewanie wstała i chwyciła mnie za dłoń, posyłając mi jeden ze swoich przesłodzonych uśmiechów. "W porządku, wybaczam ci. Ale od teraz będziesz musiała lepiej się mną opiekować, dobrze?"
Wymusiłam z siebie uśmiech. "Oczywiście". Ale w głębi duszy pomyślałam: Odchodzę. Daleko od was obojga.
Zaczęłam się odwracać do wyjścia, ale ktoś chwycił mnie za dłoń. Spojrzałam za siebie, to była Lynda.
Czego ona znowu chciała? Posłałam jej nieufne spojrzenie.
"Nie wychodzisz za wcześnie? Przedstawienie dopiero się zaczyna", powiedziała, a jej głos ociekał prowokacją.
"Co masz na myśli?" zapytałam z walącym sercem.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, dwóch mężczyzn w czerni rzuciło się w naszą stronę. Jeden z nich powalił mnie na ziemię, przez co uderzyłam głową o ścianę. Ból eksplodował w mojej czaszce. Z rany zaczęła lać się krew; zakręciło mi się w głowie i z trudem próbowałam zachować przytomność.
Adrian i jego świta podbiegli do nas. Ale kiedy próbowałam zawołać o pomoc, najpierw przebił się głos Lyndy.
"Adrianie! Pomóż mi, to tak bardzo boli!"
Patrzyłam bezradnie, jak Adrian podbiega do niej, bierze ją na ręce i rusza do wyjścia.
Zatrzymał się i spojrzał za siebie. Jego oczy przez krótką chwilę spotkały się z moimi, ale nie było w nich za grosz ciepła. "Każę mojemu Becie po ciebie przyjść. Czekaj tutaj", powiedział obojętnie, po czym odwrócił się do mnie plecami i po prostu odszedł.
Czułam się zdruzgotana. Moje ciało odmawiało posłuszeństwa. Nagle przeszywający, rozdzierający ból przeszył moje podbrzusze. Dzieci.
Drżącymi dłońmi chwyciłam za telefon. "Doktorze Haroldzie, na pomoc! Jestem ranna... w Raven..."
Zanim zdążyłam dokończyć, wszystko ogarnęła ciemność.






