SZEŚĆ LAT TEMU…
DELSANRA
– Nie stój tak po prostu, ty głupia mała suko!
Ostry policzek odrzucił moją twarz w lewo, gdy moja macocha, Elinai, spojrzała na mnie z urazą w oczach, wycierając dłoń o suknię, jakby właśnie dotknęła czegoś obrzydliwego.
– Przepraszam – odpowiedziałam cicho; to była dla mnie norma.
Padłam na kolana i podniosłam szmatę, którą wycierałam podłogę.
– Nie pyskuj! Ty śmieciu! – W jej głosie brzmiało obrzydzenie. Kopnęła mnie ostro w żebra, po czym odeszła.
Zacisnęłam zęby, powstrzymując syk bólu, i ostrożnie dotknęłam żeber wolną dłonią. Wciąż bolały po ostatnim piciu z rąk mojego przyrodniego brata, Dawsona.
Po prostu rób swoje, nie rzucaj się w oczy, a wszystko będzie dobrze.
Tylko to trzymało mnie przy życiu. Moje dłonie były fioletowe z zimna; swędziały i piekły od detergentu w wodzie do mycia – w końcu nie mogłam używać rękawiczek.
Patrzyłam na ciemnoszare podłogi, kontynuując szorowanie. Czym sobie na to zasłużyłam? Nigdy nie byłam hałaśliwym dzieckiem, nie sprawiałam żadnych kłopotów, ale czy ktokolwiek potrzebował powodu, żeby mnie zranić? Nie, nie potrzebowali.
Nikogo nie obchodziłam. Nikt mnie nie kochał.
Wstałam i rzuciłam spojrzenie przez duże okno.
Na zewnątrz było zimno i ponuro, słyszałam, jak deszcz bezlitośnie uderza o szybę. Wycie wiatru przenikało przez tafle szkła i wypełniało rozległe pomieszczenie. Ogromne drzewa, które gwałtownie chwiały się w silnych podmuchach, wydawały się bliskie wyrwania z korzeniami.
W oddali, majacząc na tle ciemności, wznosił się mroczny, złowieszczy zamek należący do Sabatu. Okna jarzyły się światłem, lecz nie było w nich niczego gościnnego.
Sabat i jego ludzie nienawidzili mnie, ponieważ zrodziłam się z ciemności.
Zadrżałam na widok złowrogiego zamku. Od momentu, gdy pięć lat temu przeprowadziliśmy się do Anglii z Salem w Ameryce, wszystko tylko się pogorszyło. Odkąd ojciec objął wysokie stanowisko jednego ze starszych w angielskim sabacie, miał więcej władzy i nikt nie śmiał sprzeciwić się temu, jak mnie traktował.
Mówiło się nawet, że może zostać wyższym starszym, co oznaczało jeszcze większą władzę. Bałam się tego dnia, bo na pewno byłby to mój koniec.
Przycisnęłam dłoń do szyby. Moje chorobliwie chude palce były niezwykle kościste, brakowało im niezbędnych składników odżywczych. Spojrzałam ponad zamkiem na księżyc, który świecił na nas z góry, wyglądając zza ciężkich chmur. Wiedziałam, że za tymi wzgórzami czai się więcej niebezpieczeństw pod postacią wilkołaków i wampirów. Ale nie obchodziło mnie, jak niebezpiecznie tam jest. Wszystko było lepsze niż przebywanie w tym domu. W tym miejscu tortur… w tym piekle…
– Proszę, proszę… Wygląda na to, że ktoś świetnie się bawi, marnując czas.
Moje serce zamarło na dźwięk głosu mojej przyrodniej siostry.
– Kogoś tu trzeba nauczyć rozumu, nie sądzisz, Amorio? – powiedział Dawson, sprawiając, że żołądek zwinął mi się w supeł.
Odwróciłam się i spojrzałam na nich. Dawson obserwował mnie z jawną nienawiścią płonącą w brązowych oczach, podczas gdy Amoria stała, wpatrując się we mnie z pogardą; jej blond włosy były precyzyjnie ułożone w loki, a błękitne oczy kryły w sobie tak wielkie obrzydzenie i urazę, gdy patrzyła na mnie z góry, jakbym była gorsza od zera. Zapewne dla nich tak właśnie było.
– Wracam do pracy – powiedziała cicho, odwracając się z powrotem do wiadra.
Błagam, tylko nie dzisiaj. Moje całe ciało było pokryte siniakami i bolało po ostatnim pobiciu.
– Och? Myślisz, że masz wybór? – zaśmiała się Amoria. – Ugh, spójrz na jej obrzydliwe, brudne włosy.
Nie podniosłam wzroku, starając się nie trząść, podczas gdy moje brązowe włosy zasłaniały mi twarz niczym kurtyna. Były matowe i pozbawione życia, od dawna nie widziały odżywienia ani mycia.
Proszę, odejdźcie…
Nic nie mogłam przeciwko nim zrobić. Moje zdolności były stłumione. Spojrzałam na wyblakłe runy wzdłuż moich nadgarstków. Kajdany, które odcinały moje moce czarownicy.
Zostałam brutalnie wyrwana z zamyślenia, gdy Dawson szarpnął mnie do tyłu za włosy. Ten nagły ruch przeszył moją głowę wstrząsającym bólem, po czym rzucił moim drobnym ciałem o ścianę pod oknem.
Krzyknęłam, gdy przeszył mnie ból.
– Och, chce zrobić scenę – syknęła Amoria, szepcząc zaklęcie. Błękitna mgła jej mocy owinęła się wokół mnie i nagle nie mogłam oddychać, duszona przez zaklęcie, które spowiło moje usta i nos. Walczyłam z nim, a ona się śmiała. – Śmiało, Dawson, przypomnij jej o jej statusie.
Starałam się uspokoić, wiedząc, że wpadnięcie w panikę wcale nie poprawi sytuacji. Bez względu na to, jak bardzo bym z tym walczyła… nic się nie polepszało, czułam się… odrętwiała.
Jak długo miałam to znosić? Miałam trzynaście lat... Ale po prostu chciałam umrzeć... Moje oczy piekły od niewylanych łez, gdy Dawson zaczął mnie bić, nie dbając o to, czy kopie mnie w twarz, klatkę piersiową czy żebra. Śmiał się maniakalnie, a Amoria chichotała. Jej miękki, melodyjny głos brzmiał jadowicie.
Szarpnęła mnie w górę za włosy, a Dawson wymierzył mi kolejne brutalne kopnięcie w brzuch.
Odkąd pamiętam, uczono nas, że wilkołaki są naszymi największymi wrogami, że są podłymi, bezlitosnymi potworami… ale w takim razie... Co z tymi potworami, które ukrywają się za przystojnymi twarzami?
Próbowałam zablokować jego nogę przed uderzeniem w twarz, ale moje dłonie nie były w stanie powstrzymać wyższego, silniejszego mężczyzny.
Proszę, przestań!
Nie mogłam już oddychać. Wzrok mi ciemniał. Brak tlenu ostatecznie dawał o sobie znać, ale tuż przed tym, jak zdążyłam poddać się błogosławieństwu nieświadomości, zaklęcie Amorii zostało zdjęte. Łapczywie zaczerpnęłam powietrza, czując smak krwi w ustach. Krew spływała mi z nosa, otarłam ją drżącą dłonią. Całe moje ciało krzyczało z bólu.
– Co wy dwoje robicie? – rozległ się zimny głos ojca.
– Przepraszam, ojcze, ale była pozbawiona szacunku – zajęczała Amoria.
Ojciec westchnął.
– Cóż, oboje ucieszycie się na wieść, że wreszcie pozbywamy się tego czegoś. Będę mógł w końcu wyrobić sobie nazwisko, porządne, bez cienia tej klątwy! – wypluł z siebie.
Jego słowa zabolały najbardziej, spojrzałam na niego. Wcześniej potrafiłam powstrzymać łzy, ale teraz widok niepohamowanej wściekłości, która z niego emanowała, wydawał się niszczyć we mnie wszystko.
– Ojcze – wychrypiałam.
Szarpnął mnie za łokieć w górę i pociągnął w stronę drzwi.
– Dokąd idziemy?! – krzyknęłam, skomląc z bólu, który przeszywał moje ciało.
– Ojcze! C-co ty robisz? – krzyknął ze strachem mój dziewięcioletni brat Ames z miejsca, w którym stał na krętych schodach.
Jeśli ktokolwiek w tym domu się o mnie troszczył, to tylko on. Cztery lata młodszy ode mnie, ale o sercu pełnym współczucia.
– Wreszcie pozbywam się tego znaku nieszczęścia – warknął ostro ojciec, wypychając mnie za frontowe drzwi.
Uderzyłam w mokrą ziemię, łzy szczypały mnie w policzki, gdy spojrzałam za siebie na ojca, który wychodził na mróz po uprzednim chwyceniu płaszcza. Szarpnął mnie w górę i pociągnął w stronę lasu.
– Ojcze, dokąd mnie zabierasz? Proszę! – krzyknęłam, gdy gładka podłoga zmieniła się w ostre kamienie i żwir, boleśnie wbijając się w moje stopy, im bliżej byliśmy lasu.
Nawet nie zadał sobie trudu, by odpowiedzieć, przyspieszając kroku w głąb lasu. Było lodowato, a moja zniszczona, za duża, cienka koszula zsunęła się z ramienia. Znoszone legginsy, które miałam na sobie, wcale nie chroniły mnie przed zimnem.
Ojciec nagle się zatrzymał i rzucił mnie na ziemię. Nie spodziewałam się tego; poleciałam do przodu, a mój policzek otarł się o korzenie drzewa. Moje serce biło szaleńczo z frustracji i cierpienia. Czym sobie na to zasłużyłam?
– Zgodnie z obietnicą, jest cała twoja – powiedział ojciec.
Napięta, spojrzałam w górę i rozejrzałam się, dostrzegając tylko zakapturzoną postać stojącą kilka stóp dalej; kaptur zakrywał mu twarz.
– Idealnie. Zgodnie z obietnicą. – Rzucił torbę w stronę ojca, który ją podniósł i zajrzał do środka.
– Idealnie – odparł ojciec.
Wszelka nadzieja, jaką miałam, że gdzieś głęboko na dnie wciąż żywi do mnie choć krztynę współczucia, zniknęła, gdy zobaczyłam pliki pieniędzy. Ale to jego kolejne słowa zniszczyły mnie doszczętnie. – Kiedy z nią skończysz, nie przyprowadzaj jej tu z powrotem.
Zabrakło mi tchu, wzrok zamazał mi się od łez, gdy odwrócił się i zaczął odchodzić. Uniosłam drżącą dłoń, wyciągając ją w jego stronę.
– Ojcze! Błagam, nie! – wrzasnęłam.
– Zamknij się – mruknął mężczyzna, który mnie kupił, ciągnąc mnie za ramię.
– Nie! Ojcze, proszę! Nie pozwól mu mnie zabrać! Ojcze! – krzyczałam z całych sił, podczas gdy strach i panika trawiły mnie od środka, gdy szarpałam się, by się uwolnić. – Nie, ojcze, proszę! Proszę… Przepraszam, przepraszam, że nie byłam lepsza…
W głębi duszy wiedziałam, że to nie moja wina... Ale na próżno; byłam wleczona, drapiąc dłoń mężczyzny, by mnie puścił, błagając o wybaczenie i jeszcze jedną szansę. Głęboko we mnie coś pękło. Wyjący wiatr nagle ucichł, a ja posłałam mordercze spojrzenie w ciemność za mną.
Poczułam, jak wzbiera we mnie paląca wściekłość. Nadgarstki mnie piekły, gdy runy zaczęły świecić, a oczy mnie zaszczypały.
– Nie zapomnę tego – wyszeptałam; moje słowa były tak zimne, że sama poczułam złowieszczy dreszcz przebiegający mi po plecach.
– Kurwa! – mruknął mężczyzna, po czym coś uderzyło mnie w tył głowy, potężny ból eksplodował w mojej czaszce, a potem mój świat pochłonęła czerń…






