RAYHAN
Dziesięć minut później byłem już na zimnych, mokrych ulicach. Jako wilkołak nie odczuwałem zbytnio chłodu, byliśmy dość gorącokrwiści. Zatopiony w myślach, pozwoliłem, by nogi same mnie niosły, i wkrótce zorientowałem się, że znalazłem się w spokojniejszej okolicy. Zobaczyłem grupę mężczyzn opartych o mur, wciągających narkotyki i palących. Od tego smrodu aż miałem ochotę zmarszczyć nos.
"Laluś wygląda na dzianego… Obijemy mu mordę?" – mruknął jeden z nich.
"Zbyt głupi, żeby się tu kręcić… Te ciuchy to pieprzone markówki, stary, przysięgam…"
"Same jego buciory to pieprzone kopalnie złota."
Och, lepiej, żebyście nie szukali ze mną zwady… Mogłem wyglądać na bogatego kolesia, ale potrafiłbym powalić ich wszystkich z jedną ręką przywiązaną do pleców. Naprawdę nie miałem na to ochoty. Zmarszczyłem brwi; a w sumie to jednak miałem ochotę na trochę zabawy.
Na mojej twarzy zagościł złośliwy uśmieszek, gdy szedłem dalej z rękami w kieszeniach.
Naprawdę sami się o to prosili…
Zaczęli iść za mną. Zwolniłem, odwracając się i unosząc brew.
"W czymś wam pomóc, chłopcy?" – zapytałem.
"A jak myślisz, stary? Myślisz, że jesteś jakąś grubą rybą albo kimś takim?" – zachichotał jeden z nich z silnym akcentem.
"Nie, po prostu lalusiem wystarczająco głupim, żeby kręcić się tu zupełnie samemu" – rzuciłem kpiąco, rozbawiony.
To sprawiło, że wyglądali na nieco zdezorientowanych. Prawdopodobnie zastanawiali się, czy to zbieg okoliczności, że powiedziałem dokładnie to, co oni chwilę wcześniej. Wiedziałem, że gdyby byli przy zdrowych zmysłach, żaden z nich by do mnie nie podszedł. Byli jednak zbyt naćpani, by wyczuć, że nie jestem kimś, z kim można pogrywać.
"Cóż, skoro już tu jesteś, to może trochę się zabawimy?" – powiedział jeden z masywniejszych, strzelając knykciami.
Westchnąłem i wzruszyłem ramionami. Wyraźnie nie dostrzegali, że jestem bardziej muskularny niż oni wszyscy razem wzięci.
"No to zagrajmy. Dawaj, lalusiu, zabawmy się trochę" – zarechotał kolejny.
"Naprawdę chciałbym móc powiedzieć, że przynajmniej jeden z was jest w moim typie, ale każda z waszych twarzy jest gorsza niż zad osła, a to już samo w sobie całkowicie mnie zniechęca" – zauważyłem, przeczesując włosy palcami.
Wybuchnęli śmiechem, szydząc i przeklinając.
"Słyszycie to, chłopaki? Z ostatniej chwili, lalusiu: to ty jesteś tu suką."
Moje oczy błysnęły, a uśmiech zniknął, gdy wezbrał we mnie gniew. Ani ja, ani mój wilk nie zamierzaliśmy wysłuchiwać obelg od kogokolwiek, a już na pewno nie od jakichś żałosnych śmieci.
"Poddajmy to zatem testowi" – powiedziałem cicho.
Moja aura owinęła się wokół mnie i choć starałem się ją tłumić, gniew wręcz ze mnie promieniował. Spięli się, gdy ruszyłem w ich stronę, ale zanim zdążyli zareagować, chwyciłem pierwszego i uderzyłem go pięścią w twarz. Dwaj następni rzucili się na mnie; cofnąłem się o krok, pozwalając im zderzyć się ze sobą. Kolejny próbował zakraść się od tyłu, ale obróciłem się na pięcie, kopiąc go prosto w twarz.
"Pieprz się, ty gnoju!"
Pozorny przywódca tych szumowin rzucił się na mnie. Chwyciłem go za gardło, trzymając na dystans, podczas gdy on zamachnął się na mnie wyciągniętym niewielkim nożem.
"Powinieneś nauczyć się szacunku" – warknąłem, a w moich oczach płonął ogień.
Walcząc z przemożną ochotą, by skręcić mu kark, uderzyłem go pięścią w krtań, robiąc wszystko, by powstrzymać pełnię swojej siły. Ostatnich dwóch cofnęło się ze strachem.
"On… nie jest normalny…" – wybełkotał jeden z nich, gdy tylko na mnie spojrzeli.
Wiedziałem, że chodziło im o moje świecące na zielono oczy; nawet w przyćmionym świetle latarni ulicznych przemiana była widoczna. Do jutra i tak zapomną o dzisiejszej nocy dzięki ogromnej ilości narkotyków w ich organizmach, albo uznają, że mieli halucynacje.
"Na waszym miejscu bym nie uciekał, bo zawsze uwielbiam pościgi…" Mój głos nie brzmiał już w pełni po ludzku; nałożył się na niego głos mojego wilka.
Wyglądali na jeszcze bardziej przerażonych, gdy zacząłem iść w ich stronę. Łapiąc ich za kołnierze, zderzyłem ich głowy ze sobą, pozwalając, by upadli jak szmaciane lalki. Naprawdę nie miałem już ochoty użerać się z ludzkimi śmieciami. Spojrzałem na ziemię, gdzie wszyscy leżeli, większość z nich była nieprzytomna.
Czas się stąd zbierać…
Zanim odszedłem, upewniłem się, że moimi tak zwanymi „butami – kopalniami złota” nadepnąłem na kilka z ich klejnotów rodowych.
Dwaj, którzy nie stracili całkowicie przytomności, wrzasnęli z bólu, brzmiąc jak małe dziewczynki, co wywołało złośliwy uśmieszek na moich ustach.
Cóż, to było całkiem zabawne.
Moje myśli po raz kolejny powędrowały w stronę tamtego snu. Nie śniłem o niej ani o tamtym dniu od ponad pięciu miesięcy, więc dlaczego to teraz wróciło? Zaczynał mnie męczyć tępy ból głowy.
Tak naprawdę z nikim nie mogłem o tym porozmawiać. W każdym razie nie w odpowiedni sposób, nie o tym, co naprawdę czułem… Wszyscy wydawali się dziwnie zachowywać, gdy tylko poruszało się ten temat. Tata – u niego mógłbym spróbować, ale powiedziałby Mamie, a Mama nienawidziła tego tematu.
Jedynymi, z którymi wydawałem się nadawać na tych samych falach, były Kiara i Raven. Z żadną z nich jednak nie mogłem o tym pogadać. Po pierwsze, nie miałem numeru do Raven i nie byliśmy ze sobą zbyt blisko. Kiara… Cóż, choć byliśmy przyjaciółmi, teraz była przeznaczoną mojego wuja. To, że z nią spałem, nie pomagało naszym relacjom, i mimo że wujek Al i ja znowu dogadywaliśmy się lepiej, nie zamierzałem do niej wypisywać, dając mu powód do prób rozszarpania mnie na strzępy.
Chyba zostałem z tym sam, ja i moje sny.
Kopnąłem leżącą na ziemi butelkę, patrząc, jak uderza o oddaloną ścianę i rozbija się na tysiąc kawałków. Przestraszony kot zamiauczał, a gdzieś w oddali zaszczekały dwa psy.
Gdy skręciłem za róg, dotarł do mnie najbardziej kuszący zapach, jaki kiedykolwiek czułem. Moje tętno przyspieszyło, a potrzeba odnalezienia źródła tego zapachu całkowicie mnie pochłonęła.
Rzuciłem się biegiem, podążając za nim, co zaprowadziło mnie do najgorszych dzielnic miasta. Przez wąskie, boczne uliczki i nad niskimi murkami – mój wilk robił się coraz bardziej niespokojny. Pragnienie przemiany i tropienia w wilczej formie groziło przejęciem nade mną kontroli. Coś w tym zapachu… Bogini, był niebiański, co do tego nie było żadnych wątpliwości.
Z przodu usłyszałem jakieś zamieszanie; zapach nagle stał się silniejszy. Przyspieszyłem i w tym właśnie momencie zobaczyłem szczupłą, młodą kobietę biegnącą w moją stronę i oglądającą się za siebie. Jej serce waliło jak młot, oddech był ciężki, a bardzo jasne włosy zasłaniały jej twarz. Zbliżały się także dwie pary cięższych kroków, a zapach czarownic mieszał się z jej odurzającą wonią.
Zamarłem w bezruchu, a moje serce biło szaleńco, gdy wpatrywałem się w tę młodą kobietę – źródło tego zapachu.
Olśnienie uderzyło we mnie niczym piorun. Ta dziewczyna… ten człowiek… ona…
Oglądając się za siebie, była tak pochłonięta własną paniką, że wpadła prosto na mnie. Wybuchły iskry, przeszywając mnie niczym skwierczący kabel pod napięciem. W chwili, gdy nasze ciała się zetknęły, upadłaby na ziemię, gdybym jej nie złapał. Moja dłoń oplotła jej wąską talię, a ona zachłysnęła się powietrzem, patrząc na mnie w górę; jej dłonie zaciskały się na skórze mojej kurtki. Zza jej kosmyków szeroko otworzyły się oszałamiające, wibrujące błękitem oczy. Nigdy w życiu nie widziałem piękniejszych oczu.
Jej zapach mnie otulił, a w momencie, gdy jej piersi otarły się o moją cienką koszulę, moje oczy błysnęły. Przetoczyła się przeze mnie paląca potrzeba, by ją naznaczyć.
Bogini… To moja przeznaczona.






