Kace siedział w SUV-ie, patrząc przez okno na miasto. Po raz setny od momentu wylądowania na lotnisku westchnął ciężko. Przyniosło mu to ukradkowe spojrzenie ze strony Kaela, jego gammy, który siedział obok na tylnym siedzeniu.
Z przodu jechało dwóch ich wojowników, a trzech kolejnych podążało za nimi w drugim samochodzie. Trasa z lotniska do głównej siedziby VGE została fabrycznie zaprogramowana w systemach GPS aut, które czekały na nich na lotnisku. Przynajmniej pod tym względem wszystko wydawało się dobrze zaplanowane, pomyślał Kace.
Nie chciał brać w tym udziału. Nie chciał być z dala od swojej watahy wraz z kilkoma swoimi najbardziej zaufanymi wojownikami akurat teraz, gdy zagrożenie ze strony wyrzutków było bezprecedensowe. Wiedział jednak, że ten szczyt jest absolutnie konieczny.
Jego wataha, jak większość, ucierpiała z powodu ataków wyrzutków. Mieli szczęście, że obyło się bez ofiar śmiertelnych. Kace zdawał sobie jednak sprawę, że jeśli ataki będą się powtarzać, to tylko kwestia czasu, zanim ich szczęście się wyczerpie. Musieli nawiązać współpracę z innymi watahami.
Nie miał jednak żadnej nadziei, że naprawdę im się to uda. Zamknięcie wszystkich alfów w jednym pokoju z tymi ich całymi grami politycznymi i rozdmuchanym ego mogło skończyć się tylko chaosem. Jego ostatecznym celem było znalezienie kilku nowych sojuszników, a może i paru watah otwartych na wymianę informacji wywiadowczych. Byłby usatysfakcjonowany, gdyby wyjechał z tymi osiągnięciami.
Spojrzał w górę na wysoki budynek z logiem VGE na froncie. Był potężny i, chociaż Kace wcale tego nie chciał, zrobił na nim spore wrażenie. Zostali skierowani do podziemnego parkingu, gdzie powitał ich pracownik, który potwierdził ich tożsamość, a także to, że mieli umówione spotkanie z alfą.
Następnie zaprowadzono ich do windy, informując, że jest to winda ekspresowa. Zostaną odpowiednio ugoszczeni. Osobista asystentka pary alfa miała na nich czekać.
– Są świetnie zorganizowani – powiedział Kael, gdy tak stali, przysłuchując się muzyce w windzie.
– Jak na razie – rzucił Kace.
– Błagam, wykrzesz z siebie odrobinę optymizmu, kiedy spotkamy alfę Watahy Rubinowego Serca – westchnął Kael.
– Jasne, postaram się.
– Dzięki – odpowiedział Kael, ignorując sarkazm w głosie przyjaciela.
Kace po prostu potrząsnął głową i w myślach przygotowywał się do spotkania. Poprosił o nie, aby on i Kael mogli zapoznać się ze szczegółami dotyczącymi zabezpieczeń, zanim szczyt rozpocznie się jutro.
Drzwi się otworzyły i zrobił krok, wchodząc do nowocześnie zaprojektowanego holu. A potem jego umysł nagle ogarnęła całkowita pustka. Jedyną rzeczą, o jakiej był w stanie myśleć, był zapach wiśni i miodu. Zdumiewający aromat całkowicie go pochłonął; stał zamarły w bezruchu, chłonąc tę woń. Kael oraz wojownik, który im towarzyszył, nie mogli wyjść z windy, ponieważ zagrodził im drogę.
Kace jak przez mgłę rejestrował, że Kael stara się zwrócić jego uwagę, ale całkowicie go zignorował, skupiając się na znalezieniu źródła zapachu. Odwrócił się w lewo, a jego oczom ukazała się najpiękniejsza wilczyca, jaką kiedykolwiek widział.
Miała ciemnobrązowe włosy zebrane z tyłu; pozwolił swoim oczom powoli prześlizgnąć się po jej ciele. Była niska i szczupła, ale jej krągłości znajdowały się w takich miejscach, że zaschło mu w gardle, a jego spodnie natychmiast zrobiły się ciaśniejsze. Zazdrościł czarnej ołówkowej spódnicy opinającej jej biodra, i jasnoturkusowej bluzce, która subtelnie zarysowywała dekolt, nie odsłaniając jednocześnie zbyt wiele.
Gdy wreszcie spojrzał na jej twarz, jego oczy napotkały wpatrujące się w niego, lodowato błękitne tęczówki, a on sam na chwilę wstrzymał oddech. Podczas gdy on tkwił w bezruchu, w zachwycie nad stojącą przed nim istotą, jego wilk dosłownie wpadał w ekstazę, usilnie popychając go do przodu.
Wyglądała na równie zaskoczoną co on. Kiedy jego nogi w końcu znów zaczęły działać, zrobił dwa długie kroki i zatrzymał się zaledwie centymetry od niej.
– Przeznaczona! – warknął, ani na moment nie zrywając z nią kontaktu wzrokowego.
– Przeznaczony – potwierdziła cichym głosem.
– Gratulacje, stary – rzucił Kael, silnie klepiąc Kace'a w plecy. Uwagę Kace'a wciąż pochłaniała jego przeznaczona i nie docenił faktu, że jego przyjaciel tak nieoczekiwanie zbliżył się do niej. Wydał z siebie ostrzegawcze warknięcie.
– Spokojnie, przyjacielu – powiedział mu Kael, a dla własnego bezpieczeństwa cofnął się o kilka kroków.
– Avo, gdzie ty się podziałaś? – Kace usłyszał kobiecy głos, a potem ujrzał kobietę wychodzącą zza rogu, tuż za którą podążał mężczyzna. Ów mężczyzna ewidentnie był alfą. Kace od razu poskładał fakty, że musi to być ich gospodarz.
Nadal nie podobało mu się, że jakikolwiek samiec zbliża się zbytnio do jego przeznaczonej. Wydał z siebie kolejne warknięcie, nieco głośniejsze niż poprzednio, gdy tamci zbliżyli się do pięknej kobiety przed nim. Oboje zatrzymali się, a alfa Vance natychmiast pociągnął swoją partnerkę za siebie.
– Co tu się dzieje? – zapytał z autorytetem w głosie alfa Vance. To wydawało się wyrwać przeznaczoną Kace'a z oszołomienia.
– Alfo, poznałam swojego przeznaczonego – powiedziała jego przeznaczona cichym głosem. Był to najpiękniejszy dźwięk, jaki Kace kiedykolwiek usłyszał. Przez sekundę zastanawiał się, czy powinien się martwić, że wszystko, co robiła ta mała wilczyca, budziło w nim tak ogromne emocje. Uznał jednak, że wcale go to nie obchodzi.
Luna zapiszczała z radości i wyszła zza swojego partnera, kierując się do partnerki Kace'a. Alfa próbował ją powstrzymać, wyciągając ramię. Jednak ona z łatwością go ominęła i podbiegła, by uściskać przyjaciółkę. Alfa Vance bacznie obserwował Kace'a, by sprawdzić, czy ten będzie miał coś przeciwko tej interakcji. Ale Kace to zignorował. Luna nie była samcem, a jego instynkty opiekuńcze nie zostały uruchomione.
– Och, Ava, tak bardzo się cieszę twoim szczęściem – powiedziała Luna Vivienne, tuląc w objęciach jego przeznaczoną. Ava? Kace musiał poznać imię swojej partnerki. Kiedy Luna skończyła ją obejmować, uśmiechnął się do małej wilczycy z góry.
– Jestem Kace Vane, alfa Watahy Obsydianowego Księżyca. Mogę poznać twoje imię? – zapytał.
– Nazywam się Avery Solis, alfo Kace. Miło mi cię poznać – powiedziała jego partnerka i uśmiechnęła się do niego, przez co jego serce zabiło o wiele szybciej.
– Proszę, mów mi Kace – powiedział, a ona potaknęła z lekkim rumieńcem wkradającym się na jej policzki. Była po prostu urocza, pomyślał Kace.
– Naprawdę przepraszam, że przerywam. Wiem, jak to jest, gdy poznaje się swojego przeznaczonego. Musimy jednak rozpocząć spotkanie – przypomniała im wszystkim delikatnie Luna. Kace dostrzegł zmianę w Avery. Jej łagodny uśmiech całkowicie zniknął. Wyprostowała plecy i przybrała chłodny, profesjonalny wyraz twarzy. Kace'owi wcale się to nie spodobało. Chciał z powrotem ujrzeć ten szczery uśmiech.
– Masz rację, Luno Vivienne. Proszę o wybaczenie – rzekła Avery. – Proszę za mną. Przygotowałam małą salę konferencyjną – kontynuowała, patrząc na Kace'a, Kaela i wojownika. Następnie odwróciła się, by wskazać im drogę.
Luna Vivienne dołączyła do swojego partnera i ruszyła przodem, a Kace przyspieszył kroku, by iść tuż obok Avery. Instynktownie wyciągnął ramię i ujął jej dłoń. Czuł, jak po jego skórze w miejscu, w którym jej dotykał, przeskakują iskry.
Spojrzała w dół na ich splecione dłonie, a potem podniosła wzrok na niego. Przez chwilę martwił się, że wyrwie mu rękę. Ona jednak po prostu się do niego uśmiechnęła i wprowadziła go do sali konferencyjnej, w której znajdował się stół mogący pomieścić osiem osób.
– Avo, myślę, że będzie najlepiej, jeśli z nami zostaniesz – powiedziała z uśmiechem Luna Vivienne. Kace ucieszył się z tej sugestii. I tak nie pozwoliłby Avery opuścić tego pokoju bez niego.
Przy oknie, po drugiej stronie stołu, stał jeszcze jeden wilk. Kace dokonał szybkiej oceny. Wyglądał na mężczyznę po trzydziestce; był w dobrej formie, bez wątpienia urodzony wojownik. Rzut oka na jego szyję i Kace już wiedział, że nie ma partnerki. Kace pociągnął delikatnie Avery za dłoń, by podeszła do niego bliżej.
– Sprawy przybrały dość nietypowy obrót na samym starcie. Zacznijmy więc od początku – rzekł z uśmiechem alfa Vance.
– Witam w naszym mieście. Jestem alfa Vance z Watahy Rubinowego Serca, dyrektor generalny VGE i gospodarz tego szczytu. To moja urocza partnerka i Luna, Vivienne, również dyrektor generalna VGE i gospodyni szczytu. Mieliście już okazję poznać naszą asystentkę, Avery – ciągnął, uśmiechając się szeroko.
– A to nasz szef do spraw bezpieczeństwa w VGE i nasz gamma, Viggo – alfa Vance przedstawił ich mężczyźnie, który odwrócił się i kiwnął im głową. Kace upewnił się, że staje dokładnie pomiędzy obcym wilkiem a Avery.
– Dziękuję. To przyjemność móc tu gościć. Jak już wspomniałem, jestem alfa Kace z Watahy Obsydianowego Księżyca. To mój gamma Kael i jeden z moich najlepszych wojowników, Dane – oświadczył Kace, trzymając Avery tak daleko od Viggo, jak to tylko było możliwe bez zwracania na to zbytniej uwagi.
– Usiądźcie, proszę, będziemy mogli zaczynać – poprosiła Luna Vivienne, wskazując na stół.






