Wiele wilków nie miało cierpliwości, by czekać na swojego prawdziwego partnera, i zamiast tego zadowalało się tym z wyboru.
Avery nie była pewna, czy w ogóle będzie miała partnera. Nie narzekała na brak opcji. Zwykle regularnie dostawała propozycje randek. Nigdy jednak nie pozwalała sobie uwierzyć, że to z powodu jej wyglądu czy osobowości. Nie, działo się tak, ponieważ była omegą.
Mimo że omegi miały najniższą rangę, byli poszukiwanymi partnerami, zwłaszcza samice. Ze względu na ich opiekuńczą naturę, a tradycja głosiła, że są bardziej płodne niż inne wilkołaki. To czyniło je najlepszym wyborem dla wszystkich męskich wilków, niezależnie od rangi.
Ale Avery nie chciała związku opartego na jej randze. Gdyby miała mieć partnera, musiałby to być ktoś, kto kochałby ją za to, kim jest, a nie za to, czym jest. Wiedziała, że szanse na spotkanie prawdziwego partnera są niewielkie, ale była gotowa żyć w samotności, gdyby zaszła taka potrzeba. Miała dobre życie.
– Jest kilku niepołączonych samców, którzy o ciebie pytają – powiedziała Luna, sugestywnie poruszając brwiami.
– Cóż, wiesz, że to mnie nie interesuje – odparła Avery, czując, jak jej policzki robią się gorące.
– Nigdy nie mów nigdy, moja przyjaciółko – uśmiechnęła się Luna Vivienne.
– Moja mała swatka – zaśmiał się alfa.
Avery uśmiechnęła się, po czym przeprosiła, by przygotować salę konferencyjną na spotkanie przywództwa watahy.
W drodze do sali konferencyjnej niemal wpadła na Viggo, gammę watahy.
– Hej, Avery, wszystko w porządku? – zapytał, łapiąc ją za ramiona, żeby nie zderzyła się z nim na pełnej prędkości.
– Och, Viggo, przepraszam. Tak, wszystko w porządku. Po prostu skupiłam się na tym, co muszę przygotować na zebranie – powiedziała, robiąc krok w tył, żeby ją puścił.
– Musisz uważać, nie chcemy, żeby stała ci się krzywda – powiedział z uśmiechem, wciąż trzymając dłonie na jej ramionach.
– Nie jestem tak kruchutka, na jaką wyglądam. Muszę biec, jeszcze raz przepraszam, że omal cię nie stratowałam – powiedziała Avery. Jego dotyk sprawiał, że czuła się niekomfortowo.
– Nie ma sprawy, do zobaczenia na spotkaniu – powiedział, wreszcie ją puszczając, tak by mogła go wyminąć.
Szybko weszła do sali konferencyjnej i z ulgą dostrzegła, że w środku znajduje się już inny członek watahy, który układał na stole wodę i przekąski. Avery nie wiedziała dlaczego, ale po prostu nie chciała być sama.
Oprócz pary alfa w spotkaniu mieli wziąć udział beta i gamma. Zaproszono też czworo starszych oraz byłego alfę. Jednym ze starszych był ojciec Avery. Uśmiechnął się, gdy tylko wszedł do sali konferencyjnej.
– Witaj, Orzeszku – przywitał się, rozkładając ramiona.
– Tato – powiedziała, udając irytację, podczas gdy wślizgnęła się w jego ramiona i go uściskała.
– Zawsze będziesz moim orzeszkiem, Orzeszku – powiedział ze śmiechem, puszczając ją i zajmując swoje miejsce.
Następnie pojawił się były alfa, przywitał ją wesoło, po czym usiadł obok jej ojca. Obaj od zawsze byli przyjaciółmi, pomimo różnicy w statusie.
– Proszę, usiądźcie, rozpocznijmy zebranie – rzekł alfa Vance. Avery zamknęła drzwi i zajęła miejsce za alfą. Nie była uczestniczką zebrania, lecz osobą, która robiła notatki i zajmowała się sprawami praktycznymi.
Po przeanalizowaniu i zatwierdzeniu budżetu, zmieniono temat.
– Dziś rano miał miejsce atak wyrzutków na Watahę Szkarłatnej Rzeki – powiedział alfa Vance. Wśród wilków rozległy się szepty.
Wataha Szkarłatnej Rzeki była ich najbliższym sąsiadem i teraz Avery zrozumiała, dlaczego alfa zamówił samochód pierwszej klasy.
Nastąpił nagły wzrost liczby ataków wyrzutków. Nie tylko w ich watasze zauważono taką tendencję. Według alfy Vance'a, watahy w całych Stanach Zjednoczonych borykały się z tym samym problemem. Ataki stały się nie tylko częstsze, ale też bardziej bezlitosne, a z każdym z nich rosła liczba zabitych i rannych wilków.
– Rozmawiałem z kilkoma alfami z całego kraju i jesteśmy zgodni, że w celu rozwiązania tego problemu musimy nawiązać współpracę – poinformował ich alfa Vance. – Zaoferowałem, że VGE zorganizuje szczyt w tej sprawie i mam zaszczyt ogłosić, że moja propozycja została przyjęta – kontynuował.
Zaskoczyło to Avery. Takie zgromadzenie przedstawicieli watah było rzadkością. Zazwyczaj to tylko najbliższe watahy spotykały się, by omówić różne sprawy lub organizowały imprezy, aby niepołączeni w pary członkowie mieli okazję się poznać. Jeśli watahy łączyły więzy krwi, szczególnie w rodzinach alfów, zawierały ze sobą sojusze.
W pozostałych przypadkach większość watah sobie nie ufała i wolała trzymać się z daleka. Wilkołaki były terytorialnymi stworzeniami.
– Spotkamy się na początku krwawego księżyca. Mamy niecały miesiąc, żeby to wszystko zorganizować. Oczekuję od was wszystkich pełnego zaangażowania – zakończył.
Po zebraniu Avery porozmawiała chwilę z ojcem. Następnie on udał się na piwo z byłym alfą, a ona zapragnęła pójść pobiegać.
Avery weszła po schodach do swojego pokoju. Chociaż miała mieszkanie w mieście, dysponowała również swoim miejscem w domu watahy.
Parter domu przeznaczony był na przestrzenie wspólne. Pierwsze piętro składało się z pokoi dla epsilonów i omeg. Połowę drugiego piętra zajmowały rodziny bety i gammy, a resztę stanowiły mieszkania dla wojowników. Najwyższe piętro przeznaczono dla rodziny alfy, w tym na gabinety alfy i Luny.
Avery powinna mieć pokój na pierwszym piętrze. Ale Luna Vivienne stwierdziła, że nie ma o tym mowy. Jako ich osobista asystentka, Avery musiała znajdować się blisko pary alfa. Dlatego otrzymała małe mieszkanie tuż przy schodach, po stronie wojowników na drugim piętrze.
Musiała przebrać się z ubrań roboczych i pójść pobiegać. Był piątek, więc mogła zostać na weekend i wrócić do miasta w poniedziałek. Mogła spędzić czas z ojcem i wybierać się na długie biegi po lesie.
Telepatycznie poinformowała Lunę Vivienne, że idzie pobiegać. Znalazła odpowiednie drzewo, za które mogła wślizgnąć się i rozebrać. Wystarczyły sekundy, by w miejscu Avery stanął mały, smukły, ciemnobrązowy wilk. Zdecydowanie należała do omeg. Luna Vivienne zawsze mawiała, że wilczyca Avery jest urocza i filigranowa.
Mimo że Avery niespecjalnie lubiła, gdy nazywano ją filigranową, musiała przyznać, że jej wilczyca nie wyglądała na dużą ani przerażającą. Była jednak niezwykle szybka i zwinna, co często zaskakiwało inne wilki.
Gdy minęła pierwsza radość z biegu, jej ludzki umysł mógł skupić się na rozwiązaniu wszystkich zawiłości jej myśli.
Głównym tematem tego wieczoru był zbliżający się szczyt. VGE dzieliło się na dwa obszary działalności. Pierwszym biznesem, zarządzanym przez Lunę, było planowanie wydarzeń.
Druga część, kierowana przez alfę, oferowała rozwiązania w zakresie bezpieczeństwa. Obejmowało to wszystko, począwszy od ochroniarzy, aż po bezpieczeństwo danych korporacyjnych.
Działali zarówno w świecie ludzkim, jak i nadprzyrodzonym, odnosząc w obu godne uwagi sukcesy.
Dzięki temu VGE idealnie nadawało się do organizacji tego szczytu. Luna Vivienne jak zawsze zaplanowałaby niesamowite i zachwycające wydarzenie. Z kolei przy tak wielu najwyższych rangą członkach watah w jednym miejscu, ochrona musiała być zapięta na ostatni guzik. O to z pewnością zadbałby alfa Vance.
W samym środku tego wszystkiego znalazłaby się Avery. Jej zadaniem, jak zwykle, byłoby zadbanie o to, by obie strony ze sobą współpracowały. Uśmiechnęła się w duchu, uświadamiając sobie, że nie może się tego doczekać. Owszem, szykowało się mnóstwo bieganiny i ogrom pracy. Ale to jej nie przeszkadzało. Wiedziała, że to będzie ekscytujące.
Po powrocie do pokoju połączyła się telepatycznie z ojcem, by zapytać, czy może wpaść do niego następnego dnia, a potem zaplanowali wspólny dzień ojca i córki.
Nazajutrz, po śniadaniu, wyruszyła do domku ojca. Jak zawsze przywitał ją ciepłym uściskiem i szerokim uśmiechem. Odkąd jej matka odeszła trzy lata temu, ojciec był jej jedyną rodziną.
Fakt, że jej ojciec żył i cieszył się stosunkowo dobrym zdrowiem, zarówno psychicznym, jak i fizycznym, był świadectwem jego siły. Większość wilków, która traciła partnera, zwłaszcza tego prawdziwego, po prostu powoli usychała z tęsknoty.
Jednak jej ojciec, zwykły omega, nie poddał się. Nie znaczy to, że strata nie miała na niego wpływu. Większą część pierwszych sześciu miesięcy spędził w łóżku. Ale nie zamierzał odpuszczać. Mówił wszystkim pytającym, że robi to z potrzeby bycia przy córce. Z czystym sumieniem nie mógł zostawić jej bez rodziny.
Avery zawsze była córeczką tatusia, a jego determinacja, by przy niej trwać, jeszcze bardziej pogłębiła łączącą ich więź.
Po kilku godzinach gry w kanastę, której stawką były ciasteczka cynamonowe upieczone przez jej ojca, usiedli na werandzie, rozmawiając, jedząc kanapki i pijąc mrożoną herbatę. Popołudniem rozsiedli się wygodnie, by obejrzeć kilka starych filmów, a dzień zakończyli grillem. W odczuciu Avery był to idealny dzień.
Weekend minął zbyt szybko i zanim się zorientowała, siedziała z alfą i Luną w samochodzie, wracając do miasta.
Powinna spędzać więcej czasu w watasze. Lubiła to. Nie było to jak bieganie po lesie czy spędzanie czasu z ojcem. Jednak dojazdy nie należały do rzeczy, które lubiła najbardziej. Nawet jeśli szefowie proponowali jej, że może z nimi podróżować. Czerpała radość z faktu, że jest pierwszą osobą w biurze.
Nadchodzące cztery tygodnie okazały się bardziej intensywne niż wszystko, czego Avery do tej pory doświadczyła. Logistyka była skomplikowana, gdy starano się brać pod uwagę wszelkie sojusze oraz wzajemne animozje.
Przynajmniej raz dziennie alfa Vance tracił cierpliwość, a wtedy Avery musiała prosić Lunę, aby go uspokoiła. W ostatnim tygodniu przed rozpoczęciem szczytu Avery poprosiła Lunę, aby pracowała w gabinecie alfy. Zaoszczędziło to im wszystkim czasu i resztek zdrowia psychicznego. Avery nie mogła się doczekać, aż szczyt dobiegnie końca, a jej życie wróci do normy.






