Każdy krzyk ginie bez echa, gdy wiatr porywa moje wołania o Reida i domaga się, bym go uciszyła. Mam suche i obolałe gardło, a usta spierzchnięte od lodowatego wichru. Mocno przytulam dziecko do piersi; jego ciepło ogrzewa mnie, jakbym tuliła koc elektryczny. Dopiero gdy spoglądam na niego, zdaję sobie sprawę, że obserwuje mnie ciekawymi, smutnymi oczami.
— Wszystko będzie dobrze, maluchu — szepcz






