languageJęzyk

Rozdział 2

Autor: Beatrice Hammond13 kwi 2026

"Camellio" – powiedział Caspian. Wypowiedział to cichym, przepełnionym smutkiem głosem.

"Caspian" – odpowiedziałam. Ledwie zauważyłam, jak wszyscy wokół nas rozstąpili się, dając nam swobodne spojrzenie na siebie nawzajem. To było ważne, by dać nowo odnalezionej parze przestrzeń, ponieważ instynkt opiekuńczy osiągał wtedy szczytowy poziom, dopóki się nawzajem nie naznaczyli. Gdzieś w tle słyszałam śmiech mojego ojca i Alfy, gdy składali sobie gratulacje. Zobaczyłam cień przemykający przez twarz Caspiana i znałam go na tyle dobrze, że serce i żołądek podeszły mi do gardła.

"Cami" – powiedział Caspian, używając zdrobnienia, którym posługiwała się wataha. Jego głos był smutny, a ja próbowałam przygotować się na to, co, jak wiedziałam, zaraz miało nadejść. Zrobił kilka kroków w moją stronę, ale ja nie mogłam się poruszyć, nie potrafiłam oderwać wzroku od jego oczu. Powiedziały mi to, co zamierzał wypowiedzieć, zanim słowa opuściły jego usta. "Przykro mi, Cami, ale nie mogę. Wiesz, że nie mogę" – powiedział. Wiedziałam, że to nadchodzi, ale mimo to każde słowo było jak fizyczny cios. Wataha zamilkła jak makiem zasiał, wszyscy słuchali, a ja przez chwilę pragnęłam, by słowa Caspiana naprawdę były fizycznymi ciosami. Wtedy miałabym chociaż szansę stracić przytomność albo umrzeć. Zrobiłabym wszystko, byle tylko nie stać w środku watahy, odrzucana przez jedyną osobę, która powinna mnie kochać ponad wszystkich innych. "Pewnego dnia zostanę Alfą, potrzebuję silnej Luny" – kontynuował Caspian, jakby nie zdawał sobie sprawy, że właśnie wyrywa mi serce z piersi. "Cami, ty nie masz wilka, a nawet jeśli go zyskasz, wszyscy wiemy, że będzie słaby. Kocham cię, dobrze o tym wiesz. Ale moim obowiązkiem jest wataha, a ona zasługuje na silną Lunę" – dokończył. Przez długi czas panowała tylko cisza. Próbowałam znaleźć słowa. Moim pierwszym instynktem było błagać go, bym mogła być kimkolwiek zechce. Mogłam się zmienić. Ale ta część mnie, która sprawiała, że moja matka wzdychała z rozpaczą i narzekała, jak upartą ma córkę, powstrzymała mnie.

"Synu" – powiedział łagodnie Alfa. "Nie musisz tego robić teraz."

"Byłoby okrucieństwem dawać jej nadzieję. Nie zrobię jej tego" – stwierdził Caspian.

"Musisz to przemyśleć, synu. To nie jest ani miejsce, ani czas." W głosie Alfy zabrzmiało ostrzeżenie.

"Nie zmienię zdania" – upierał się Caspian. Poczułam, jak mój ojciec i matka podchodzą, stając po moich obu stronach. Matka objęła mnie w pasie.

"Caspianie, pomyśl o tym, co robisz, jesteście sobie przeznaczeni. Bogowie zadecydowali, że wzajemnie się dopełniacie" – powiedział mój ojciec.

"Przykro mi" – to wszystko, co odpowiedział Caspian.

"Nie będziesz mógł wziąć udziału w igrzyskach." Głos mojego ojca był lodowaty, a po jego słowach przez watahę przetoczył się szmer. Igrzyska były sposobem, w jaki watahy ustalały swoje wpływy i liczbę głosów, jaką otrzymają na corocznym szczycie watah. Igrzyska odbywały się co dziesięć lat, a każda wataha wysyłała do udziału pięciu najbardziej obiecujących członków wraz z personelem pomocniczym. Uczestnicy mierzyli się tam nie tylko z wyzwaniami fizycznymi. Testowano wszystko – od siły przez wytrzymałość, aż po inteligencję i spryt. Moja wataha zawsze lądowała w pierwszej dziesiątce, a przez ostatnie pięćdziesiąt lat mieściliśmy się w pierwszej piątce. Aby znaleźć się w gronie pięciu członków wysyłanych na igrzyska, trzeba było mieć ukończone osiemnaście lat i być w pełni sił fizycznych oraz psychicznych. To, na co zwrócił uwagę mój ojciec, oznaczało, że zerwanie więzi przeznaczenia było traktowane jako rana psychiczna. Rada wymagała co najmniej trzech miesięcy rekonwalescencji, zanim uznano by kogoś za całkowicie zdrowego. Igrzyska miały odbyć się za miesiąc. Caspian wyglądał, jakby ponownie rozważał swoją decyzję, a we mnie tliła się nadzieja. Wiedziałam, jak bardzo on i mój brat nie mogli się doczekać udziału w igrzyskach. Wszyscy ciężko trenowaliśmy, nawet ja, a Alfa lada dzień miał ogłosić wybranych reprezentantów.

"Niech tak będzie, odpuszczę sobie tegoroczne igrzyska i dołączę do następnych" – powiedział w końcu z wyraźną determinacją wymalowaną na twarzy. Ostatnia iskierka nadziei zgasła w mojej piersi. Słyszałam niewyraźnie, że Luna Josephine coś mówi, ale przestałam słuchać. Moje dłonie aż do tej pory były zaciśnięte wzdłuż tułowia. Ale wyciągnęłam rękę do matki i chwyciłam ją za ramię.

„Nie potrafię tu dłużej zostać” – przekazałam jej przez połączenie myślowe. Usłyszałam, jak cicho zaskamlała, pociągając mnie w objęcia, stając między mną a Caspianem i odprowadzając mnie na bok. Wataha rozstąpiła się, gdy szłyśmy w stronę naszego domu. Zdrętwiałam z bólu, który promieniował w moim wnętrzu. Widziałam spojrzenia, jakimi obrzucali mnie inni członkowie watahy, ale starałam się ich nie rejestrować. Wystarczająco źle było być obiektem litości z powodu braku wilka. Teraz będą mi współczuć również z powodu odrzucenia przez przyszłego Alfę. Niektórzy wyciągali dłonie i delikatnie gładzili mnie po ramionach, gdy ich mijałyśmy. Był to znak pocieszenia i wsparcia. Ale to nie pomagało. Przypomniałam sobie obietnicę, którą wujek Jasper złożył zaledwie kilka godzin wcześniej. Że on i jego przyjaciele pobiją każdego samca, który uzna mnie za słabą. Chyba to nie dotyczyło sytuacji, gdy tym samcem był syn twojego najlepszego przyjaciela i przyszły Alfa. Poczułam gorycz własnych myśli i to właśnie sprawiło, że wyrwał mi się pierwszy rwący się szloch. Ku mojej uldze matka i ja byłyśmy prawie w domu i dawno zostawiłyśmy za sobą watahę. Matka mocniej mnie objęła i wydawała ciche, kojące dźwięki, które przypomniały mi dzieciństwo, kiedy to upadałam i zdzierałam sobie kolana.

"Usiądźmy na chwilę na kanapie" – zasugerowała matka. Tylko pokręciłam głową. Chciałam wczołgać się do łóżka i nigdy więcej z niego nie wychodzić. "Dobrze, kochanie" – zgodziła się, chociaż nie wypowiedziałam ani słowa. Po prostu zabrała mnie na górę, pomogła zdjąć ubranie i ubrać koszulę nocną, po czym otuliła mnie kołdrą. Zwinęłam się w kłębek, przyciągając kolana do klatki piersiowej i oplatając je ramionami. Odwróciłam się plecami do matki, podczas gdy ona usiadła na łóżku, głaszcząc moje włosy i delikatnie nucąc stare kołysanki, które śpiewała dla mnie i Valeriana. W końcu napłynęły mi łzy i gdy pierwsza z nich spłynęła po policzku, zaraz za nią posypały się kolejne. Płakałam cicho, podczas gdy moje ciało drżało od potęgi surowych emocji, które przeze mnie przepływały. Usłyszałam na dole otwieranie i zamykanie drzwi i poczułam zapach mojego ojca. Może nie miałam wilka, ale mój węch, wzrok i słuch wciąż były lepsze niż u ludzi. Ale nawet nie zbliżały się do wilkołaczych. Ojciec wszedł do mojego pokoju i usiadł obok matki na łóżku. Nikt się nie odezwał, ale poczułam jego ciężką dłoń na swojej nodze. Nie wiem, jak długo tak siedzieliśmy. Mogły to być godziny albo minuty. Z czasem przestałam płakać i moje ciało się uspokoiło. Ból jednak pozostał, wcale nie mniejszy niż wcześniej. Mój umysł znowu zaczął pracować, choć podejrzewałam, że rodzice myśleli, iż zasnęłam. Zauważyłam nieobecność mojego brata. Zabolało mnie to niemal równie mocno jak odrzucenie przez mojego przeznaczonego. Wybrał Caspiana, nie mnie. Z trudem przychodziło mi w to uwierzyć. Prawdą było, że przyjaźnił się z przyszłym Alfą. Ale on i ja zawsze byliśmy sobie bliscy, a przynajmniej tak mi się wydawało. Rozległo się pukanie do drzwi wejściowych i mój ojciec wyszedł. Bycie wychowanym na wilkołaka oznaczało naukę niepodsłuchiwania rozmów, mimo iż się to potrafiło. Ale czułam, że teraz mam prawo podsłuchać, zwłaszcza że najprawdopodobniej chodziło o mnie.

"Jak ona się czuje?" To był Alfa. Wyglądało na to, że mój ojciec zabrał go do swojego gabinetu, tak daleko od mojej sypialni, jak to tylko możliwe.

"A jak myślisz, jak ona się czuje?" Byłam zszokowana gniewem i brakiem szacunku w głosie mojego ojca. Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby odzywał się w ten sposób do kogokolwiek, a zwłaszcza do swojego najlepszego przyjaciela i Alfy. "Nie odezwała się ani słowem po tym, co zrobił jej Caspian."

"Przykro mi, Reginaldzie." Głos Alfy brzmiał szczerze.

"Podjął ostateczną decyzję?" – zapytał mój ojciec.

"Owszem."

"Co zrobisz?"

"Co masz na myśli, Reginaldzie?" – zapytał Alfa.

"Oczekujesz, że moja córka będzie żyła w tej samej watasze co samiec, który wyrwał jej serce i zadeptał je na oczach wszystkich? Wiesz tak samo dobrze jak ja, jakie mamy zasady, gdy ktoś zrywa więź przeznaczenia bez ważnego powodu." Głos mojego ojca był niski, pełen napięcia.

"Reginaldzie! Chyba nie myślisz, że zmusiłbym Caspiana, mojego jedynego syna, do zamieszkania w innej watasze. Że wygnałbym go z watahy, której ma przewodzić?"

"Dlaczego nie? Nikt nie stoi ponad prawem. Prawo zostało ustanowione po to, by chronić niewinną ofiarę. To Cami jest tutaj ofiarą" – upierał się ojciec.

"Caspian nie załatwił tego właściwie. Ale Reginaldzie, on miał dobry powód, by zrobić to, co zrobił." Prawie wzięłam ostry wdech, ale w porę się powstrzymałam. Nie chciałam, żeby matka wiedziała, że podsłuchuję rozmowę.

"O czym ty do kurwy nędzy mówisz?" – wypluł z siebie ojciec.

"Ona będzie miała słabego wilka, o ile w ogóle go dostanie. Caspian miał dobry powód, by ją odrzucić" – powiedział Alfa.

"Mówisz o mojej małej dziewczynce" – warknął ojciec.

"Wiesz, że kocham ją jak córkę, ale nie możemy uciekać przed prawdą."

"Prawda jest taka, że jej wilk pojawi się, kiedy będzie na to gotowy, a ona jest idealna dokładnie taka, jaka jest. Bo to właśnie powtarzałeś jej przez ostatnie dwa lata, Maximilianie" – powiedział ojciec swojemu przyjacielowi.

"Dokładnie. Ale to nie oznacza, że nadaje się na Lunę. Wiesz, z jakim rodzajem odpowiedzialności wiąże się to stanowisko." Nie usłyszałam odpowiedzi mojego ojca, ponieważ do drzwi mojej sypialni zapukano.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki