Spojrzałam w lusterko wsteczne i zobaczyłam, jak wyczerpana i smutna się wydaję. Próbowałam się rozchmurzyć, zbliżając się do granicy terytorium watahy. Wilki pełniące wartę przy szlabanie znały mój samochód z widzenia, więc po prostu cicho mi pomachały, gdy przejeżdżałam. Nie ulegało wątpliwości, że widziały lub słyszały o tym, co zaszło – pomyślałam. Zwykle, gdy opuszczałam terytorium watahy, ogarniało mnie uczucie tęsknoty. To była fizyczna reakcja, dająca ci znać, że opuszczasz swoje stado. Tym razem poczułam ulgę, gdy z każdą kolejną milą odległość między mną a watahą nieustannie rosła. Pojechałam do najbliższego miasteczka, które posiadało wszystko, czego potrzebowałam. Pierwszym przystankiem był bank. Miałam już osiemnaście lat i wypłaciłam wszystkie oszczędności, jakie zarobiłam, pracując w tartaku należącym do watahy, wszystkie urodzinowe pieniądze, odkładane przez te wszystkie lata, a także, z ciężkim sercem, pieniądze z konta oszczędnościowego, które założyli mi rodzice w dniu moich narodzin. W sumie dawało to całkiem niezłą sumę. Wystarczającą, by pozostać w drodze tak długo, jak zaplanowałam, i mieć jeszcze trochę, aby rozpocząć nowe życie gdzieś indziej. Następnym przystankiem był salon samochodowy z autami używanymi. Samochód, którym jeździłam, był prezentem od rodziców z okazji zdobycia prawa jazdy. Miał nieco ponad rok i rzadko z niego korzystałam. Był to jednak samochód elektryczny, wcale nieidealny na długie wycieczki po całym kraju. Zamieniłam go w rozliczeniu na volvo – nieco starsze, ale wyglądające na takie w dobrym stanie. Przeniosłam wszystkie swoje rzeczy do nowego auta i wróciłam na drogę. Nie starałam się ukrywać ani zniknąć, ale z drugiej strony nie zamierzałam ogłaszać całemu światu, dokąd się udaję. Pewnie dlatego, że w ogóle nie miałam pojęcia. Plan polegał na tym, by uciec jak najdalej od Vermont.
Prowadziłam przez większą część dnia i czułam ogromne zmęczenie aż w kościach. Nie spałam od wczorajszej nocy i wiedziałam, że wkrótce stanę się zagrożeniem dla siebie oraz dla innych kierowców. Znalazłam piaszczystą drogę, która wiodła w ślepy zaułek pośrodku gęstego lasu. Zatrzymałam się w nim, podgrzałam puszkę zupy i zmusiłam się do jedzenia, chociaż nie miałam za grosz apetytu. Potem zamknęłam się w samochodzie i ułożyłam się najwygodniej, jak potrafiłam, opatulając się szczelnie kocem. Moja rodzina pewnie znalazła już liścik wiele godzin temu i zastanawiałam się, co robią. Płakałam aż do momentu, w którym zapadłam w sen.
Wszystkie dni stawały się takie same. Jechałam tak daleko, jak tylko dawałam radę. Zatrzymywałam się po paliwo, jedzenie i w celu skorzystania z łazienki. Od czasu do czasu sypiałam w tanich motelach, żeby wziąć prysznic. Jednak przez większość czasu spałam w samochodzie albo na zewnątrz pod gołym niebem. Jedyną rzeczą, która zmieniała się w mojej rutynie, był krajobraz za szybą auta. Od bujnych lasów po łąki, po pustynie, aż w końcu znalazłam się po drugiej stronie kraju. Zaparkowałam na poboczu drogi i wysiadłam, lądując w środku zarośniętego kwiatami pola. Na drugim końcu łąki ciągnął się gęsty las, a w oddali ku letniemu błękitnemu niebu wznosiły się wysokie góry. Wzięłam głęboki oddech, a wtedy część napięcia, które niosłam ze sobą przez prawie dwa tygodnie, opuściła mnie. Gdzieś po drodze wymyśliłam cel: Montana. W całym stanie była tylko jedna wataha, a swoje terytorium miała na granicy z Wyoming. Jeśli zatrzymałabym się w północnych rejonach stanu, najprawdopodobniej nigdy nie natknęłabym się na żadnego wilkołaka. Zamierzałam zostać samotnym wilkiem. Uznałam, że to najlepsze rozwiązanie dla kogoś takiego jak ja. Ponieważ nie posiadałam w sobie wilka, nie czułam potrzeby przemiany. Mogłam bez większych problemów wtopić się w ludzkie społeczeństwo. To miało również zminimalizować ryzyko natknięcia się na inne wilkołaki. Tamci mieli bowiem tendencję do unikania ludzi, jeśli tylko było to możliwe. Musiałam znaleźć pracę i jakieś miejsce do życia, a najlepiej jeszcze przed zimą. Do tego zostało mi co najmniej dwa miesiące. Wiedziałam, że dam radę. Dzięki temu zapomnę o pulsującym bólu w klatce piersiowej. Ból nie był już tak przeszywający jak w ciągu pierwszych dwóch dni, ale nie znikał. Stanowił ciągłe przypomnienie o tym, co utraciłam, i o tym, dlaczego musiałam przygotować się na życie samotnego wilka. Samotny wilk to nie było to samo co wyrzutek. Społeczność wilkołaków unikała wyrzutków. Często za sprawą jakiegoś przestępstwa, które ci popełnili. Wyrzutek mógł zostać zabity przez każdego i w każdej chwili. Z kolei samotny wilk był wilkołakiem, który postanowił nie żyć w żadnej watasze. Wciąż żył on według praw wilczego świata, a w obliczu spotkania z innymi wilkami, zawsze szanował ugruntowaną hierarchię. Zabicie bez powodu samotnego wilka było tak samo karygodne jak zabicie członka watahy. Jednakże z drugiej strony znalezienie kogoś, komu by zależało na pociągnięciu kogokolwiek za to do odpowiedzialności, mogło okazać się znacznie trudniejsze. Samotny wilk mógł ponadto wrócić do życia stadnego bez niczyjej zgody, poza zgodą samej watahy, która by go przyjęła. Z kolei wyrzutek mógł zostać członkiem stada jedynie za przyzwoleniem rady albo watahy, z której został wydalony. Wyciągnęłam z kieszeni mój nowy telefon, a starszy odesłałam rodzicom, ponieważ był opłacany przez nich. Teraz posiadałam nowy, tańszy aparat na kartę ze starterem. Pobrałam mapę stanu i zaczęłam ją przeglądać. Postanowiłam wyruszyć na północny zachód i zobaczyć, dokąd mnie to zaprowadzi.
Dwa dni później trafiłam do sennego, urokliwego miasteczka. Wyglądało ono niczym scenografia jednego z tych świątecznych filmów z kanału Hallmark, które moja matka tak uwielbiała. Główna ulica była wyłożona dwupiętrowymi budynkami, gdzie na parterze mieściły się sklepy. Miasto leżało tam, gdzie równiny stykały się z lasem, a w tle wznosiły się majestatyczne góry. Powietrze było przejrzyste, a miasteczko wydawało się wypełnione szczęściem i radością. To było miejsce, w którym mogłam uleczyć swoje rany, pomyślałam. Jakby przeznaczenie i bogowie się ze mną zgadzali, zauważyłam w oknie lokalnej restauracji ogłoszenie o poszukiwaniu rąk do pracy. Weszłam do środka i natychmiast wyczułam apetyczną kombinację różnych tradycyjnych potraw ze skromnego jadłospisu.
"Dzień dobry panience, podać coś?" – zapytała starsza pani, gdy zbliżyłam się do lady.
"Dzień dobry. Tak, widziałam ogłoszenie w oknie i zastanawiałam się, czy nadal państwo kogoś szukają?" – zapytałam. Kobieta przerwała to, co właśnie robiła, i spojrzała na mnie.
"Masz skończone osiemnaście lat?"
"Tak, proszę pani."
"Uciekłaś z domu?"
"Nie, proszę pani" – skłamałam.
"Skończyłaś liceum?" – zapytała. To wcale nie szło tak, jak bym sobie tego życzyła.
"Nie, proszę pani. Niewiele mi jednak brakuje. Zdarzyło się coś i moja rodzina..." Zamilkłam i wbiłam wzrok w swoje dłonie.
"Przykro mi, skarbie" – powiedziała, wzdychając ciężko, i dotarło do mnie, że wyciągnęła złe wnioski z moich słów. Ale nie zamierzałam jej wyprowadzać z błędu. "Dam ci miesięczny okres próbny. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, zatrudnię cię na stałe. Ale jeśli chcesz tu pracować, musisz podjąć naukę, żeby dokończyć szkołę i zdać egzamin. To nie podlega dyskusji" – wyjaśniła.
"Oczywiście, proszę pani. Dziękuję bardzo. Będę ciężko pracować i solidnie się uczyć" – odparłam. Zaśmiała się.
"To dobrze, skarbie. Mów mi pani Sterling, tak jak robią to tu wszyscy inni. Jak masz na imię?" – zapytała.
"Jestem Cami Sage, miło mi panią poznać" – powiedziała, używając mojego zdrobnienia i nazwiska panieńskiego matki.
"Cóż, Cami, skoro planujesz tu zostać na dłużej, masz jakieś miejsce do spania?" – dopytywała.
"Jeszcze nie. Zauważyłam motel na obrzeżach miasteczka. Planowałam zatrzymać się w nim, dopóki czegoś nie znajdę."
"Tylko nie to. Motel wcale nie jest w najlepszym stanie. Wiesz co... Moja siostra posiada piekarnię kilka domów stąd. Jest również właścicielką mieszkania, które znajduje się nad nią. Ostatnia lokatorka wyprowadziła się, bo wyszła za mąż, i mojej siostrze wciąż nie udało się wynająć tego komuś innemu. Co powiesz na to, żebyśmy obie tam teraz poszły, to was zapoznam" – zaproponowała pani Sterling.
"Dziękuję. To bardzo miłe z pani strony" – odpowiedziałam. Cała sytuacja układała się lepiej, niż tego oczekiwałam.
Dwa dni później wprowadziłam się do wynajmowanego mieszkania. Nie było zbytnio umeblowane. Jednak pani Harrington, siostra pani Sterling, podsunęła mi pomysł udania się do dwóch pobliskich sklepów z towarami używanymi. Poprzedniego dnia rozpoczęłam pierwszą zmianę w barze. Wszyscy okazywali mi tyle życzliwości. Niemal czułam się jak w nowej watasze. Gośćmi baru byli głównie miejscowi, bywalcy, którzy odwiedzali lokal regularnie w celu zamówienia tego samego dania i wymiany plotek. Pani Sterling wytłumaczyła, że turyści zaczynali się zjawiać w sezonie turystycznym. To było dokładnie to, o czym marzyłam i czego potrzebowałam.






