**Cztery lata później.**
Weszłam przez tylne drzwi do piekarni, odłożyłam dwie wielkie torby z mąką i zostałam obdarzona pocałunkiem w policzek przez panią Harrington.
"Dziękuję ci, Cami. Doprawdy nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła" – oznajmiła mi wesoło.
"Cieszę się, że mogę pomóc" – powiedziała i taka też była prawda. Zarówno jedna, jak i druga siostra bywały dla mnie ogromnie dobre przez ostatnie cztery lata. Pomogły mi poczuć się jak w domu w tym małym miasteczku, zapoznały mnie ze wszystkimi właściwymi ludźmi, co najmniej w ich mniemaniu, oraz troszczyły się, bym nie opuszczała swojego mieszkania wyłącznie do pracy. W zamian bardzo chętnie służyłam im pomocą w tych nieco cięższych obowiązkach. Siostry stawały się z każdym rokiem coraz starsze, co sprowadzało na mnie ponure odczucie tego, że pracowały wciąż tak ciężko. Moja siła nawet nie dorastała do pięt możliwościom pełnoprawnego wilkołaka, lecz z pewnością wciąż przerastała tę przypisaną zwyczajnym ludziom. Pogodziłam się z byciem wilkiem utajonym – czyli wilkołakiem, w którym ten wilk nie był obecny albo też okazywał się być na tyle słaby, że nie zdążył się zamanifestować. To w głównej mierze sprawiało, że egzystowanie w towarzystwie samych tylko ludzi szło mi znacznie sprawniej.
"Tam na ladzie przygotowałam dla ciebie małą słodkość" – poinformowała pani Anderson.
"Naprawdę pani nie musiała, serdecznie dziękuję" – rzekłam i zaraz potem, zatapiając zęby w wciąż letniej jeszcze drożdżówce, westchnęłam z czystą rozkoszą.
"Widok ciebie, zajadającej się moimi wypiekami, to czysta przyjemność" – przyznała ze szczerym, ciepłym uśmiechem ta starsza kobieta. Odprawiałyśmy ten cały rytuał każdego ranka. Ja zanosiłam dla niej mąkę wprost z magazynu, na co ona rewanżowała mi się pysznościami do pary z tym cudownym naparem kawy; ja z kolei z uporem maniaka powtarzałam, że to wcale nie było konieczne, z czym z nieustępliwością się nie zgadzała.
"Dzisiaj trafiła mi się zmiana w porze lunchu, powrócę zatem, zanim na dworze zdąży ściemnieć" – zakomunikowałam, opuszczając na te słowa lokal, przytrzymując w obu rękach zapakowany specjalnie kubek.
"Miłego dnia, skarbie, i może tym razem zgódź się, jeśli tylko Gideon spróbuje ponownie gdzieś cię zaprosić?" – zdołałam tylko dosłyszeć, ułamek sekundy przed tym, jak drzwi zdążyły się za mną domknąć. Gideon obnosił się mianem najbardziej pożądanego kawalera w całym mieście, nie, żeby jakkolwiek wiele to oznaczało w tym konkretnym miejscu. Był w końcu gwiazdą licealnego zespołu futbolowego. Wyglądał niczego sobie, potrafił niesamowicie oddać się pracy, był w posiadaniu własnej farmy, która, na całe szczęście, faktycznie przynosiła dochód, a przy tym wszystkim wydawał się dość porządnym kolesiem. Gideon od samego mojego przybycia w te strony te cztery lata temu uparcie do mnie uderzał, na co w zupełnym przeciwieństwie do okolicznych kobiet pozostawałam mu zupełnie obojętna i tylko nieustannie podawałam rzucane ku mnie intencje ciągłej odmowie. I to wcale nie tak, że odmówiłam tylko za tym pierwszym razem, działo się tak po prostu już zawsze. Stało się to w tym mieście czymś na kształt powracającego, wyświechtanego żartu, na co doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że ludzie zakładali się o to, kiedy w końcu się poddam. Z Gideonem chodziło jednak o to, że nigdy nie brał mi za złe moich odmów. Żartował z tego równie często jak wszyscy inni i z biegiem lat staliśmy się dobrymi przyjaciółmi. Gdy tylko weszłam do restauracji, zostałam powitana przez Rolanda, kucharza, i panią Sterling. Opróżniłam resztkę kawy z kubka, ostrożnie, by nie oblać niczym mojego miętowo-zielonego mundurka.
"Clara już dolewa ketchupów do butelek. Mogłabyś na ten moment zająć się ułożeniem chusteczek?" – zapytała pani Sterling.
"Jasna sprawa" – powiedziałam, przechodząc do frontowej części restauracji, by przywitać się z moją drugą przyjaciółką. Tak, podczas mojego pobytu w tym mieście zdobyłam zaledwie dwoje prawdziwych przyjaciół. Ale to i tak o dwoje więcej, niż się spodziewałam. Clara była ode mnie o rok starsza i znacznie bardziej pełna życia, niż ja kiedykolwiek potrafiłam być. Zazwyczaj w restauracji potrzebna była tylko jedna kelnerka naraz. Trwał jednak sezon turystyczny, co oznaczało, że musiałyśmy być dwie. Oznaczało to również, że zmuszone byłyśmy przyjąć trzecią, tymczasową kelnerkę, ponieważ Clara i ja nie byłyśmy w stanie obstawić wszystkich zmian. Ssało to o tyle, że w tym roku utknęłyśmy z Daphne. Daphne nie była złym dzieckiem, była po prostu niezdarna, zdekoncentrowana i żyła bardziej we własnej głowie niż w prawdziwym świecie. Prawdę mówiąc, zazwyczaj przysparzała więcej pracy, niż pomagała. Ale pani Sterling twierdziła, że Daphne musiała wyjść z domu i wejść do prawdziwego świata. Miała słabość do ratowania ludzi; tak jak niektóre staruszki przygarniały bezdomne koty, tak pani Sterling ratowała bezdomnych ludzi. Nie mogłam oponować, ponieważ to samo uczyniła przecież ze mną. Uratowała również Clarę, choć w nieco inny sposób. Obie byłyśmy bezwzględnie lojalne wobec starszej pani, więc nie miałyśmy nic przeciwko obecności Daphne w restauracji.
"Nawet nie wiesz, jak się cieszę na twój widok" – powiedziała Clara, gdy tylko do niej podeszłam. Uściskałyśmy się na przywitanie i od razu wróciłyśmy do pracy.
"Jak udała się wycieczka?" – zapytała, gdy już zabrałyśmy się za przygotowania.
"Było w porządku" – odpowiedziałam krótko. Wczoraj miałam dzień wolny i wszystkim wmówiłam, że zamierzam wyjechać na ten czas, zwiedzać okolicę i po prostu się zrelaksować. W rzeczywistości jednak pojechałam samochodem tak daleko, jak to tylko było możliwe, tak by wciąż zdołać powrócić na dzisiejszą zmianę. Za kilka dni wypadały urodziny mojej matki, a to oznaczało wysłanie do niej pocztówki. Zazwyczaj pisałam tylko, że mam się dobrze, i że mam nadzieję, iż będzie miała wspaniałe urodziny. Identycznie postępowałam z okazji urodzin ojca i brata, a także na zakończenie cyklu księżycowego. Dla wilkołaków to było jak Boże Narodzenie i Nowy Rok w jednym. Zawsze wybierałam odległe miasta, aby stempel pocztowy nie mógł zostać wyśledzony do miejsca, w którym mieszkałam. Sama nie wiedziałam, czy byłam miła, czy może jednak okrutna, wysyłając te cztery pocztówki rok do roku. Chciałam jedynie, żeby wiedzieli, że u mnie wszystko w porządku. Że nie musieli się już o mnie martwić. I rzeczywiście było w porządku. Moje życie może i nie było idealne, ale było w porządku. Tępy ból na dnie żołądka wciąż istniał, ale przestał w końcu dokuczać aż tak mocno. A może po prostu zdążyłam się już do niego przyzwyczaić. Tak czy owak, nie przeszkadzał mi teraz tak bardzo, jak miało to miejsce na samym początku. Służył mi za ciągłe przypomnienie o tym, że żyję, że zdołałam przetrwać i że potrafię walczyć. Zbudowałam swoje życie od podstaw i czułam dumę z tego, co miałam, nawet jeśli nie było tego wiele.
"Widziałaś to ciacho, które właśnie usiadło przy twoim stoliku?" – zapytała Clara. Byłyśmy w samym środku popołudniowego szczytu, a restauracja pękała w szwach zarówno od miejscowych, jak i od turystów. Zerknęłam w stronę stolika, o którym musiała mówić, ponieważ był to jedyny wolny stół w mojej sekcji. Moje ciało dosłownie zamarło w chwili, gdy go zobaczyłam. Był wilkołakiem; wszystkie moje zmysły niemal wykrzyczały to jedno, a na domiar złego, on był Alfą. Zasłchło mi w ustach, a nogi odmówiły mi całkowicie posłuszeństwa.
"Claro, mogłabyś wyświadczyć mi przysługę i przejąć ten stolik? W zamian wezmę dwa albo nawet i trzy twoje. Nawet wymienię się z tobą na ten ze czwórką dzieci" – poprosiłam. Wyłapałam ten potężny ton desperacji we własnym głosie.
"Jesteś zupełnie pewna, Cami? Widziałaś go w ogóle? Istne ciacho" – stwierdziła.
"Jest twój" – ucięłam krótko. I wcale się nie myliła. Ten konkretny Alfa wyglądał podobnie do większości z nich: ogromny, silny, pewny siebie. Zestaw to z jasnymi włosami, które zdawały się w intrygujący i zabawny sposób żyć własnym życiem, oraz głębokimi, niebieskimi oczami, a miałaś ciacho w pełnej krasie. Niestety Alfowie oznaczali kłopoty, zwłaszcza dla mnie. Był on pierwszym wilkiem, na jakiego natknęłam się od opuszczenia watahy, a ja nie miałam najmniejszej ochoty przyciągać do siebie jakiejkolwiek zbędnej uwagi. Wiedziałam, że on już zdawał sobie sprawę, kim jestem. Jeśli ja potrafiłam go wyczuć w sali pełnej ludzi, on ze swoimi w pełni rozwiniętymi zmysłami Alfy nie miał żadnych problemów, by mnie zauważyć. Clara podeszła do niego i przyjęła zamówienie. Zauważyłam, jak z nim flirtuje, na co on tylko posłał w jej stronę uprzejmy uśmiech. Z całych sił próbowałam go ignorować i zachowywać dystans. Było to trudne, zważywszy że siedział w mojej sekcji restauracji, ale chyba całkiem nieźle sobie z tym poradziłam. Kiedy zapłacił i wyszedł, poczułam wielką ulgę; nie próbował się do mnie nawet odezwać.
"Wiele straciłaś. Przystojny, miły, ale bez bycia w tym obleśnym, a do tego zostawia świetne napiwki" – powiedziała Clara. "Chcesz, żebym podzieliła się napiwkiem?" – zapytała następnie. Tylko pokręciłam głową. Zarobiła na niego, a nawet jeśli rodzina z czworgiem dzieci nie zostawiła mi ogromnego napiwku, nie byli też skąpi. Z największą chęcią poświęciłabym każdy napiwek, byle tylko móc go uniknąć. Przez resztę dnia tkwiłam w stanie podwyższonej gotowości. Byłam podenerwowana i wciąż sprawdzałam, upewniając się, czy nieznany Alfa nie znajduje się nigdzie w pobliżu.
"Wszystko w porządku, skarbie?" – zapytała pani Sterling, gdy szykowałam się do wyjścia.
"Wszystko gra, ale dziękuję, że pani pyta" – odpowiedziałam.
"Wydajesz się trochę... sama nie wiem" – powiedziała.
"Płochliwa" – pomógł Roland.
"Tak, to właściwe słowo" – zgodziła się.
"Wszystko dobrze, po prostu nie wyspałam się w nocy. Zamierzałam wrócić do domu i zdrzemnąć się. Jestem pewna, że to pomoże" – skłamałam. To dało mi wymówkę, by pozostać w domu.
"Och, moje biedactwo. Zrób tak. Chcesz, żebym wysłała Daphne z jakimś obiadem dla ciebie?" – zapytała pani Sterling. Była naprawdę wspaniałą kobietą.
"Nie, dziękuję, pani Sterling. Doceniam to, ale od dawna miałam ochotę na obiad, który zaplanowałam sobie ugotować" – odpowiedziałam. Tyle kłamstw w jeden dzień; jeśli dalej będę tak robić, nabawię się bólu żołądka.
"No dobrze w takim razie, zmykaj stąd i dzwoń do mnie, gdybyś czegokolwiek potrzebowała."
"Dziękuję, pani Sterling" – odpowiedziałam i przytuliłam ją. Pośpieszyłam do domu i zamknęłam za sobą drzwi. Żadnego Alfy. Byłam bezpieczna, on z pewnością lada moment opuści to miasteczko, a wtedy wszystko wreszcie wróci do normy.






