RHEA
Wyjeżdżamy w biały dzień następnego dnia, w okolicach popołudnia. Kovas prowadzi, a ja siedzę na fotelu pasażera. Las ciągnie się wzdłuż i wszerz po obu stronach, a drzewa zlewają się w jedną smugę. Na zewnątrz lekko mży i jestem wdzięczna, że wzięliśmy samochód, zamiast biec w naszych dzikich postaciach.
– To może trochę potrwać – mówię mu, gdy opuszczamy terytorium stada.
– Wiem – jedzie ca






