languageJęzyk

Rozdział 4

Autor: Avelon Thorne23 mar 2026

Sage

Mój krok jest sprężysty, gdy zmierzam w stronę domu watahy. Dziś jest dzień wyboru na Głównego Omegę i planuję wpisać swoje imię na listę, zanim rano zamkną się zapisy. Wiem, że mogę wygrać! Cassius dostrzeże moją wartość, jestem tego pewna!

Wpadam pospiesznie do kuchni, rzucam torbę i zakładam fartuch. Pomieszczenie jest puste, ale spoglądam przez ramię w stronę drzwi, żeby upewnić się, że nikt nie patrzy. Po szybkim nabazgraniu swojego imienia na liście uczestników, wpycham długopis z powrotem do kieszeni, gdy piskliwy wrzask Daphne sprawia, że podskakuję, mało nie wyskakując ze skóry.

– Co ty sobie myślisz, że robisz? – żąda odpowiedzi.

– N-, nic. Po prostu szykuję się do pracy. – Zerkam w stronę zegara, żeby upewnić się, która jest godzina, i potwierdzając, że wciąż mam trochę czasu.

– Cóż, nie jesteś tu potrzebna. Znajdź sobie coś do roboty na zapleczu, gdzie nie będziesz przeszkadzać!

Praktycznie wyfruwam z kuchni w drodze na podwórko. Lubię pracować w ogrodzie. Jest tam tak pięknie i spokojnie. Jednak nie trzeba dużo czasu, abym zdała sobie sprawę, że zostałam wrobiona. Kłopoty czekają na mnie tuż za tylnymi drzwiami.

– Dokąd idziesz, ty brudna dziwko bez wilka? – Jedna z przyjaciółek Daphne dźga mnie palcem w pierś, podczas gdy jej wataha wspólniczek chichocze za nią. Próbuję ją wyminąć, ale ona robi ten sam ruch, blokując mi drogę. – Naprawdę myślałaś, że pozwolimy takiej stracie miejsca jak ty wziąć udział w konkursie na Głównego Omegę? Co za żart! Jakby takie bezwartościowe gówno jak ty mogło być Głównym czegokolwiek!

Popycha mnie mocno w ramię, przez co się potykam. Zanim udaje mi się złapać równowagę, odchyla rękę i uderza mnie pięścią w nos. Słyszę przyprawiające o mdłości chrupnięcie i w głowie mi się kręci od siły uderzenia, a z moich nozdrzy leje się krew, spływając po brodzie.

Lecę do tyłu, tracąc równowagę i uderzając głową o beton. Zanim odzyskuję ostrość widzenia, kolejny cios ląduje w moim brzuchu, wypychając z moich płuc resztki powietrza.

Kopią mnie na zmianę raz za razem. Jedna z ich stóp trafia w moje żebra. Słyszę chrupnięcie i w tej samej chwili przeszywa mnie potworny, biały, palący ból.

Ciemne plamki tańczą mi przed oczami, a świadomość szybko ze mnie uchodzi, gdy walczę o to, by zaczerpnąć wystarczającą ilość tlenu. Ich głosy stają się stłumione, słuch zanika, aż nie pozostaje mi nic poza błogo cichą ciemnością.

– Nie dotykaj mnie! – krzyczę, odzyskując przytomność z podskokiem i odsuwając się od chłodnych rąk, które mnie dotykają.

– Ciii! W porządku, słoneczko. To tylko ja. – Głęboki tenor mojego przystojnego nieznajomego natychmiast mnie uspokaja. – Nie ruszaj się, żebym mógł skończyć oczyszczać twoje rany.

Kiedy indukowana strachem adrenalina opada, ból po moich obrażeniach powraca z pełną siłą. Biorę gwałtowny oddech, gdy złamane żebro wysyła ogniem palący wstrząs przez mój bok. Zaraz potem następuje szczypanie, gdy nakłada mi coś na rozcięcie nad brwią.

– Jak się tu znalazłam? – Rozglądam się wokół i zauważam, że leżę na pryczy, którą uznał za swoją przez cały tydzień.

– Wyszedłem na spacer, kiedy zobaczyłem grupę wilczyc przerzucających twoje nieprzytomne ciało przez granicę. Nie martw się! – Podnosi rękę, żeby mnie uciszyć, kiedy otwieram usta, by go skarcić. – Nie widziały mnie. Ale na twoje szczęście ja widziałem je.

Podnosi moją koszulkę, by odsłonić już czerniejący siniak na mojej klatce piersiowej. Odrywa pasmo z mojego prześcieradła i ciasno owija je wokół moich żeber. To potwornie boli, ale po początkowym bólu w końcu mogę trochę łatwiej oddychać.

– O nie! Wybór na Głównego Omegę! Która godzina? – wybucham, przypominając to sobie nagle.

– W tym stanie nie możesz brać udziału w jakimś poniżającym konkursie dla rozrywki tego idioty Alfy. – warczy. – Jeśli ten szczeniak Alfy potrzebuje krzykliwego konkursu do podjęcia decyzji zamiast wziąć pod uwagę, jak ciężko pracujesz każdego dnia, to zasługuje na każdą bezużyteczną lalkę, z którą będzie musiał się użerać!

– To dla mnie ważne. To może zmienić moje życie. – dąsam się. – Byłabym szanowana, nie byłabym tylko wyrzutkiem z watahy.

Jego oczy łagodnieją, a rysy twarzy wyrażają zrozumienie. – W takim razie lepiej się pospiesz.

Posyłam mu promienny uśmiech i zsuwam się z pryczy, krzywiąc się na przeszywający mnie ból. Biorąc się w garść. Wracam do domu watahy tak szybko, jak tylko moje kontuzjowane ciało jest to w stanie znieść. Jestem oczywiście spóźniona, ale mina Daphne, gdy widzi, jak wchodzę do środka, jest po prostu bezcenna.

– Sage! Co u licha ci się stało? – żąda odpowiedzi Cassius. Daphne mruży na mnie oczy, obiecując wielki ból, jeśli tylko odważę się powiedzieć prawdę, ale w mojej głowie nie ma dla niej miejsca, kiedy Cassius czeka na odpowiedź.

– Przepraszam za spóźnienie. – Zamykam jego spojrzenie w swoim, ignorując wokół siebie szepty. – Chciałam wziąć udział w konkursie, ale j-, miałam wypadek.

Przechodzi przez pokój i podchodzi do mnie, po czym bada obrażenia na mojej twarzy i kończynach, cmokając z niesmakiem i kręcąc głową.

– Nie ma wystarczająco dużo czasu, abyś wykonała wszystkie zadania i niesprawiedliwe byłoby wybrać ciebie zamiast tych, którzy je wykonali. Poza tym, wydajesz się zbyt podatna na wypadki jak na kogoś na tak ważnym stanowisku. – Moja twarz rzednie po jego ogłoszeniu. – Ale...

Przechyla mój podbródek tak, żebym spoglądała na niego. – Zauważyłem twój talent w kuchni, twoje desery są pyszne. Co ty na to, żeby zostać naszym nowym szefem cukierników?

– Naprawdę? Dziękuję! – staję na palcach i składam pocałunek na jego policzku, zanim zdążę pomyśleć o tym głębiej.

Słyszę czyjeś warknięcie, a moje policzki płoną z zawstydzenia, ale wilczy uśmiech Cassiusa powrócił. – Nie ma za co, ptaszyno.

Jak tylko mogę, udaję się do domu, z niecierpliwością by powiedzieć mojemu nowemu przyjacielowi te fantastyczne wieści. Wpadam przez drzwi i wylewa się ze mnie potok słów, pełna ekscytacji. Myślałam, że będzie się cieszył moim szczęściem, ale zamiast tego częstuje mnie groźnym spojrzeniem i zmarszczonymi brwiami.

– Nie wydaje ci się to trochę dziwne? Dlaczego syn Alfy miałby zrobić coś tak miłego dla wyrzutka z watahy?

Wzdrygam się pod wpływem upokarzającego tonu w jego słowach, ale ignoruję zranienie i postanawiam choć raz postawić na swoim. – Mam swoją wartość! Tylko dlatego, że ty i cała reszta tej watahy jej nie widzi, to nie oznacza, że on nie potrafi! – rzucam wyniośle.

W jego piersi rozlega się sfrustrowany warkot. – Po prostu cię ostrzegam, byś uważała. Alfowie znani są z tego, że wykorzystują omegi, a potem wyrzucają je jak śmieci. Nie pozwól, by pochlebstwami wepchnął cię prosto do swojego łóżka.

Jeśli moje policzki były wcześniej czerwone, teraz aż płoną! Ale jestem wściekła i zarazem upokorzona. – Może to ty jesteś tym, który powinien uważać! Mówiłam ci, żebyś nie wychodził na zewnątrz. Narazisz nas oboje na śmierć!

Odwracam się na pięcie i odchodzę w wielkim oburzeniu, kierując się do jedynego pomieszczenia w tym domu, które posiada drzwi – do łazienki – zatrzaskując mu je w jego głupią twarz!

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 4: Rozdział 4 - Odrzucona przez watahę, pożądana przez króla | StoriesNook