Sage
– Sage! Proszę, wyjdź, słoneczko. To ważne! – Słyszę, jak mój gość wzywa mnie przez drzwi.
– Zostaw mnie w spokoju! – odgryzam się.
Ciągle jestem na niego zła za lekceważące komentarze, które wcześniej wygłosił. Nawet jeśli uginają mi się kolana na to, że nazywa mnie „słoneczkiem”. Sugerowanie, że pozwoliłabym Cassiusowi lub jakiemukolwiek innemu Alfie używać mnie jako zabawki erotycznej, było posunięciem zdecydowanie za dalekim.
Może i jestem niedoświadczona, ale czytam romanse. Wiem, czym jest „fuckboy”, a to nie Cassius. Sugerowanie, że jestem zbyt głupia, by zobaczyć różnicę, jest po prostu obraźliwe!
– Proszę! – Teraz drapie w drzwi i jego głos słychać bliżej, a jego ton brzmi błagalnie. – Przepraszam, że zraniłem twoje uczucia. To nie było w moich zamiarach. Ale my naprawdę musimy porozmawiać.
Uchylam drzwi, zaglądając przez cienką szczelinę, by stwierdzić, że on znajduje się po drugiej stronie, i przygląda mi się swoimi łupkowymi oczami w których wirują nieczytelne emocje. Biorę krótkie, przerywane wdechy powietrza. Dlaczego przebywanie tak blisko tego mężczyzny sprawia, że czuję się tak... ciepło? Muszę walczyć z chęcią, by się wachlować.
– Tu jesteś, słoneczko. – Mruczy, głęboko i chrapliwie, a ja czuję to w samym swoim wnętrzu. Ale jego kolejne słowa gaszą narastający pożar. – Myślę, że możemy mieć problem.
– Usłyszałem hałas na zewnątrz, więc wyjrzałem przez okno. Widziałem ją tylko od tyłu, ale ktoś o długich, czarnych włosach uciekał do lasu. Myślę, że mogła słyszeć naszą rozmowę, a nawet zobaczyć mnie. Mogę się mylić, ale ubiór kobiety był lepszy od wszystkiego, co noszą tutejsze wilki. Nie widzę powodu, dla którego ktoś z kręgu wtajemniczonych wchodziłby tak daleko od strefy watahy, gdyby nie szukał kogoś lub czegoś konkretnego.
– O nie! Jeśli komukolwiek powie, przyjdą po nas. Nikt nie może cię tutaj znaleźć! – Przemierzam pokój wzdłuż i wszerz, mój głos staje się tym wyższy, im więcej mówię. – Co mamy zrobić?
– Pędź do domu watahy i udawaj, że nic się nie wydarzyło. Po prostu idź do pracy jak zawsze – sugeruje. – Nie martw się o mnie, poradzę sobie sam.
– Dobrze! Idę stąd! – oznajmiam, ruszając w kierunku drzwi.
Ale chwyta mnie za nadgarstek, a po chwili ciągnie mnie do tyłu z taką siłą, że wpada w niego, uderzając w jego klatkę piersiową. – Uważaj na siebie, słoneczko. – ostrzega mnie, zaglądając mi w oczy, i składa pocałunek na wierzchu mojej dłoni.
Zdaje się wracać do siebie, i puszcza moją dłoń, jakby nagle zaczęła parzyć. Nie mam czasu myśleć, dlaczego mógł się tak zachować, i natychmiast wybiegam na zewnątrz do wykonania powierzonego mi zadania.
Dzielą mnie od domu watahy już tylko chwile, kiedy wybuchają syreny ze wszystkich stron. Ubrani w mundury wojownicy wkraczają na dziedziniec i ruszają na przeszukiwanie całego obszaru. Skulam się za drzewem, nasłuchując warczącego po komendach generała.
– Samotnicy przekroczyli granicę! Wszyscy w pełnej gotowości. Spróbujcie zgarnąć ich żywych!
W panice obracam się o 180 stopni i rzucam z powrotem, unikając wzroku strażników, którzy są wszędzie. Ludzie wylewają się ze swoich domów dzierżąc bronie, z całą watahą zachowującą najwyższą ostrożność. Moje ciało krzyczy z bólu, oddycham ciężko i mam zadyszkę, ale się nie zatrzymuję.
Nie mogę pozwolić im złapać mojego nowego przyjaciela. Dla obopólnego dobra.
Alaric
– Co tu się dzieje? – Wyskakuję z miejsca, zrywając się na równe nogi po nagłym przybyciu mojej wybawicielki.
Niektóre z jej ran krwawią, strupy zostały zerwane. Dopiero zaczynała się goić i wyraźnie pchnęła się poza granice, które jej zranione ciało mogło znieść.
– Samotnicy! – wypluwa między urywanymi oddechami. – Przekroczyli granicę. Strażnicy przeczesują każdy cal ziemi Blackthorn w poszukiwaniu intruzów. Musisz stąd iść, zanim cię tu znajdą!
– Proszę! Jeśli cię tu znajdą, zabiją cię. Umarłabym, gdyby ci się coś stało. Jesteś moim pierwszym prawdziwym przyjacielem i nie mogę cię stracić!
Rzuca się w moje ramiona, a ja niezgrabnie pocieram jej plecy, robiąc, co w mojej mocy, żeby ją uspokoić. Nie boję się ani trochę tego, co Alfa tej watahy lub jego strażnicy mogliby mi zrobić. Ale nie jestem też gotów, by ujawnić kim jestem, lub po co tu jestem, więc najlepiej będzie, jeśli pójdę, zanim stanie się to konieczne.
Ale z jakiegoś powodu pomysł pozostawienia jej nie leży mi zbyt dobrze. Alfa powinien dbać o swoją watahę, bez względu na to, kim są. A ten Alfa najwyraźniej odwala tu cholernie złą robotę.
Kurczowo się mnie trzyma, więc przytulam ją mocniej, uważając, by nie zmiażdżyć jej połamanych żeber, z nadzieją, że przyniesie jej to wystarczające pocieszenie, by była gotowa mnie puścić. Zamiast tego jej małe piąstki zaciskają się na mojej koszuli, a ona szlocha w moją pierś. To roztapia lód wokół mojego zimnego jak głaz serca choć w najmniejszym stopniu.
Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo mnie do niej ciągnie, dlaczego tak niechętnie odchodzę, ale wiem, że muszę. – Nic ci nie będzie, słoneczko. – Zapewniam ją. – Bądź ostrożna. Uważaj na siebie, dobrze?
– Spróbuję – zgadza się, odchylając się, żeby obdarzyć mnie nieśmiałym uśmiechem. Nagle jej nozdrza rozszerzają się i uśmiech znika: – Czujesz to? Co to jest? Pachnie niemal... elektrycznie, jak naelektryzowane powietrze przed burzą.
Szlag! Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że moja aura się wymknęła, dopóki jej oczy się nie zaszkliły, a jej wyraz twarzy nie stał się lekko oszołomiony. To bywa przytłaczające dla młodej omegi takiej jak ona, a zwłaszcza dla takiej bez wilka. Wycofuję to szybko przed momentem, w którym odczuje tego pełny natłok, po którym mogłaby utracić świadomość.
Puszczam ją i odsuwam się na krok. Nie wiem, dlaczego straciłem kontrolę, ale nie mogę ryzykować, że to się powtórzy. – Nic nie czuję. – kłamię, a potem ją odprawiam. – Lepiej już idź, wracaj do domu watahy, gdzie jest bezpiecznie. Jeśli po tych lasach błąkają się samotnicy, nie powinnaś tu być sama.
Waha się przez chwilę, po czym w końcu zgadza się z niechętnym skinieniem głowy. Stoję tam, patrząc, jak odchodzi, zastanawiając się, co takiego jest w tej maleńkiej dziewczynie o delikatnych rysach i dziwnych, fiołkowych oczach, że przyciąga mnie w taki sposób. Moje emocje są zawsze szczelnie zamknięte. Nigdy nie tracę kontroli, ale dzisiaj to zrobiłem, przy niej.
Otrząsając się z niepokoju, jaki przynoszą te myśli, wracam do środka. W końcu to nie ma znaczenia. Prawdopodobnie nigdy więcej jej nie zobaczę. Chwytając to, co pozostało z mojej poszarpanej kurtki, ruszam z powrotem przez granicę Blackthorn, w stronę domu.






