languageJęzyk
Strona główna/Dominujący/Ojciec/Rozdział 10: Sobowtór

Rozdział 10: Sobowtór

Autor: Winston. W29 maj 2025

Ashton

Była już dziesiąta wieczorem. Jazda na miejsce zajęła nam prawie cztery godziny. Gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, moim oczom ukazała się dumnie wznosząca się w ciemnościach potężna rezydencja. Zie ponownie nadstawił mi ramię, o które z radością się oparłem. Kiedy już mieliśmy wejść do środka, wyjął dwie czarne maski i podał mi jedną z nich.

– Pod żadnym pozorem nie zdejmuj maski, niezależnie od tego, co się wydarzy lub co zobaczysz w środku. Nie rób też żadnych scen – przypomniał mi ostrzegawczym tonem. Zakładając maskę, poczułem lekki ucisk w klatce piersiowej. Co to znaczy, żebym nie robił scen? Dlaczego miałbym w ogóle to robić?

– Chodźmy – rzucił krótko Zie i wreszcie wkroczyliśmy do przestronnej posiadłości. Główna sala zapierała dech w piersiach, pełna gości, z których wszyscy, jak jeden mąż, ubrani byli w garnitury. W każdym zakątku rozbrzmiewała zmysłowa, pulsująca muzyka, a krążący między ludźmi kelnerzy z zaangażowaniem podawali drinki. Rozglądając się wokół, szybko zrozumiałem, że nie jest to zwyczajny bankiet. Dokładnie na środku sali ustawiono ogromną ludzką klatkę. Największe zaskoczenie wywołał jednak widok drobnego, całkowicie nagiego mężczyzny siedzącego wewnątrz; jego twarz całkowicie skrywała maska. Ekspozycja klatki w samym centrum sugerowała, że to właśnie on stanowił główny punkt programu, dla którego zgromadził się ten tłum. Ja pierdolę! Czy to w ogóle było legalne? Czy to nie był handel ludźmi? Przełknąłem ciężko ślinę, patrząc na zaklatkowanego mężczyznę. Potrząsnąłem głową i starałem się za wszelką cenę zachowywać naturalnie. Czy to dlatego Zie nakazał mi powstrzymać się od robienia scen?

– Na co patrzysz, kochanie? – zapytał nagle.

– Ach... N-na nic – zająknąłem się, pośpiesznie uciekając wzrokiem w inną stronę.

– Dobrze. Chodź, przedstawię cię mojemu kuzynowi. Pamiętasz Rexa? – Zaledwie kiwnąłem głową. Wciąż nie mogłem wyrzucić z umysłu obrazu nagiego mężczyzny. Czy służył tu jedynie za żywą dekorację?

Posłusznie kroczyłem za Ziem; całe szczęście nie zauważył, w jak wielkim byłem napięciu. Zmierzaliśmy w kierunku drugiego piętra posiadłości, i prawdę mówiąc, mało brakowało, a straciłbym przytomność na widok tego, co się tam działo. Było tu nieco mroczniej, wciąż jednak dostatecznie jasno, by zobaczyć wszystko ze szczegółami. Prawdopodobnie do tego odnosił się Zie, mówiąc o „czymś perwersyjnym”. Przed każdym z mężczyzn w garniturach klęczało na podłodze jeden lub dwóch uległych, ubranych wyłącznie w dopasowane slipy; u ich szyi zwisały wojskowe nieśmiertelniki. Myślałem, że tego typu motywy można znaleźć jedynie w książkach – przez myśl mi nie przeszło, że to istnieje w prawdziwym świecie. Słowa Ziego brałem za zwykły żart, a teraz, otoczony tą obezwładniającą atmosferą, nie potrafiłem stłumić drżenia nerwów. Podeszliśmy do ubranego w garnitur mężczyzny; podobnie jak my nosił maskę. Rozpoznałem Rexa dopiero, gdy Zie się z nim przywitał.

– Siema, stary – odpowiedział Rex, obejmując mojego towarzysza po bratersku.

– To Ash? – Zlustrował mnie spojrzeniem zza maski. Nie widziałem jego twarzy, ale czułem przeszywający wzrok; patrzył na mnie z takim rozbawieniem, jakby zrywał ze mnie ubranie w wyobraźni.

– Nawet nie próbuj. Jest nietykalny – uciął Zie monotonnym głosem. Jego ton przyprawił mnie o gęsią skórkę. Zabrzmiało to jak zaborcza deklaracja własności.

– Naprawdę? Myślałem, że zostanie wystawiony na Aukcji – zaśmiał się Rex, a jego słowa sprawiły, że poczułem ucisk w żołądku. Rozmawiali o mnie tak, jakbym był tylko powietrzem.

– Nie, stary. Kto jest dzisiaj twoim towarzyszem? – zapytał Zie, odciągając temat.

– Nikt. – Zdawkowa odpowiedź Rexa wywołała u Ziego uśmiech.

– To może spraw sobie kogoś na Aukcji – zaproponował. Siedziałem cicho obok, przysłuchując się wymianie zdań. O jakiej aukcji mówili?

Z biegiem kolejnych godzin zaczęło doskwierać mi znużenie. Zie często zwracał się do mnie, podążałem za nim, gdy prowadził rozmowy z najróżniejszymi ludźmi w pokoju. Zmienił się w kogoś zupełnie innego, emanował bardzo dominującą, onieśmielającą aurą.

– Wszystko w porządku, zwierzaczku? – zapytał niespodziewanie, czym mnie zaskoczył. Nazwał mnie zwierzaczkiem... Z literatury erotycznej kojarzyłem, że tak właśnie w środowisku BDSM panowie zwracają się do swoich uległych. Nawet dysponując teoretyczną wiedzą na temat tej subkultury, wciąż byłem przytłoczony tym, co widziałem.

– Pytałem, czy wszystko w porządku, zwierzaczku. Sądzę, że zasługuję na odpowiedź – powiedział Zie aksamitnie, lecz z naciskiem, po czym zacisnął ramię wokół mojej talii.

– T-tak, w porządku – wydukałem nerwowo.

– Dobrze – odparł, po czym wrócił do rozmów z ludźmi, których nie znałem.

...

Zie

Nie mogłem oprzeć się współczuciu wobec Ashtona. Był wyraźnie przestraszony stroną mojej natury, którą mu dzisiaj ukazałem. Chciałem zaledwie pokazać mu rąbek świata, w który powoli wkraczał, i zobaczyć jego reakcję. Z drugiej strony, miał powody do wdzięczności – w przeciwieństwie do reszty obecnych nie nakazałem mu zakładać na ten wieczór skóry i obroży. Wątpiłem, abym w ogóle był w stanie posunąć się do tego w stosunku do niego. Miał dopiero siedemnaście lat, stanowczo zbyt mało na takie praktyki, choć jego bystre spojrzenie zdradzało, że zależy mu na tym, by mi się przypodobać.

Zeszliśmy razem na dół. Ominęliśmy środek drugiego piętra, bo mogłoby to być dla niego zbyt drastyczne; w centrum najwyższej sali wymierzano kary. I to kary bardzo brutalne. Przebywający tam ludzie nie byli po prostu „dominujący”; to byli zatwardziali sadyści i masochiści. Poszedłem tam wyłącznie, by porozmawiać z kuzynem, który sam zaliczał się do grona sadystów; od niemal dekady doskonalił sztukę sadomasochizmu i to właśnie on zapoznał mnie ze światem BDSM. W odróżnieniu od niego, ja nie wykazywałem jednak inklinacji sadystycznych.

Gdy weszliśmy na parter, całe pomieszczenie spowił mrok. Ash zaczął wpadać w panikę, więc uspokajająco ścisnąłem jego bok. Zostaliśmy na miejscach. Zgaszenie świateł sygnalizowało tylko jedno – aukcja wkrótce się rozpocznie.

Chwilę później błysnął reflektor, kierując strumień światła na mężczyznę w klatce, by zaraz potem przenieść go na mężczyznę w czarnym garniturze z pełną maską na twarzy.

– Dobry wieczór państwu! Nazywam się Pan Black i mam zaszczyt poprowadzić dzisiejszą aukcję – przedstawił się aukcjoner, na co rozległy się głośne oklaski. Wyczekiwanie wisiało w powietrzu. Ciekawiło mnie, kim będzie dzisiejszy przedmiot aukcji, i miałem nadzieję, że Ashton tego nie przypłaci atakiem paniki.

– Nasz dzisiejszy towar ma siedemnaście lat – ogłosił Pan Black, a światło natychmiast wróciło do klatki. Po sali przetoczyły się szepty; tegoroczna oferta z pewnością zyska zainteresowanie wielu gości.

– Siema, bracie – Rex wyrósł nagle jak spod ziemi i usiadł obok mnie. Skinąłem mu głową. Ewidentnie zwrócił uwagę na aukcję, uwielbiał bowiem kolekcjonować takie żywe zabawki.

– Przedmiotem dzisiejszej licytacji jest Nick, 17-letni młodzieniec, trenowany od niemal dwóch lat. Według Dominantów i Sadystów, którzy zdążyli go przetestować, jego stamina pozwala mu wytrzymać nawet do dwunastu rund. Nick zgadza się na zabawy z woskiem, ogniem oraz lodem. – Kiedy Pan Black przedstawił detale, pomruk podekscytowania na sali wyraźnie wzrósł. Nawet wzrok Rexa utkwiony był w ofercie niczym w zahipnotyzowaniu.

Zwróciłem twarz w stronę Asha i na jego widok poczułem rosnący niepokój. Kolor całkowicie odpłynął z jego twarzy, a wargi zbladły. Czy przypadkiem nie posunąłem się za daleko? Czy przyprowadzenie go tu na pewno było mądrym wyborem?

– Dobrze, w takim razie zaczynamy. Licytację otwieramy od pół miliona – rzucił Pan Black, a Rex natychmiast uniósł tabliczkę.

– Milion – oznajmił.

– Półtora miliona – włączył się do gry mężczyzna w czerwonym garniturze.

– Dwa miliony – padła kolejna oferta.

– Trzy miliony – skontrował Rex.

– Pięć milionów. – Przez salę przeszedł pomruk szoku. Pięć milionów za tego rodzaju maskotkę? Przeniosłem wzrok na licytującego i uśmiechnąłem się pod nosem. Maskę mógł mieć, ale rozpoznałbym go wszędzie. Maddox. Właściciel The Black Door – najbardziej ekskluzywnego klubu w kraju. Dostępu tam miały jedynie wyselekcjonowane VIP-y, a to, co się tam odbywało, okryte było absolutną tajemnicą. Ani ja, ani Rex nie wiedzieliśmy o nim wiele. Pewne było tylko to, że miał potężne wpływy.

– Pięć milionów po raz pierwszy... Po raz drugi... Po raz trzeci... A teraz, szanowni państwo, by sprawdzić, czy pięć milionów zakończy licytację, odsłonimy naszą zdobycz. – Dwóch mężczyzn podeszło do klatki i wyprowadziło chłopaka. Ostrożnie ściągnięto mu maskę.

– Co do... – Moje oczy rozszerzyły się z osłupienia, i nie tylko moje. Ashton obok również zesztywniał. Nie wiedziałem, czy to chora halucynacja, ale chłopiec stojący w blasku jupiterów był wierną kopią Ashtona. Jak to możliwe? Czy Ash ma brata bliźniaka? Co tu się, kurwa, odpierdala?

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 11: Rozdział 10: Sobowtór - Ojciec | StoriesNook