languageJęzyk
Strona główna/Dominujący/Ojciec/Rozdział 13: Niewielka Igra

Rozdział 13: Niewielka Igra

Autor: Winston. W29 maj 2025

Zie

– Proszę pana, pani Anna Bud oświadczyła, że nie przedłuży kontraktu. Wszyscy nasi najlepiej sprzedający się autorzy zdecydowali się na ten krok, a to oznacza, że nie mamy już praw autorskich do ich dzieł i nie możemy zaoferować kolejnych dodruków. Co zrobimy, szefie? Skontaktowaliśmy się z pisarzami-freelancerami, ale większość z ich historii to jeszcze otwarte projekty. Znaczna część naszych flagowych autorów po prostu uciekła do konkurencji. – Zamarłem w bezruchu na wieść, którą przedstawiła mi Liza – moja asystentka. Wypuściłem z płuc długie, przesiąknięte desperacją westchnienie. Stan mojej firmy zaczął napawać mnie autentycznym przerażeniem. Doszedłem do punktu, w którym po prostu przestałem wiedzieć, jaki krok wykonać. Te niewdzięczne skurwysyny zapomniały już o tym, że to dzięki mojemu wydawnictwu ujrzały światło dzienne ich pierwsze powieści i to my zrobiliśmy z nich autorów bestsellerów. Oferowałem im na każdym kroku najlepsze możliwe warunki, chociażby zrzekając się części praw majątkowych czy oferując ogromne podwyżki honorariów, gdy tylko ich książki wskakiwały na miesięczne listy najlepiej sprzedających się pozycji w którejś z państwowych sieci księgarni. I to właśnie jest nagroda za moje przyzwoite traktowanie?

– Możesz przygotować mi obszerny raport na temat Del Marco Publishing? Dowiedz się, co takiego oferują twórcom i dlaczego, do cholery, wszyscy nagle tak rzucili się na to skurwysyńskie wydawnictwo – poleciłem Lizie, a na samo wspomnienie o mojej największej konkurencji moja twarz wykrzywiła się z gniewu.

– Oczywiście, szefie. – Odpowiedziała błyskawicznie, rzuciła krótkie pożegnanie i opuściła mój gabinet.

Gdy tylko usłyszałem trzaśnięcie drzwi, obróciłem się na krześle i utkwiłem puste spojrzenie w rzędach wieżowców majaczących za panoramiczną szybą mojego biura. Dawniej nie stanowiło to dla mnie problemu, kiedy kilku z moich autorów zdecydowało się przenieść do innego wydawcy – wierzyłem, że mają pełne prawo wybierać, gdzie wydają swoje książki. Jednak teraz, gdy odeszła ode mnie praktycznie cała czołówka, sprawa przestała być błaha. Firma stała się niezwykle podatna na ciosy, i jeśli w mgnieniu oka nie wymyślę skutecznego rozwiązania, stracę ją całą. Na to absolutnie nie mogłem pozwolić.

Nie wiedziałem, czy wydanie w tej chwili powieści autorstwa kogoś debiutującego to rozsądny pomysł. To wymagałoby ogromu czasu i mnóstwa akcji promocyjnych, by ktokolwiek o nich usłyszał, a obawiałem się, że nim zdołaliby wyrobić sobie głośne nazwiska, moje wydawnictwo będzie już ogłaszać bankructwo. Spędziłem w gabinecie cały dzień, wytężając umysł w poszukiwaniu jakiegoś wyjścia z tego bagna i próbując opracować strategię odzyskania statusu absolutnego lidera rynku wydawniczego na całych Filipinach.

Gdy zegar wybił godzinę piątą po południu, zdecydowałem się wreszcie wrócić do penthouse'u. Półświadomie poczułem potężną ulgę, gdy zaraz po wejściu dostrzegłem Ashtona. Leżał na kanapie z książką opartą o klatkę piersiową.

– Cześć, Zie – przywitał mnie radosnym uśmiechem i natychmiast do mnie podszedł. Chociaż przed chwilą dusił mnie biurowy stres, wszystko po prostu wyparowało w zderzeniu z anielską twarzą Ashtona.

– Hej, kochanie – odpowiedziałem i zamknąłem go w szczelnym uścisku. Przeszliśmy do sypialni, a gdy tylko zobaczyłem łóżko, bez wahania rzuciłem się na materac.

– Wyglądasz na zmęczonego – rzucił Ashton, obserwując mój spłycony, urywany oddech.

– Trochę – odpowiedziałem, a on położył się obok mnie. Sięgnąłem w jego stronę i przyciągnąłem go tak, by się do mnie przytulił. Błyskawicznie schował twarz w mojej klatce piersiowej, a z moich ust wyrwał się cichy, radosny śmiech, gdy usłyszałem, jak zaciąga się moim zapachem. Uwielbiałem to. Ten potężny ładunek ciepła i spełnienia, który ogarnia cię po powrocie do domu, gdy wreszcie masz w nim kogoś, do kogo możesz się przytulić. Brakowało mi tego od bardzo dawna.

– Słuchaj, czytałem dzisiaj „Znak Dolara” Gizy Claya. Zastanawiałem się, kiedy wydacie kontynuację? – wypalił nagle Ashton. Uśmiechnąłem się tylko z politowaniem, kompletnie nie wiedząc, jak mu na to odpowiedzieć.

– Obawiam się, że już jej nie przeczytasz – odparłem poważnym tonem, czym ewidentnie zbiłem go z tropu.

– Ale dlaczego? Świetnie mi się ją czytało. Historia jest doskonała, ale przecież kończy się wielkim cliffhangerem – narzekał z zawodem, na co jedynie uniosłem brew. Wiedziałem o tym. Sam ją czytałem, i mimo że sam ekscytowałem się na myśl o kolejnym tomie, jedyne co mogłem zrobić, to biernie czekać, aż Giza w ogóle skończy pisać – o ile nadal by chciał, by wyszła z pod szyldu mojego wydawnictwa.

– Pamiętasz, jak wspomniałem ci, że moja firma powoli tonie? – odpowiedziałem ponuro. Z trudem przełknąłem ślinę na samą myśl o życiu pozbawionym firmy, którą sam od podstaw zbudowałem potężnym wysiłkiem i nieopisaną pasją. Nie pozwolę, by lata harówki poszły na marne.

– Nasi najwięksi pisarze uciekli do innej oficyny, a firma wydawnicza bez kluczowych twórców to tylko i wyłącznie wstęp do szybkiego bankructwa – dodałem, kręcąc głową ze smutkiem.

– Ale z jakiego powodu to zrobili? – zapytał ze zmarszczonymi ze zdezorientowania brwiami.

– Sam nie wiem – odpowiedziałem, wzruszając ramionami.

– No to dlaczego nie zaczniesz wszystkiego od nowa? Poszukaj innych autorów; na pewno mnóstwo z nich marzy, by wydać u ciebie książkę. Przecież jeszcze nie jest za późno, Zie – przekonywał, ale ja tylko delikatnie potrząsnąłem głową.

– To wcale nie jest takie proste, kochanie – skwitowałem i mocno ściągnąłem brwi. Miałem ochotę wyłącznie przytulić się do niego i, chociaż na krótką chwilę, po prostu wykasować z pamięci wszystkie te udręki.

– Na świecie nie ma dróg na skróty, Zie. Musisz się podnieść i zacząć od zera. Niech to, co cię dzisiaj spotkało, będzie lekcją. Małe postępy to też postępy. – Spojrzałem na niego z fascynacją, a na mojej twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech. Mówił to w taki sposób, jakby naprawdę całym sercem przejmował się upadającą firmą.

– Zaczynam powątpiewać w to, który z nas tak naprawdę ma tu siedemnaście lat – zaśmiałem się pod nosem, ale to była prawda; radził mi jak doświadczony wspólnik znający rynek na wylot. Musiałem ze skruchą przed sobą samym przyznać, że wyciągnąłem z tych zdań nauczkę. Zacząć od nowa... Rzeczywiście, być może to ostatni moment na zwrot akcji. Prawdopodobnie byłem w punkcie, w którym po prostu musiałem zagrać va banque i postawić wszystko na jedną kartę. A co, jeśli przegram? Cóż. Przynajmniej będę wiedział, że próbowałem.

– Dziękuję ci za te cudowne, mądre rady, kochanie, ale teraz lepiej biegnij się szykować. Niedługo wychodzimy do Rexa – rzuciłem, ledwo powstrzymując się przed wgnieceniem go w pościel potężnym pocałunkiem na widok tych wielkich, iskrzących się oczu i ust wygiętych w przesłodkim uśmiechu. Musiał po prostu nie móc się doczekać spotkania z bratem.

Zerwał się na równe nogi i w te pędy zniknął za drzwiami łazienki – zapewne by się wykąpać. Sam leniwie zsunąłem się z łóżka, ściągając z siebie cały biznesowy ekwipunek, aż zostały mi tylko czarne slipy od Calvina Kleina. Ruszyłem w ślad za nim. W chwili, gdy przekroczyłem próg, wezbrała we mnie potężna fala gorąca. Przełknąłem ciężko ślinę, gapiąc się na nagie, nieskazitelne plecy. Mój kutas w okamgnieniu zareagował stanowczą twardością pod materiałem bielizny na widok tych genialnych pośladków. Wyglądały tak kurewsko miękko, że jedyne, na co miałem w tamtej sekundzie ochotę, to podejść blisko i nieustannie gnieść je obydwiema dłońmi tak mocno, jak to tylko możliwe.

Ashton wyraźnie nie spodziewał się mojego towarzystwa, obrócił się raptownie, a jego wzrok jak zaklęty utknął w kroczu, z którego rozpaczliwie próbował uciec mój sprzęt. Posłałem mu najbardziej cwaniacki, figlarny uśmiech i bez sekundy zawahania zsunąłem bieliznę, prezentując się w pełnej okazałości frontowej nagości. Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, słysząc, jak z trudem połyka ślinę.

– M-mam umyć ci p-plecy? – wykrztusił spłoszonym, zażenowanym tonem. Mój wzrok był wbity w jego lekko rozchylone usta, podczas gdy zbliżałem się do niego powolnymi krokami.

– Pewnie. Będzie mi bardzo miło, kochanie – zamruczałem tuż przy jego uchu nieprzyzwoicie uwodzicielskim głosem, gładząc jednocześnie okrężnymi ruchami jego lędźwie i pośladki. Ułożyłem go w napełnionej wannie. Pianowe bąbelki dotarły mu dokładnie do szyi, zostawiając na powierzchni wyłącznie głowę. Wsunąłem się za nim pod wodę i ułożyłem naprzeciwko. Siedzieliśmy niemal w bezruchu przez dobrych pięć minut, aż nagle zerwał się i przysunął prosto w moją stronę. Z moich ust wydarło się głuche, tłumione przekleństwo, gdy ułożył się z powrotem, tym razem okrakiem, na moich biodrach.

– Skurwysyn. – Każdy mięsień w moim ciele naprężył się bezlitośnie w chwili, gdy poczułem wyraźnie mojego członka napierającego prosto na wejście do jego ciała. Ashton sprawiał wrażenie strasznie skrępowanego, kiedy wreszcie dotarło do niego, co właśnie zrobił. Dwoiłem się i troiłem, próbując za wszelką cenę poskromić własną wzwód, ale bezskutecznie. Kiedy twardy napór na pośladki zaczął wprawiać go w nerwowe zawstydzenie, odsunął się nieznacznie w bok, ale ten ruch przyniósł skutki absolutnie odwrotne od zamierzonych, bo poczułem zaledwie, jak mocniej pociera zadem o mojego fiuta.

– Niezły z ciebie kusiciel, kochanie – szepnąłem do jego ucha, na co chłopak od razu zalał się purpurą. W nerwowym odruchu po raz kolejny uniósł się i spróbował ze mnie zejść, ale powstrzymałem go, natychmiast oplatając ramię mocno wokół jego talii. Spędziliśmy w tej cholernej wannie blisko godzinę. On pieczołowicie mnie namydlał, a ja cierpiałem w objęciach boleśnie twardego kutasa, bo sam Bóg jeden wiedział, że ledwo powstrzymywałem się, by nie wygiąć jego ciała o sam kraniec i nie rżnąć do utraty tchu.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki